16.03.2026, 15:50 ✶
Wrześniowy poranek, mokra trawa, ja po treningu z miotłą przewieszoną przez ramię, dzień jak co dzień, dzień po dniu… A przede mną coś tak małego, że naprawdę mogłem to przed chwilą rozdeptać, jak ślimaka na ścieżce, co najwyraźniej postanowiło zorganizować szeroko zakrojoną akcję poszukiwawczą, chociaż samo było dosyć trudne do znalezienia w średniowysokiej trawie, zwłaszcza kiedy ktoś miał prawie dwa metry wzrostu i istniała dla niego pewna strefa przy ziemi, w której rzeczy po prostu umykały uwadze. Cały ten obrazek był… Absurdalny, nawet jak na standardy Hogwartu.
Przesunąłem ciężar ciała, opierając miotłę o ziemię, by nie trzymać jej na ramieniu, jak idiota, i zerknąłem w stronę błoni, gdzie mgła nadal leniwie snuła się nad trawą. Słońce dopiero zaczynało wyłazić ponad taflę jeziora, odbijając się od wody niczym cholerny reflektor i złocąc okolicę, wciąż miałem w płucach zimne, lekko smakujące rdzą powietrze z lotu nad boiskiem, moje serce biło szybciej niż powinno, jakby organizm jeszcze nie zauważył, że trening się skończył, więc byłem nabuzowany energią - tyle tylko, że naprawdę nie chciałem jej spożytkować na nieumyślne zadeptanie najmniejszego pierwszoroczniaka, jakiego kiedykolwiek widziałem. Przeczesałem dłonią mokre od potu włosy i jeszcze raz rzuciłem okiem w stronę stadionu, słysząc, że gdzieś w oddali ktoś z drużyny Krukonów najwyraźniej zaczynał własny trening.
Kiedy znów spojrzałem w dół, uniosłem lekko brew, mrużąc oczy, trochę od pierwszych promieni docierających do nas przez prześwit między jesionami, trochę z niedowierzania. Przez chwilę, tak krótką jak kilka oddechów, miałem wrażenie, że któryś z kumpli zrobił mi kiepski żart i transmutował skrzata domowego, nadając mu bardziej ludzką formę i nabijając się gdzieś ze mnie do żywego - Romulus zdecydowanie byłby w stanie to zrobić, potrafił być gorszy niż odcisk na dupie - to wyjaśniałoby, dlaczego stało przede mną coś tak małego, że człowiek naprawdę mógłby to pomylić z porzuconą torbą z ciuchami treningowymi.
Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, przyglądając się jej chwilę dłużej - wielkie oczy, jak u skrzata, intensywnie zielone tęczówki, piaskowe włosy, puchoński mundurek, całe sto i pół centymetra wzrostu… Dolna warga jej drżała - świetnie - westchnąłem ciężko, ponownie przeciągając dłonią po wilgotnych włosach i zostawiając je jeszcze bardziej w nieładzie. Większość pierwszorocznych na mój widok robiła jedną z dwóch rzeczy - albo uciekała, albo zaczynała coś bełkotać, czasem nawet zanim jeszcze zdążyłem otworzyć usta - ta tutaj robiła jedno i drugie jednocześnie, a przy tym najwyraźniej prowadziła ze mną całkiem poważną rozmowę o czymś, co nazywało się „Salem”.
- Spokojnie. - Mruknąłem, bardziej z przyzwyczajenia niż z jakiejś szczególnej potrzeby uspokajania kogokolwiek. - Jeszcze nigdy nikogo nie zabiłem przed śniadaniem. - Przechyliłem głowę, jakbym naprawdę rozważał temat, kącik moich ust uniósł się w górę. Przez moment milczałem, przyglądając się jej z tą półprzytomną ciekawością człowieka, który wstał przed świtem, latał przez godzinę na zimnym powietrzu i dopiero teraz zaczynał naprawdę kontaktować z rzeczywistością.
- Następnym razem po prostu nie stawaj na środku ścieżki. - Dodałem, ponieważ przez drżenie tej jej dolnej wargi miałem wrażenie, że istniała stanowczo za duża szansa, iż mała zaraz się rozpłacze, a ja naprawdę nie miałem najmniejszej ochoty zaczynać września od traumatyzowania pierwszorocznych na ścieżce między boiskiem a zamkiem. - To bardzo pomaga w unikaniu śmierci przez rozdeptanie.
Oparłem miotłę o biodro i skrzyżowałem ręce na piersi, słuchając jej wyjaśnień z tą pobłażliwą miną, którą zwykle rezerwowałem dla pierwszorocznych i ludzi, którzy wierzyli, że Hufflepuff kiedyś wygra ligę Quidditcha. W końcu odchrząknąłem pod nosem, ignorując odpowiedź o dormitorium i tylko wzruszając ramionami, bo to było dziecięco trzeźwe, faktoza, nie sądziłem, aby wdawanie się z nią w wyjaśnienia, czym było „pytanie retoryczne” albo „sarkazm” i dlaczego nie warto było na nie odpowiadać leżało w mojej kwestii. Tak, domyśliłem się, że nie zmaterializowała się z jeziora, jej odpowiedź była tak oczywista, że aż rozbrajająca. Dormitorium, naturalnie, skąd niby jeszcze.
- Szukanie czegoś, co właśnie poluje albo żre, to strata czasu. - Odpowiedziałem w pierwszej chwili, niby nie miałem pojęcia, czym był Salem, ale logika była dość prosta - jeśli coś „poszło” na błonia, to raczej nie była sowa, ptak odpadał, bo ptaki nie „szły”. Szczury raczej nie włóczyły się po błoniach, chyba że bardzo zależało im na skróceniu żywota, wolały kuchnie, a nie otwartą przestrzeń, zostawała więc jedna opcja. To było prawie oczywiste, ludzie często nazywali koty Salemem, Nyx, Balthazarem i innymi teatralnymi bzdurami. - Kot wróci. - Stwierdziłem spokojnie, z tą samą bezczelną obojętnością, z którą zwykle komentowałem połowę rzeczy w tej szkole, jakby to była oczywistość dla każdego, kto spędził w tutaj więcej niż tydzień. Hogwart miał dokładnie tyle jedzenia, ile potrzeba, żeby każde stworzenie w końcu trafiło do kuchni, poza tym koty nie giną, koty wychodzą, jedzą coś obrzydliwego, co same uznają za przysmak, a potem wracają, jakby nigdy nic, zazwyczaj dokładnie wtedy, kiedy człowiek przestaje ich szukać. Przechyliłem głowę lekko na bok, a w kąciku ust pojawił mi się ten półuśmiech, który zwykle oznaczał, że za chwilę powiem coś, czego absolutnie nie powinienem mówić pierwszorocznym. - Prawdopodobnie siedzi teraz gdzieś w krzaczorach i rozpracowuje coś absolutnie przepysznego. Półżywa mysz. Jaszczurka bez ogona. Może jakiś żuk wielkości knuta. Albo trzy czwarte żaby. Albo fragment kreta. Słyszałem, że mają tu całkiem dobry wybór śniadaniowy. - Wymieniłem, patrząc na nią jeszcze moment, a potem wzruszyłem ramionami z tą beztroską pewnością człowieka, który nie wychował się w domu pełnym zwierząt, więc nigdy nie traktował ich z taką dramatyczną powagą. Przesunąłem stopą po wilgotnym żwirze ścieżki, przyglądając się przez chwilę śladom błota na własnym bucie. Gdzieniegdzie coś się poruszało w zaroślach, ale jeśli jakiś kot rzeczywiście tam łaził, to raczej nie potrzebował pomocy ratunkowej od pierwszorocznej dziewczynki o siódmej rano.
Przesunąłem ciężar ciała, opierając miotłę o ziemię, by nie trzymać jej na ramieniu, jak idiota, i zerknąłem w stronę błoni, gdzie mgła nadal leniwie snuła się nad trawą. Słońce dopiero zaczynało wyłazić ponad taflę jeziora, odbijając się od wody niczym cholerny reflektor i złocąc okolicę, wciąż miałem w płucach zimne, lekko smakujące rdzą powietrze z lotu nad boiskiem, moje serce biło szybciej niż powinno, jakby organizm jeszcze nie zauważył, że trening się skończył, więc byłem nabuzowany energią - tyle tylko, że naprawdę nie chciałem jej spożytkować na nieumyślne zadeptanie najmniejszego pierwszoroczniaka, jakiego kiedykolwiek widziałem. Przeczesałem dłonią mokre od potu włosy i jeszcze raz rzuciłem okiem w stronę stadionu, słysząc, że gdzieś w oddali ktoś z drużyny Krukonów najwyraźniej zaczynał własny trening.
Kiedy znów spojrzałem w dół, uniosłem lekko brew, mrużąc oczy, trochę od pierwszych promieni docierających do nas przez prześwit między jesionami, trochę z niedowierzania. Przez chwilę, tak krótką jak kilka oddechów, miałem wrażenie, że któryś z kumpli zrobił mi kiepski żart i transmutował skrzata domowego, nadając mu bardziej ludzką formę i nabijając się gdzieś ze mnie do żywego - Romulus zdecydowanie byłby w stanie to zrobić, potrafił być gorszy niż odcisk na dupie - to wyjaśniałoby, dlaczego stało przede mną coś tak małego, że człowiek naprawdę mógłby to pomylić z porzuconą torbą z ciuchami treningowymi.
Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, przyglądając się jej chwilę dłużej - wielkie oczy, jak u skrzata, intensywnie zielone tęczówki, piaskowe włosy, puchoński mundurek, całe sto i pół centymetra wzrostu… Dolna warga jej drżała - świetnie - westchnąłem ciężko, ponownie przeciągając dłonią po wilgotnych włosach i zostawiając je jeszcze bardziej w nieładzie. Większość pierwszorocznych na mój widok robiła jedną z dwóch rzeczy - albo uciekała, albo zaczynała coś bełkotać, czasem nawet zanim jeszcze zdążyłem otworzyć usta - ta tutaj robiła jedno i drugie jednocześnie, a przy tym najwyraźniej prowadziła ze mną całkiem poważną rozmowę o czymś, co nazywało się „Salem”.
- Spokojnie. - Mruknąłem, bardziej z przyzwyczajenia niż z jakiejś szczególnej potrzeby uspokajania kogokolwiek. - Jeszcze nigdy nikogo nie zabiłem przed śniadaniem. - Przechyliłem głowę, jakbym naprawdę rozważał temat, kącik moich ust uniósł się w górę. Przez moment milczałem, przyglądając się jej z tą półprzytomną ciekawością człowieka, który wstał przed świtem, latał przez godzinę na zimnym powietrzu i dopiero teraz zaczynał naprawdę kontaktować z rzeczywistością.
- Następnym razem po prostu nie stawaj na środku ścieżki. - Dodałem, ponieważ przez drżenie tej jej dolnej wargi miałem wrażenie, że istniała stanowczo za duża szansa, iż mała zaraz się rozpłacze, a ja naprawdę nie miałem najmniejszej ochoty zaczynać września od traumatyzowania pierwszorocznych na ścieżce między boiskiem a zamkiem. - To bardzo pomaga w unikaniu śmierci przez rozdeptanie.
Oparłem miotłę o biodro i skrzyżowałem ręce na piersi, słuchając jej wyjaśnień z tą pobłażliwą miną, którą zwykle rezerwowałem dla pierwszorocznych i ludzi, którzy wierzyli, że Hufflepuff kiedyś wygra ligę Quidditcha. W końcu odchrząknąłem pod nosem, ignorując odpowiedź o dormitorium i tylko wzruszając ramionami, bo to było dziecięco trzeźwe, faktoza, nie sądziłem, aby wdawanie się z nią w wyjaśnienia, czym było „pytanie retoryczne” albo „sarkazm” i dlaczego nie warto było na nie odpowiadać leżało w mojej kwestii. Tak, domyśliłem się, że nie zmaterializowała się z jeziora, jej odpowiedź była tak oczywista, że aż rozbrajająca. Dormitorium, naturalnie, skąd niby jeszcze.
- Szukanie czegoś, co właśnie poluje albo żre, to strata czasu. - Odpowiedziałem w pierwszej chwili, niby nie miałem pojęcia, czym był Salem, ale logika była dość prosta - jeśli coś „poszło” na błonia, to raczej nie była sowa, ptak odpadał, bo ptaki nie „szły”. Szczury raczej nie włóczyły się po błoniach, chyba że bardzo zależało im na skróceniu żywota, wolały kuchnie, a nie otwartą przestrzeń, zostawała więc jedna opcja. To było prawie oczywiste, ludzie często nazywali koty Salemem, Nyx, Balthazarem i innymi teatralnymi bzdurami. - Kot wróci. - Stwierdziłem spokojnie, z tą samą bezczelną obojętnością, z którą zwykle komentowałem połowę rzeczy w tej szkole, jakby to była oczywistość dla każdego, kto spędził w tutaj więcej niż tydzień. Hogwart miał dokładnie tyle jedzenia, ile potrzeba, żeby każde stworzenie w końcu trafiło do kuchni, poza tym koty nie giną, koty wychodzą, jedzą coś obrzydliwego, co same uznają za przysmak, a potem wracają, jakby nigdy nic, zazwyczaj dokładnie wtedy, kiedy człowiek przestaje ich szukać. Przechyliłem głowę lekko na bok, a w kąciku ust pojawił mi się ten półuśmiech, który zwykle oznaczał, że za chwilę powiem coś, czego absolutnie nie powinienem mówić pierwszorocznym. - Prawdopodobnie siedzi teraz gdzieś w krzaczorach i rozpracowuje coś absolutnie przepysznego. Półżywa mysz. Jaszczurka bez ogona. Może jakiś żuk wielkości knuta. Albo trzy czwarte żaby. Albo fragment kreta. Słyszałem, że mają tu całkiem dobry wybór śniadaniowy. - Wymieniłem, patrząc na nią jeszcze moment, a potem wzruszyłem ramionami z tą beztroską pewnością człowieka, który nie wychował się w domu pełnym zwierząt, więc nigdy nie traktował ich z taką dramatyczną powagą. Przesunąłem stopą po wilgotnym żwirze ścieżki, przyglądając się przez chwilę śladom błota na własnym bucie. Gdzieniegdzie coś się poruszało w zaroślach, ale jeśli jakiś kot rzeczywiście tam łaził, to raczej nie potrzebował pomocy ratunkowej od pierwszorocznej dziewczynki o siódmej rano.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)