16.03.2026, 03:08 ✶
Słońce wisiało nisko nad zamglonymi błoniami, rozlewając po nich ciepłe światło, które bardziej pasowało do wakacji niż do powrotu w mury Hogwartu. Nawet wiatr był jeszcze całkiem znośny, jak na początek jesieni, chłodny i świeży, ciągnący znad jeziora, ale przyjemnie trzeźwiący. Szedłem przez trawnik w stronę zamku, niespecjalnie zastanawiając się nad drogą, tylko podążając przed siebie długim, pewnym krokiem, z miotłą na jednym ramieniu, drugą rękę wciskając w kieszeń szaty i patrząc w przód z tą specyficzną obojętnością człowieka na ostatnim roku, który widział już wszystko i niewiele było w stanie zrobić na nim wrażenie. Wciąż miałem na sobie czerwoną koszulkę treningową, przyklejoną do pleców, a włosy lepiły mi się do skroni od potu, więc przez znaczną część spaceru prowadziłem w głowie szybkie kalkulacje, czy zdążę jeszcze umyć się przed śniadaniem, czy może jednak powinienem od razu skierować się do Wielkiej Sali, najpierw uzupełniając zapasy kalorii.
Trawa była jeszcze wilgotna od porannej rosy, podeszwy skórzanych butów przy każdym kroku zostawiały w niej wyraźny ślad, gdy stawiałem je ciężko, bez specjalnego zamiaru omijania czegokolwiek, co pojawiłoby się na mojej drodze - nie złośliwie, po prostu z przyzwyczajenia - przy moim stylu bycia większość przeszkód i tak usuwała się sama, a poza tym błonia o tej porze były zazwyczaj prawie puste...
Doszedłem do wniosku, że chyba daruję sobie wdrapywanie się na wieżę w ramach zbędnej dawki ambicji na początek dnia - człowiek spędzał godzinę kilkanaście metrów nad ziemią, pędząc za kaflem jakby od tego zależało jego nazwisko, reputacja i przyszłość całego rodu, a potem nagle kazano mu znowu zapierdalać dół-góra-dół, jak wszystkim innym, bo szatnie przy stadionie przechodziły remont, niesprawiedliwe - wybierając żarcie i biorąc prysznic trochę później. Nie zafrasowałem się tym na zbyt długo, praktycznie bezmyślnie przechodząc do analizowania w głowie ostatniego manewru przy obręczy - tego momentu, kiedy minąłem bramkarza tak czysto, że aż się zaśmiałem, wywijając korkociąg w powietrzu - szliśmy dziś ostro. Kapitan najwyraźniej postanowił przypomnieć nam, że to ostatni rok dla połowy składu, w tym niego samego, i że nie ma miejsca na miękką grę. Nie miałem z tym problemu, lubiłem tempo, lubiłem moment, w którym ciało przestaje narzekać, a zaczyna po prostu robić to, czego się od niego wymaga, po sześćdziesięciu minutach w powietrzu czułem się jak ktoś, kto już wygrał dzień, zanim reszta szkoły zdążyła wstać z łóżek i… Wtedy prawie na coś nadepnąłem.
Zatrzymałem się gwałtownie, o włos od czegoś drobnego, absurdalnie małego w porównaniu z rzucanym przeze mnie cieniem, moja noga praktycznie sama zawisła kilka cali nad ziemią, stopa skorygowała trajektorię uderzenia butem o podłoże, jeszcze zanim spojrzenie opadło mi w dół z tą powolną, niechętną manierą, z jaką człowiek zwykle sprawdzał, w co właściwie prawie wdepnął.
Kiedy człowiek spędzał ostatni rok w tej budzie i wiedział, że połowa młodszych patrzy na niego jak na pomnik z brązu, a druga połowa jak na problem wychowawczy, należało przynajmniej dbać o formę i reputację. Przy wzroście, który osiągnąłem, zwykle i tak widziałem więcej niż reszta ludzi, więc przyzwyczaiłem się chodzić trochę tak, jakby świat miał obowiązek robić mi miejsce i świat zazwyczaj to respektował. No… Do teraz, najwidoczniej.
Małe, zagubione punkty w czarnych szatach, które próbowały udawać, że wiedzą, dokąd idą - zawsze było ich pełno - wrzesień wydawał im się początkiem nowego życia, dla mnie był raczej ostatnią prostą czegoś, co znałem aż za dobrze, chyba żadne z nas nie rozpatrywało tego jednak jako czyjś potencjalny brutalny koniec. A tu, przy samej ziemi, stała istota tak tycia, że mogłem przysiąc, iż gdybym nie zahamował w ostatniej chwili, historia Hogwartu zapamiętałaby mnie jako człowieka, który rozdeptał ucznia na ścieżce prowadzącej do zamku i poszedł dalej, nawet tego nie zauważając.
- Merlinie, kurwa. - Przetarłem dłonią kark, czując jak zimne powietrze wrześniowego poranka wreszcie zaczyna chłodzić rozgrzaną skórę. Mgła nad błoniami dopiero się podnosiła, słońce było niskie i ostre, a z daleka słychać było krakanie jakiegoś wkurzonego kruka. - Skąd wy się bierzecie o tej porze? - To było pytanie retoryczne, wcale nie musiała otwierać swoich drobniutkich ustek, aby odpowiedzieć coś, co pewnie nawet nie miało dotrzeć do moich uszu. - Wiesz, że Hogwart ma krużganki? - Powiedziałem, przesuwając miotłę z jednego ramienia na drugie. - To takie długie korytarze na zewnątrz zamku. Zazwyczaj służą do tego, żeby mali ludzie nie zostali stratowani przez zawodników drużyny Quidditcha o siódmej rano. - Oparłem koniec miotły o ziemię i spojrzałem jeszcze raz w dół. Stanąłem nad nią jak cholerny dąb nad grzybem, prawie dwa metry wzrostu robiły swoje, była tak drobna, że przez ułamek sekundy naprawdę pomyślałem, że to jakaś zagubiona torba albo sterta szalików zostawiona na ścieżce przez jednego z wiecznie zaspanych puchonów, dopóki się nie poruszyła… Bo się poruszyła, prawda? Może to ja miałem halucynacje z niedosypiania i zmęczenia?
Trawa była jeszcze wilgotna od porannej rosy, podeszwy skórzanych butów przy każdym kroku zostawiały w niej wyraźny ślad, gdy stawiałem je ciężko, bez specjalnego zamiaru omijania czegokolwiek, co pojawiłoby się na mojej drodze - nie złośliwie, po prostu z przyzwyczajenia - przy moim stylu bycia większość przeszkód i tak usuwała się sama, a poza tym błonia o tej porze były zazwyczaj prawie puste...
Doszedłem do wniosku, że chyba daruję sobie wdrapywanie się na wieżę w ramach zbędnej dawki ambicji na początek dnia - człowiek spędzał godzinę kilkanaście metrów nad ziemią, pędząc za kaflem jakby od tego zależało jego nazwisko, reputacja i przyszłość całego rodu, a potem nagle kazano mu znowu zapierdalać dół-góra-dół, jak wszystkim innym, bo szatnie przy stadionie przechodziły remont, niesprawiedliwe - wybierając żarcie i biorąc prysznic trochę później. Nie zafrasowałem się tym na zbyt długo, praktycznie bezmyślnie przechodząc do analizowania w głowie ostatniego manewru przy obręczy - tego momentu, kiedy minąłem bramkarza tak czysto, że aż się zaśmiałem, wywijając korkociąg w powietrzu - szliśmy dziś ostro. Kapitan najwyraźniej postanowił przypomnieć nam, że to ostatni rok dla połowy składu, w tym niego samego, i że nie ma miejsca na miękką grę. Nie miałem z tym problemu, lubiłem tempo, lubiłem moment, w którym ciało przestaje narzekać, a zaczyna po prostu robić to, czego się od niego wymaga, po sześćdziesięciu minutach w powietrzu czułem się jak ktoś, kto już wygrał dzień, zanim reszta szkoły zdążyła wstać z łóżek i… Wtedy prawie na coś nadepnąłem.
Zatrzymałem się gwałtownie, o włos od czegoś drobnego, absurdalnie małego w porównaniu z rzucanym przeze mnie cieniem, moja noga praktycznie sama zawisła kilka cali nad ziemią, stopa skorygowała trajektorię uderzenia butem o podłoże, jeszcze zanim spojrzenie opadło mi w dół z tą powolną, niechętną manierą, z jaką człowiek zwykle sprawdzał, w co właściwie prawie wdepnął.
Kiedy człowiek spędzał ostatni rok w tej budzie i wiedział, że połowa młodszych patrzy na niego jak na pomnik z brązu, a druga połowa jak na problem wychowawczy, należało przynajmniej dbać o formę i reputację. Przy wzroście, który osiągnąłem, zwykle i tak widziałem więcej niż reszta ludzi, więc przyzwyczaiłem się chodzić trochę tak, jakby świat miał obowiązek robić mi miejsce i świat zazwyczaj to respektował. No… Do teraz, najwidoczniej.
Małe, zagubione punkty w czarnych szatach, które próbowały udawać, że wiedzą, dokąd idą - zawsze było ich pełno - wrzesień wydawał im się początkiem nowego życia, dla mnie był raczej ostatnią prostą czegoś, co znałem aż za dobrze, chyba żadne z nas nie rozpatrywało tego jednak jako czyjś potencjalny brutalny koniec. A tu, przy samej ziemi, stała istota tak tycia, że mogłem przysiąc, iż gdybym nie zahamował w ostatniej chwili, historia Hogwartu zapamiętałaby mnie jako człowieka, który rozdeptał ucznia na ścieżce prowadzącej do zamku i poszedł dalej, nawet tego nie zauważając.
- Merlinie, kurwa. - Przetarłem dłonią kark, czując jak zimne powietrze wrześniowego poranka wreszcie zaczyna chłodzić rozgrzaną skórę. Mgła nad błoniami dopiero się podnosiła, słońce było niskie i ostre, a z daleka słychać było krakanie jakiegoś wkurzonego kruka. - Skąd wy się bierzecie o tej porze? - To było pytanie retoryczne, wcale nie musiała otwierać swoich drobniutkich ustek, aby odpowiedzieć coś, co pewnie nawet nie miało dotrzeć do moich uszu. - Wiesz, że Hogwart ma krużganki? - Powiedziałem, przesuwając miotłę z jednego ramienia na drugie. - To takie długie korytarze na zewnątrz zamku. Zazwyczaj służą do tego, żeby mali ludzie nie zostali stratowani przez zawodników drużyny Quidditcha o siódmej rano. - Oparłem koniec miotły o ziemię i spojrzałem jeszcze raz w dół. Stanąłem nad nią jak cholerny dąb nad grzybem, prawie dwa metry wzrostu robiły swoje, była tak drobna, że przez ułamek sekundy naprawdę pomyślałem, że to jakaś zagubiona torba albo sterta szalików zostawiona na ścieżce przez jednego z wiecznie zaspanych puchonów, dopóki się nie poruszyła… Bo się poruszyła, prawda? Może to ja miałem halucynacje z niedosypiania i zmęczenia?
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)