Loretta pozostawała czarująca w swej krasie. Niczym płomień świecy, wabiła do swojej osoby towarzystwo czarodziejów, którzy zlatywali się jak te ślepe, naiwne ćmy, aby na sam koniec spłonąć w piekle światła jakie roztaczała. Poetycka śmierć, nawet jeżeli najczęściej tylko metaforyczna. Dolohov miał okazję podziwiać ten widok wielokrotnie, za każdym razem uznając go za podobnie zabawną farsę. Sam natomiast pozostawał tą osobą, która spokojnie i z niemałą dozą rozkoszy, grzała się w cieple tego ognia piekielnego, którym była panna Lestrange, doceniając jej temperament, lecz nade wszystko, czerpiąc przyjemność z kontroli, którą nad nią posiadał.
Loretta przychodziła do jego posiadłości, świadoma tego, że zamykając za sobą drzwi, wchodzi do paszczy lwa. Zdając się na jego łaskę, pojawiała się w burzy loków, perfum i pośpiechu, zupełnie jakby chciała z własnej woli zostać bezpruderyjnie, bezceremonialnie pożartą. Nikolai czytał z reakcji jej ciała, niczym z księgi zaklęć, które doskonale znał. Widział napięcie, widział być może również tę niecierpliwość. Pamiętał każdy materialny skrawek jej osoby, wiedział jak w każdym konkretnym miejscu jej skóra reaguje na jego dotyk. Zdawał sobie sprawę również z tego, że ciało Loretty z równą pasją pamiętało jego stanowcze dłonie i niecierpliwie zaciskające się na jego powierzchni palce. Nie mógł nic poradzić na to, że gdy tylko stawiała krok w jego posiadłości, zaczynał traktować ją jak swoją własność. Tak samo, jak nie mógł zmienić faktu, że naprawdę lubił to uczucie.
Gdy czarownica pokusiła się na jego subtelną prowokację i złożyła krótki pocałunek na smakujących alkoholem ustach, Kai pozwolił jej na pozostawienie tej czułości w tak drobnej postaci. Musiał zdusić w sobie chęć sięgnięcia dłonią w kierunku podbródka Lori, aby powstrzymać ją przed odsunięciem się i zażądać wyraźniejszej pieszczoty. Pewne czyny mogły sprawić, że bieg wydarzeń posunąłby się nieubłaganie, lawinowo wręcz, w jednym konkretnym kierunku, a przecież nie zdążyli nawet jeszcze porozmawiać.
Słuchając jej miękkiego głosu, sam sięgnął po papierosa i odpalił go, zaciągając się przyjemnie toksycznym dymem. Rozkosz zaciskających się znajomo pęcherzyków płucnych była tym słodsza, gdy jednocześnie spoglądało się na piękną kobietę, otoczoną chmurą dymu, zapewniającą go o swoim uczuciu. Ogień kominka, który odbijał się w jej tęczówkach, przypominał samo piekło i hipnotyzował swoim chaotycznym tańcem.
Rozchylił wargi, sprawiając że powietrze zatrute nikotyną wylało się leniwie na zewnątrz, tworząc obłok, który po sekundzie został z powrotem wciągnięty do płuc. Odetchnął.
- Nie sądziłem, że szukasz uczucia – przyznał, z pewną dozą przekory, która ledwie musnęła jego stoickie oblicze. Następne słowa Loretty zdołały jednak wywołać, przelotny niczym powiew wiatru, uśmiech na jego ustach. - Tak… Masz rację. Z kwestią atrakcyjności interesów, nie jestem w stanie się sprzeczać.
Sięgnął po szklankę whisky, pozwalając aby w kolejnym łyku jej smak podrażnił jego zmysły. Było to niczym odruch. Pretekst, aby choć na chwilę oderwać wzrok od hipnotyzującej go postaci czarownicy. To, jak wielki głód wywoływała swoją osobą, boleśnie przypominał mu, że zaiste jego cierpliwość nie była godnym pochwały atutem. Gdy się znów odezwał, jego wzrok z początku pozostawał zaczepiony na smugach gęstego alkoholu, spływającego z wolna po ściankach szklanki.
- Niemniej, Lori, przemawia przeze mnie jedynie troska o twoje potrzeby. Czy gdybyś kiedyś jednak poszukiwała mojej pomocy, rady bądź interwencji, myślisz, że stosownym byłoby, gdybym egoistycznie założył, że przybyłaś jedynie nakarmić moje wygłodniałe ego? – Z każdym kolejnym wypowiedzianym przez niego słowem, niebezpieczny uśmiech na jego ustach stawał się coraz bardziej wyraźny. Na sam koniec wsunął papierosa do ust, a dym został wypuszczony tuż przed tym, jak znów się odezwał. - To byłoby niegodne. Jestem może łapczywy… lecz nie jestem potworem.
Zdawało się, że Nikolai nie włożył nawet najmniejszego wysiłku w to, aby spróbować chociaż sprawić, by jego ostatnie słowa zabrzmiały wiarygodnie.