Trzeba było przyznać, że Victoria nie należała do grupy osób najcierpliwszych na świecie i marynarz w tym momencie bardzo testował jej granice, ale póki co zacisnęła zęby i mierzyła typa mocnym spojrzeniem ciemnych oczu. Nie zamierzała mu się spowiadać z tego, jaki mieli interes do rudzielców, chłop się musiał co najwyżej domyślać, że ich okantował, ale to nie była prawda. O nie nie, prawda leżała tak daleko, jak tylko się dało, ale nie zamierzała go wyprowadzać z błędu. Uśmiechnęła się tylko nieszczerze i krzywo, choć nadal ładnie.
– Myślę, że jak nas zobaczą… To sami zaczną uciekać – stwierdziła za to, bo skoro wiewióry rozkładały loterię na Pokątnej to znaczy, że nie byli mugolami. A skoro nie byli mugolami, to musieli mieć jakieś pojęcie o świecie. A tak się składało, że i o niej i o Atreusie było nie tak dawno temu głośno i do teraz ich nazwiska pojawiały się w gazetach, byli rozpoznawalni i gdyby pojawili się na horyzoncie we dwójkę… Ludzie wiedzieli jaki mieli zawód, a to oznaczało kłopoty dla takich oszustów jak rude wiewióry i ten ich drab… Coś wymyślą. – Dzięki – za wspaniałą radę o tym, że nie biją kobiet. – Miłego… dnia – skwitowała, na moment tylko krzywiąc się, gdy Atreus pożyczył typowi dobrego szczania i poszli, rozglądając się za wskazaną im knajpą.
– Jeżeli pan ochroniarz zrobi wyjątek i mnie pobije to zrobi najgorszy błąd swojego życia. Myślę, że po prostu trzeba tam zajrzeć i zobaczyć co się stanie, zakładając, ze to knajpa mugoli… Może faktycznie rudzi jak nas zobaczą to sami zaczną pakować manatki. A jak nie, to sobie z nimi pogadamy i trzeba ich będzie jakoś stamtąd wyciągnąć do jakiegoś zaułka. A bo mało to osób znika w cieniu?