– To takie… malutkie zwierzątka, gdzieś wielkości złotego znicza, puchate, mięciutkie, kolorowe. Mogą się trochę kojarzyć z pufkami, ale nieco trudniej nad nimi zapanować – wyjaśniła, gdy już się uśmiechnęła na wzmiankę o niewidzialnym psie. – Wydzielają przyjemne zapachy, które są zależne od koloru futra, na przykład różowe pachną podobnie do sernika z truskawkami. Tyle, że jak czują się zagrożone to trochę jak skunks potrafią wypuszczać z siebie cuchnące gazy. Takie… naprawdę… zwalające z nóg – Victoria szukała odpowiednich słów, by opisać to wszystko, gdy tłumaczyła Chrisowi czym jest pierdzipuszek. – To są absolutne słodziaki, zupełnie niegroźne, ale mechanizm obronny mają cudowny – uśmiechnęła się pod nosem. – Adi znalazł jednego na śmietniku i zabrał ze sobą.
– Tak? Jest to poświęcenie, na które jestem gotowa – zażartowała sobie, bo czy powinni ją interesować inni klienci, którym Christopher wcale nie zamierzał przynosić paczek? Chyba nie. Doceniała, że chciało mu się wynaleźć pretekst (który wcale nie był konieczny, tak po prawdzie), by się u niej zjawić i poprawić jej humor tą zupełnie zwyczajną rozmową, jakby od początku byli umówieni na to spotkanie.
A przecież nie byli.
Luna należała do tych ciekawskich kociaków, które w każdą szparę muszą wcisnąć ten swój nosek, wszędzie się wcisnąć, wszystkiego dotknąć i spróbować, a gdy w domu pojawił się nowy obiekt, potencjalnie chętny do głaskania, to przecież nie mogła sobie odmówić. Ale nie wszyscy ludzie jej odpowiadali, niektórych obwąchiwała i uciekała, innych obserwowała z odległości, a jeszcze innym garnęła się na kolana. Póki co jednak kocie instynkty zadziałały i obwąchiwała dłoń Rosiera, nigdzie się jednak nie ruszyła z miejsca.
– To naprawdę jajko – zerknęła zresztą na nie, leżące na stole. – O ile się nie mylę, to magiczny ptak, a dokładniej magiczny gatunek sowy. Prawdopodobnie były jakiś czas temu eksportowane ze wschodu, ale skąd się wzięło tutaj to trochę zagadka, jak się tu wprowadziłam to też znalazłam jedno, ale innego rodzaju – może przy transporcie jakieś ptaki tu przysiadły i kilka jaj jakoś magicznie wypadło z pakunku, cholera wie. – W każdym razie nie potrzebujesz do niego żadnego ptaka. Ten rodzaj powinieneś wsadzić w leśną ściółkę na dobę, a później po tej dobie wyciągnąć je i położyć na stertę liści aż do wyklucia – poczytała, posłuchała, dodała do tego trochę własnej wiedzy i ot… powinna mieć rację, raczej nie było żadnego kroku pomiędzy. – Może to swoje też powinnam w końcu wykluć. Odłożyłam je, żeby nic mu się nie stało, ale póki co nie miałam na to za dużo czasu. Ale moje wykluwa się w ogniu – pasowało to do niej, kobiety, która ognia się nie bała, mając go we krwi tak mocno, że nie czynił jej żadnej krzywdy. Podniosła się nawet, żeby ściągnąć z parapetu okna szkatułkę i wyciągnęła czarne jajo, przypominające zwęglonego ziemniaka, a potem położyła je obok tego „szyszkowego”. – Patrz – dopiero w tym porównaniu było widać dokładnie zbliżony kształt, chociaż były nieco innych rozmiarów i o innej fakturze.