16.03.2026, 22:48 ✶
Kruchy sojusz.
Każdy uśmiech. Każde spojrzenie, które uciekło w bok... To wszystko trzeszczało jak lód pod stopami. A jednak było w tej kruchości coś urokliwego, jak czasem patrzy się na misterną ażurową tkankę kruchej rzeźby, czy antycznej wazy. Jeden podmuch wiatru i zmienia się w pył.
Ale oni nie byli ażurowi. Byli z kości i krwi. I zabliźniających się ran.
Jej słowa wywołały uśmiech, ciche wypchnięcie powietrza przez nos, zamiast otwartego śmiechu, wszak nie chciał jej spłoszyć. Nie chciał siebie spłoszyć.
– Jakim byłbym gospodarzem, gdybym teraz czmychnął. Jackie... – zdrobniałe imię nie brzmiało już w jego ustach jak obelga. Próbował zrozumieć jak oczko w głowie może nie lubić głowy, ale sam zdając sobie sprawę z odkształceń ludzkiej świadomości próbował dopuścić do siebie myśl, że w imię "zdrowej" konkurencji, rodzice napuszczali ich na siebie.
Jak na tym wyszli?
– Jak mógłbym przegapić posiłek z Tobą i moimi siostrzeńcami. Jutro pojedziemy razem do Snowdonii, przecież czas w karocy byłby nieznośny, gdyby mnie dzisiaj zabrakło! – Zamknął szafę, krytycznie spojrzał w lustro, zniżając asymetrycznie jedną brew.
Trzeba było się prezentować. Założyć maskę pewności siebie i uśmiechu dedykowanego najbardziej zjadliwym dziennikarzom.
Przez moment myśli uciekły mu do dnia w którym to Jonathan odwiedził go tutaj właśnie, pomagał wybrać ubrania i ćwiczył potem z nim odpowiedzi na konferencję prasową w sprawie Kambodży. To było nie tak dawno temu. To było w poprzednim życiu. Teraz byli relatywnie pogodzeni po wielkiej kłótni, ale Anthony'emu zdawało się coraz mocniej, że musi pogodzić się z faktem, że nie ma czego ratować.
Posmutniał.
– Chodźmy, nie każmy im więcej czekać. A czekaj... mam... mam prezenty dla Twoich dzieci, nie wiem, czy, czy możesz rzucić okiem czy są odpowiednie? – Odwrócił się do nocnej szafki i sięgnął po - oczywiście! - dwie książki. Jedną z nich był biały kruk anglosaskiej florystyki - opasły wolumin Roberta Jr. McGonagalla poświęcony florze i faunie Kniei Godryka. Drugi zaś to elegancki tomik oprawiony lazurową skórą ze złotymi tłoczeniami arabskiego tytułu:
Dywan wschodni: Wybór arcydzieł literatury egipskiej, asyro-babilońskiej, hebrajskiej, arabskiej, perskiej i indyjskiej. – W oryginale. Pomyślałem, że nie ma lepszego sposobu wgryzać się w kulturę języka niż przez.. przez doświadczenie? – zapytał niepewnie. Normalnie nie przejmował się dziećmi aż tak, właściwie nie było tajemnicą, że ich nie lubił, póki nie odrosły od ziemi na tyle, by móc przeczytać Goethego i wysnuć na jego temat jakieś racjonalne wnioski. Wolał nastolatków. Ich Bunt. Energię. Tęsknotę za lepszym światem. Żywił się tym, jak wampiry żywiły się krwią. Tymczasem tu lód trzeszczał, a jemu zależało nieco za bardzo.
Każdy uśmiech. Każde spojrzenie, które uciekło w bok... To wszystko trzeszczało jak lód pod stopami. A jednak było w tej kruchości coś urokliwego, jak czasem patrzy się na misterną ażurową tkankę kruchej rzeźby, czy antycznej wazy. Jeden podmuch wiatru i zmienia się w pył.
Ale oni nie byli ażurowi. Byli z kości i krwi. I zabliźniających się ran.
Jej słowa wywołały uśmiech, ciche wypchnięcie powietrza przez nos, zamiast otwartego śmiechu, wszak nie chciał jej spłoszyć. Nie chciał siebie spłoszyć.
– Jakim byłbym gospodarzem, gdybym teraz czmychnął. Jackie... – zdrobniałe imię nie brzmiało już w jego ustach jak obelga. Próbował zrozumieć jak oczko w głowie może nie lubić głowy, ale sam zdając sobie sprawę z odkształceń ludzkiej świadomości próbował dopuścić do siebie myśl, że w imię "zdrowej" konkurencji, rodzice napuszczali ich na siebie.
Jak na tym wyszli?
– Jak mógłbym przegapić posiłek z Tobą i moimi siostrzeńcami. Jutro pojedziemy razem do Snowdonii, przecież czas w karocy byłby nieznośny, gdyby mnie dzisiaj zabrakło! – Zamknął szafę, krytycznie spojrzał w lustro, zniżając asymetrycznie jedną brew.
Trzeba było się prezentować. Założyć maskę pewności siebie i uśmiechu dedykowanego najbardziej zjadliwym dziennikarzom.
Przez moment myśli uciekły mu do dnia w którym to Jonathan odwiedził go tutaj właśnie, pomagał wybrać ubrania i ćwiczył potem z nim odpowiedzi na konferencję prasową w sprawie Kambodży. To było nie tak dawno temu. To było w poprzednim życiu. Teraz byli relatywnie pogodzeni po wielkiej kłótni, ale Anthony'emu zdawało się coraz mocniej, że musi pogodzić się z faktem, że nie ma czego ratować.
Posmutniał.
– Chodźmy, nie każmy im więcej czekać. A czekaj... mam... mam prezenty dla Twoich dzieci, nie wiem, czy, czy możesz rzucić okiem czy są odpowiednie? – Odwrócił się do nocnej szafki i sięgnął po - oczywiście! - dwie książki. Jedną z nich był biały kruk anglosaskiej florystyki - opasły wolumin Roberta Jr. McGonagalla poświęcony florze i faunie Kniei Godryka. Drugi zaś to elegancki tomik oprawiony lazurową skórą ze złotymi tłoczeniami arabskiego tytułu:
Dywan wschodni: Wybór arcydzieł literatury egipskiej, asyro-babilońskiej, hebrajskiej, arabskiej, perskiej i indyjskiej. – W oryginale. Pomyślałem, że nie ma lepszego sposobu wgryzać się w kulturę języka niż przez.. przez doświadczenie? – zapytał niepewnie. Normalnie nie przejmował się dziećmi aż tak, właściwie nie było tajemnicą, że ich nie lubił, póki nie odrosły od ziemi na tyle, by móc przeczytać Goethego i wysnuć na jego temat jakieś racjonalne wnioski. Wolał nastolatków. Ich Bunt. Energię. Tęsknotę za lepszym światem. Żywił się tym, jak wampiry żywiły się krwią. Tymczasem tu lód trzeszczał, a jemu zależało nieco za bardzo.