16.03.2026, 17:39 ✶
- To, co i ciebie - odpowiedział swobodnie, z ulgą przyjmując fakt, że Avery była najwyraźniej zbyt zmęczona, by czepiać się tej nieszczęsnej schadzki. Która nie miała miejsca, ale przecież podczas balu wydarzyło się coś, co wytrąciło go z równowagi. Agatha. Osoba, która nie odpuści. Nie odpuściła nawet wtedy, gdy zaręczył się z Bellatrix - wtedy by ją chronić wybrał się pod Dziurawy Kocioł, żeby rozmówić się ze swoją ex. Nie podziałało, a potem zerwali z Black. Plotki o tym powinny już dawno się roznieść po magicznej socjecie: panienka Black miała dosyć Rodolphusa, który miał kij w dupie i wolał siedzieć w Departamencie Tajemnic i babrać się w ludzkich organach, niż chodzić z nią na bale. Zerwane zaręczyny miały mniej konsekwencji, niż się spodziewał, ale informacje o tym musiały dotrzeć do Agathy. Nie widział innego logicznego wyjaśnienia, dla którego kobieta przyszła na bal i szukała właśnie go. - Gwar ludzi, duchota, eliksiry, krzyki podczas licytacji. Dużo jestem w stanie znieść, w końcu rodzina jest najważniejsza, lecz moja wytrzymałość ma swoje granice.
Nie marudził, że boli go głowa od tego zaduchu, a poza tym muzyka, którą grano, nie była w jego guście. No i ten frazes o rodzinie... Gdyby stanął naprzeciwko ukochanej Victorii, kiedy ma na sobie maskę śmierciożercy, posłałby w jej stronę mordercze zaklęcie. Dobre sobie: rodzina jest najważniejsza.
- Mam wrażenie, że to jeden z powodów, dla których zorganizowano ten bal - powiedział, przyznając jej rację. Ludzie potrzebowali odskoczni. - Poza tym słyszałem, że rodzina próbowała zatrzeć niemiłe wrażenie po weselu Perseusza i Vespery. Byłem tam tylko przez chwilę, lecz widziałem biegające kapibary, w które zamieniali się ludzie, a także szlamowaty cyrk.
Ostatnie słowa niemal wypluł z siebie, a maska roześmianego, młodego człowieka opadła niemal natychmiast. Nosił w sercu pielęgnowaną od narodzin nienawiść, podobnie jak i ona. Prowadził ją ścieżką, która wiła się wokół niewielkiego jeziorka. Wiedział, że staw był sztuczny, w końcu mieszkał tu przez jakiś czas.
- Oczywiście, że nie - odpowiedział, zerkając na kobietę niemal z wyrzutem. - Faktem jednak jest to, że ucierpiało sporo czystokrwistych. Na przykład rezydencja moich kuzynek i ich rodziców spłonęła. A i oni nie byli jedyni. Rozgłośnia Radiowa jest spalona, z Prorokiem też jest źle. Wszystko trzeba odbudować - a na to potrzebne są pieniądze. Chociażby z licytacji amuletów. Sam nie wiem, co skrywają skrytki bankowe mojego wujostwa, ale podejrzewam, że nie przepłaciłaś za niego.
Oczywistym było, że Lestrange nie zamierzali dotować szlamowatych organizacji. Z tego co mówił Rodolphus, chcieli się raczej skupić na odbudowie czystokrwistych domów i interesów.
- Słyszałaś o czarnych różach, które pojawiły się na krótko przed pożarem w naszych ogrodach? - zapytał, zwalniając nieco kroku. Spojrzał na spokojną taflę jeziora, przy której znajdowała się ławeczka. Przy niej właśnie pięły się czarne róże, o których mówił.