16.03.2026, 17:04 ✶
Słowa posypały się strugą rwącej rzeki, a Anthony pozwalał im płynąć tak jak złocisty trunek oblewał jego język, wypełniał podniebienie charakterystycznym złotym nimbem ciepła i rozluźnienia. Bolączki. Tych było wiele. O wielkości człowieka - jak zdołał wyczytać z tych wszystkich książek, jakie wpadły mu w dłonie - nie było niekończące się wygrywanie.
Kluczem było zachowanie po porażce.
Podniesienie się z kolan.
Poprawienie mankietów.
– Młodość i ambicja, to brzmi jak całkiem niezłe atuty. Dopuszczasz do siebie myśl, że stanowisz dla niej realne zagrożenie w następnych wyborach, prawda? – zapytał mimochodem. Robert był idealnym połączeniem rodu Crouchów i Selwynów, destylując mocne strony obu rodów w wysokiego, przystojnego bruneta. Jego poglądy były progresywne, ale mogły ściągnąć ku sobie ludzi, którzy w trakcie konfliktu szukali radykalnych rozwiązań, kiedy te oferowane przez centrum nie działały.
– Przykro mi Robercie. Myślę, że obrywasz rykoszetem od wszystkich amnezjatorów i Departamentów, które nie przepadają za Caterrmollem czyli... wszystkich pozostałych właściwie. Złośliwość ludzka nie obiera jednak etycznej słuszności Twoich decyzji tamtego wieczoru. Ani tego, że ktoś sobie te zasługi przypisze, lub zrzuci na Ciebie winę, kiedy będzie to wygodne. – Albo zamacha przed nosem posadą, którą odbierze trzy dni później. Ciężko było go nazwać sojusznikiem Eugenii Jenkins w tym momencie, oj ciężko. – Mieszkania. To ciekawe, szczególnie że jest coraz zimniej i namioty przestają wystarczać. Chcesz to zrobić w tej części Londynu, która nie spłonęła, czy planujesz je osadzić poza Zadrą? – dopytywał życzliwie, nie przypuszczając jeszcze, że za tą informacją będzie kryć się kolejna, nieco bardziej interesowna, choć wciąż w słusznej sprawie.
Kluczem było zachowanie po porażce.
Podniesienie się z kolan.
Poprawienie mankietów.
– Młodość i ambicja, to brzmi jak całkiem niezłe atuty. Dopuszczasz do siebie myśl, że stanowisz dla niej realne zagrożenie w następnych wyborach, prawda? – zapytał mimochodem. Robert był idealnym połączeniem rodu Crouchów i Selwynów, destylując mocne strony obu rodów w wysokiego, przystojnego bruneta. Jego poglądy były progresywne, ale mogły ściągnąć ku sobie ludzi, którzy w trakcie konfliktu szukali radykalnych rozwiązań, kiedy te oferowane przez centrum nie działały.
– Przykro mi Robercie. Myślę, że obrywasz rykoszetem od wszystkich amnezjatorów i Departamentów, które nie przepadają za Caterrmollem czyli... wszystkich pozostałych właściwie. Złośliwość ludzka nie obiera jednak etycznej słuszności Twoich decyzji tamtego wieczoru. Ani tego, że ktoś sobie te zasługi przypisze, lub zrzuci na Ciebie winę, kiedy będzie to wygodne. – Albo zamacha przed nosem posadą, którą odbierze trzy dni później. Ciężko było go nazwać sojusznikiem Eugenii Jenkins w tym momencie, oj ciężko. – Mieszkania. To ciekawe, szczególnie że jest coraz zimniej i namioty przestają wystarczać. Chcesz to zrobić w tej części Londynu, która nie spłonęła, czy planujesz je osadzić poza Zadrą? – dopytywał życzliwie, nie przypuszczając jeszcze, że za tą informacją będzie kryć się kolejna, nieco bardziej interesowna, choć wciąż w słusznej sprawie.