Tuż za grudniowym Yule, to właśnie Beltane już od kilku dobrych lat zajmowało zaszczytne drugie miejsce w rankingu ulubionych świąt młodego Lupina. W końcu czego tu nie lubić? Czarodzieje w całym kraju celebrowali miłość i zmysłowość, a co jak co, ale to były te dwie rzeczy, których Cameron miał pod dostatkiem w życiu, biorąc pod uwagę, w jakim towarzystwie się obracał. To naturalne, iż chciał świętować zgodnie z wolą bogów i miejscowego kowenu. Miał już w życiu wystarczająco ciężko, a pewnie byłoby tylko gorzej, gdyby wylądował w niełasce Matki, co nie?
W duchu liczył, że uda im się zebrać całą trójką na sabacie, jednak fucha Heather w Ministerstwie Magii skutecznie im to utrudniła. Ruda niby miała kręcić się gdzieś tutaj, a to już dawało im pewne pole do popisu. W końcu czy ktoś mógłby ją winić, gdyby postanowiła zostawić w tyle starego piernika, z którym miała patrolować i mieć oko na potencjalnych rozrabiaków? W końcu tyle rzeczy mogło pójść nie tak na tych obchodach!
— Własnymi ręcyma? Kit mi wciskasz? — Uniósł brwi, otwierając jednocześnie usta w karykaturalnym zdziwieniu. Ścisnął mocno rękę Charliego, chcąc sprawdzić, czy od tej ciężkiej pracy wyrobił sobie większe mięśnie. — Na Merlina! Ty to się musiałeś napracować. Będę musiał ci postawić jakiegoś drinka... O ile tu mają drinki. Chłodzone piwo wystarczy?
Rozejrzał się z niemalże dziecięcym roztargnieniem po okolicy, jednak nie zdołał się nawet na chwilę zatrzymać, gdyż przyjaciel pociągnął go dalej. Słuchając jego planów na najbliższe godziny, kiwał potakująco głową.
— A czym zajmuje się w tym roku Sarah? — spytał, chcąc nakierować Charliego na odpowiedni trop. Jeśli kram dziewczyny oferował konkretną usługę lub przedmioty, to może znajdą ją kierując się przedmiotami wystawianymi przez pobliskie stoiska? W końcu, chociażby takie stragany z biżuterią raczej będą obok siebie, a nie pośród stoisk z żarciem.
Pierwszym przystankiem okazało się stoiska goblina, który prowadził loterię. Cameron zmrużył oczy. Czy był to ten sam goblin, który prowadził koło fortuny na Ostarze? Gdy Charlie zakręcił kołem, Lupin odczekał na swoją kolej i zrobił to samo.
— Huh? — mruknął pytająco, dopiero po dłuższej chwili orientując się, że słowa przyjaciela nie były skierowane do niego, a do jakiegoś obcego chłopaka. — Nowy... kolega? — Uniósł sugestywnie brew, po czym niezrażony podał rękę na powitanie Lovegoodowi. — Cameron. Cameron Lupin.
!goblin