15.03.2026, 13:29 ✶
Papuzi pisk chochlika był nie do pomylenia — od razu go rozpoznała. Gdy kot stuknął łapką, czarownica sięgnęła odruchowo po przypiętą na pasku różdżkę, lecz nim zdążyła ją wyciągnąć, stworek odleciał już na ważkowych skrzydełkach i próżno byłoby ciskać za nim zaklęcia. Helloise podzieliła kocie rozczarowanie, lecz trwało to krótko. Nie zwykła długo płakać nad rozlanym mlekiem, szczególnie gdy mleko nie było jej.
— Może następnym razem — pocieszyła kota, wsuwając różdżkę z powrotem w pętelkę przy pasie. — Co ty byś z nim zresztą zrobił? Są bardzo silne, a ty…? — Wyciągnęła do kota dłoń wierzchem do góry i zatrzymała ją tuż nad łebkiem, jakby pytała zwierzę, czy może pogłaskać. — Wyniósłby cię złośliwie na dach. Za ogon — przestrzegła.
Skoro kot nie uciekł, czarownica położyła dwa przebarwione na zielono, zimne od lotu palce na miedzianym kocim łebku i przesunęła je za uszko, żeby krótko ściętymi paznokciami podrapać lekko kicię. Futerko kociej towarzyszki było mięciutkie i gładkie, inne w dotyku od grubszego futra dzikiego lisa, do którego ostatnio przywykła Helloise. Nie prowadziła może własnej Ostoi, lecz gdy trafiła pod lasem na popatrzonego po pożarach nieszczęśnika, przygarnęła go do siebie i pomogła zagoić rany — i tak lis z nią został.
Koty były delikatniejsze od psowatych, smuklejsze, obdarzone większą gracją — śliczne. A jednak Helloise nigdy z kotami nie miała bliskich relacji, mimo że zdarzało jej się dokarmiać bezdomniaki. I koty, i ona chadzały własnymi ścieżkami, i choć te ich ścieżki czasem się przecinały, a koty mogły liczyć wówczas na sympatyczne powitanie, to zdecydowanie lepiej wiedźma spod Kniei układała się z tymi istotami, które po oswojeniu wiernie za nią podążały krok w krok.
Nie przeszkadzało to jej jednak w tym, aby dopieścić i wymiziać rudą delikwentkę. Pociągnąć dłonią wzdłuż kręgosłupa po sam ogon, podrapać za oboma uszyskami, wygłaskać kark i szyję — wszędzie, gdzie tylko kot jej się wystawił. Siedziała z nim tak w kucki pod wiatą, międląc w palcach koniczynkę, nieświadoma, że ma przed sobą Ginny.
— Może następnym razem — pocieszyła kota, wsuwając różdżkę z powrotem w pętelkę przy pasie. — Co ty byś z nim zresztą zrobił? Są bardzo silne, a ty…? — Wyciągnęła do kota dłoń wierzchem do góry i zatrzymała ją tuż nad łebkiem, jakby pytała zwierzę, czy może pogłaskać. — Wyniósłby cię złośliwie na dach. Za ogon — przestrzegła.
Skoro kot nie uciekł, czarownica położyła dwa przebarwione na zielono, zimne od lotu palce na miedzianym kocim łebku i przesunęła je za uszko, żeby krótko ściętymi paznokciami podrapać lekko kicię. Futerko kociej towarzyszki było mięciutkie i gładkie, inne w dotyku od grubszego futra dzikiego lisa, do którego ostatnio przywykła Helloise. Nie prowadziła może własnej Ostoi, lecz gdy trafiła pod lasem na popatrzonego po pożarach nieszczęśnika, przygarnęła go do siebie i pomogła zagoić rany — i tak lis z nią został.
Koty były delikatniejsze od psowatych, smuklejsze, obdarzone większą gracją — śliczne. A jednak Helloise nigdy z kotami nie miała bliskich relacji, mimo że zdarzało jej się dokarmiać bezdomniaki. I koty, i ona chadzały własnymi ścieżkami, i choć te ich ścieżki czasem się przecinały, a koty mogły liczyć wówczas na sympatyczne powitanie, to zdecydowanie lepiej wiedźma spod Kniei układała się z tymi istotami, które po oswojeniu wiernie za nią podążały krok w krok.
Nie przeszkadzało to jej jednak w tym, aby dopieścić i wymiziać rudą delikwentkę. Pociągnąć dłonią wzdłuż kręgosłupa po sam ogon, podrapać za oboma uszyskami, wygłaskać kark i szyję — wszędzie, gdzie tylko kot jej się wystawił. Siedziała z nim tak w kucki pod wiatą, międląc w palcach koniczynkę, nieświadoma, że ma przed sobą Ginny.
dotknij trawy