16.03.2026, 23:55 ✶
Wieniec Ceolsige był...
zjawiskowy.
I nie chodziło o to, że nagle zaczął żałować, ze jego wygląda tak jak wygląda. O nie, był w stanie docenić kunszt i decyzje Lovegooda, które za nim stały. Ale był też w stanie rozpoznać prawdziwe dzieło sztuki i przez moment był ciekaw, ażeby zapytać skąd Ceolsige ten wieniec ma. Finalnie się powstrzymał, patrząc tylko na nią, gdy w milczeniu modliła się, lub zwyczajnie pogrążała w chwili skupienia niezbędnego przy tego rodzaju aktywnościach.
On sam skupił się z resztą w tej zaistniałej między nimi ciszy na własnych myślach. Własnych potrzebach. Własnych modlitwach.
Ostatni czas wzmógł w nim potrzebę duchowości i nawet nie rugał się zbytnio za ten fakt. Może zwyczajnie potrzebował dojrzeć, może działania Voldemorta zbytnio wstrząsały światem, by nie życzyć sobie boskiej interwencji, która to wszystko mogłaby uporządkować.
Był stoicki na zewnątrz, lecz wewnątrz toczyła go zgnilizna smutku i przerażenia ogromem rzeczy, które już dawno powinny być zrobione. Ogromem rzeczy, które trzeba było zrobić. To wszystko krył w swoim wnętrzu, z dala od wścibskich spojrzeń, nawet teraz, otoczony przez mrowie ludzi. Kto mógł wiedzieć? Jego najbliżsi przyjaciele i Ci, którzy mogli się tak nazywać przed Spaloną Nocą, a teraz ledwie mijał się z nim w drzwiach wspólnego biura i...
Odetchnął, przerywając wewnętrzny bełkot prowadzący do nikąd.
Mimo wszystko. Mimo wszystko czuł wdzięczność za obfitość żyć, które zostały ocalone podczas pożarów. Za to, że ostatnimi słowami, które wypowiedział w obecności Jonathana nie było "Morpheusie proszę powiedz temu mężczyźnie, że może sobie narzekać na mnie dowoli". Za to, że Morpheus mimo trudnych doświadczeń nie opuścił materialnego świata, nawet jeśli Shafiq srogo wierzył, że jasnowidz tak mocno przyklejony jest do życia, że rychło spotkaliby go jako ducha. Za to, że cała rodzina Kellych pokazała śmierci środkowy palec, z nich wszystkich chyba Jasper zrobił to najbardziej widowiskowo, pośród zgliszczy kamienicy w której niegdyś mieszkali. Za to, że Lorien, choć wyleciała z jego gniazda, to zdawała się czuć bezpiecznie i - a może przede wszystkim - szczęśliwie w murach starej rezydencji. Za Lorraine oddającą się religijnemu uniesieniu i jej małą rodzinę, która w sobie wzajem znajdowała otuchę. Za Erika, który stracił niemal wszystko, wciąż jednak mając szansę to odbudować. Za wszystkich tych, dla których był dobrotliwym wujkiem, a których smutne twarze musiał oglądać na pogrzebie Florence. Ona odeszła, ale oni... och oni tak bardzo byli żywi... Korowód przyjaciół, znajomych, partnerów biznesowych, cała sieć lśniąca srebrem i złotem... To wszystko przetrwało. Umacniało się kryzysem. Czekało w napięciu na jego kolejny krok.
Była w nim wdzięczność za tę obfitość. Jenkins mogła zabrać mu z rąk coś co i tak należało do niej, ale nie była w stanie naruszyć fundamentów budowanych latami rozmów, hektolitrów wypitego wspólnie wina, toczących się złotych monet, interesów i pragnień, które podzielał z wieloma osobami ze swojego otoczenia, a teraz chciał je zainfekować nieznaczną, malusieńką zmianą kursu.
Przymknął powieki i poprosił matkę również o Równowagę, tak jak noc równała się z dniem. Między pracą i odpoczynkiem, dawaniem i braniem, światłem i cieniem. Czuł, że potrzebuje tego bardziej niż kiedykolwiek, nękany bezsennością i pożerającą go nerwicą. Nawet teraz nie było w nim spokoju, a tylko on mógł zagwarantować sukces. Spokojne metodyczne działanie. Spójne.
W końcu otworzył oczy i podszedł ten krok, aby ułożyć swój wieniec, symbol plonów ostatniego roku, na ołtarzu ku czci Pani Księżyca.
Proszę, zapewnij memu domowi i wszystkim jego mieszkańcom ochronę. Daj światło, które będzie prowadzić nas przez mroki zimy, daj ciepło, przy którym ogrzejemy nasze dusze w niekończące się noce. Daj nam przetrwać i wzrosnąć znów wiosną. Składam Ci te dary jako wotum ufności Pani. Bądź pozdrowiona.
Ukłonił się z wdzięcznością przed posągiem, czując, że jego nogi przyprowadziła tu trwoga, bezsilne chwytanie się wszelkiej materii, by zapewnić sobie sukces. Sobie? By zapewnić im ochronę. By dobrobyt, którym cieszył się mimo pożaru nie zniknął w zimowej zawierusze.
Chciał wierzyć.
Wierzył.
Przez moment, gdy podniósł twarz ku obliczu Matki, miał wrażenie, że posąg Bogini uśmiechnął się, a przez ciało przebiegł przyjemny dreszcz podobny do tego, który miał szansę czuć w czasie Lammas. Otworzył usta zaskoczony. Zamknął je. Uśmiechnął się łagodnie, czując przez moment spokój.
Równowaga wreszcie.
– Gratia plena – zwrócił się jeszcze do posągu, nim jego wzrok powędrował ku Ceolsige.
– Czy mogę zaproponować spacer również w drodze powrotnej? Przed kolacją muszę jeszcze załatwić kilka spraw na Alei Horyzontalnej – wyjaśnił. Oczywiście mogli się teleportować, ale na cóż było tracić tak piękne popołudnie.
zjawiskowy.
I nie chodziło o to, że nagle zaczął żałować, ze jego wygląda tak jak wygląda. O nie, był w stanie docenić kunszt i decyzje Lovegooda, które za nim stały. Ale był też w stanie rozpoznać prawdziwe dzieło sztuki i przez moment był ciekaw, ażeby zapytać skąd Ceolsige ten wieniec ma. Finalnie się powstrzymał, patrząc tylko na nią, gdy w milczeniu modliła się, lub zwyczajnie pogrążała w chwili skupienia niezbędnego przy tego rodzaju aktywnościach.
On sam skupił się z resztą w tej zaistniałej między nimi ciszy na własnych myślach. Własnych potrzebach. Własnych modlitwach.
Ostatni czas wzmógł w nim potrzebę duchowości i nawet nie rugał się zbytnio za ten fakt. Może zwyczajnie potrzebował dojrzeć, może działania Voldemorta zbytnio wstrząsały światem, by nie życzyć sobie boskiej interwencji, która to wszystko mogłaby uporządkować.
Był stoicki na zewnątrz, lecz wewnątrz toczyła go zgnilizna smutku i przerażenia ogromem rzeczy, które już dawno powinny być zrobione. Ogromem rzeczy, które trzeba było zrobić. To wszystko krył w swoim wnętrzu, z dala od wścibskich spojrzeń, nawet teraz, otoczony przez mrowie ludzi. Kto mógł wiedzieć? Jego najbliżsi przyjaciele i Ci, którzy mogli się tak nazywać przed Spaloną Nocą, a teraz ledwie mijał się z nim w drzwiach wspólnego biura i...
Odetchnął, przerywając wewnętrzny bełkot prowadzący do nikąd.
Mimo wszystko. Mimo wszystko czuł wdzięczność za obfitość żyć, które zostały ocalone podczas pożarów. Za to, że ostatnimi słowami, które wypowiedział w obecności Jonathana nie było "Morpheusie proszę powiedz temu mężczyźnie, że może sobie narzekać na mnie dowoli". Za to, że Morpheus mimo trudnych doświadczeń nie opuścił materialnego świata, nawet jeśli Shafiq srogo wierzył, że jasnowidz tak mocno przyklejony jest do życia, że rychło spotkaliby go jako ducha. Za to, że cała rodzina Kellych pokazała śmierci środkowy palec, z nich wszystkich chyba Jasper zrobił to najbardziej widowiskowo, pośród zgliszczy kamienicy w której niegdyś mieszkali. Za to, że Lorien, choć wyleciała z jego gniazda, to zdawała się czuć bezpiecznie i - a może przede wszystkim - szczęśliwie w murach starej rezydencji. Za Lorraine oddającą się religijnemu uniesieniu i jej małą rodzinę, która w sobie wzajem znajdowała otuchę. Za Erika, który stracił niemal wszystko, wciąż jednak mając szansę to odbudować. Za wszystkich tych, dla których był dobrotliwym wujkiem, a których smutne twarze musiał oglądać na pogrzebie Florence. Ona odeszła, ale oni... och oni tak bardzo byli żywi... Korowód przyjaciół, znajomych, partnerów biznesowych, cała sieć lśniąca srebrem i złotem... To wszystko przetrwało. Umacniało się kryzysem. Czekało w napięciu na jego kolejny krok.
Była w nim wdzięczność za tę obfitość. Jenkins mogła zabrać mu z rąk coś co i tak należało do niej, ale nie była w stanie naruszyć fundamentów budowanych latami rozmów, hektolitrów wypitego wspólnie wina, toczących się złotych monet, interesów i pragnień, które podzielał z wieloma osobami ze swojego otoczenia, a teraz chciał je zainfekować nieznaczną, malusieńką zmianą kursu.
Przymknął powieki i poprosił matkę również o Równowagę, tak jak noc równała się z dniem. Między pracą i odpoczynkiem, dawaniem i braniem, światłem i cieniem. Czuł, że potrzebuje tego bardziej niż kiedykolwiek, nękany bezsennością i pożerającą go nerwicą. Nawet teraz nie było w nim spokoju, a tylko on mógł zagwarantować sukces. Spokojne metodyczne działanie. Spójne.
W końcu otworzył oczy i podszedł ten krok, aby ułożyć swój wieniec, symbol plonów ostatniego roku, na ołtarzu ku czci Pani Księżyca.
Proszę, zapewnij memu domowi i wszystkim jego mieszkańcom ochronę. Daj światło, które będzie prowadzić nas przez mroki zimy, daj ciepło, przy którym ogrzejemy nasze dusze w niekończące się noce. Daj nam przetrwać i wzrosnąć znów wiosną. Składam Ci te dary jako wotum ufności Pani. Bądź pozdrowiona.
Ukłonił się z wdzięcznością przed posągiem, czując, że jego nogi przyprowadziła tu trwoga, bezsilne chwytanie się wszelkiej materii, by zapewnić sobie sukces. Sobie? By zapewnić im ochronę. By dobrobyt, którym cieszył się mimo pożaru nie zniknął w zimowej zawierusze.
Chciał wierzyć.
Wierzył.
Przez moment, gdy podniósł twarz ku obliczu Matki, miał wrażenie, że posąg Bogini uśmiechnął się, a przez ciało przebiegł przyjemny dreszcz podobny do tego, który miał szansę czuć w czasie Lammas. Otworzył usta zaskoczony. Zamknął je. Uśmiechnął się łagodnie, czując przez moment spokój.
Równowaga wreszcie.
– Gratia plena – zwrócił się jeszcze do posągu, nim jego wzrok powędrował ku Ceolsige.
– Czy mogę zaproponować spacer również w drodze powrotnej? Przed kolacją muszę jeszcze załatwić kilka spraw na Alei Horyzontalnej – wyjaśnił. Oczywiście mogli się teleportować, ale na cóż było tracić tak piękne popołudnie.