Bertie uśmiechnął się odrobinę chyba onieśmielony, a to było coś co zdarzało się niezwykle rzadko. Trzeba było jednak przyznać, że słowa Shafiqa brzmiały niezwykle szumnie. Były wielkie w swoim znaczeniu, a nawet jeśli Bott do wielkości w pewien sposób przywykł, to wewnątrz wciąż był zwykłym człowiekiem, sierotą która wychowywała się w domu dziecka i nie miała w życiu zbyt łatwo. Wielu uważało go za prostaka, z tego prostego powodu że miał te swoje zwierzęta gospodarcze i wydawał się woleć rolę niż blask fleszy, nawet jeśli w tych prezentował się niezwykle obiecująco. Szybko jednak ten uśmiech przybrał na wyrazie, wyostrzył się, nabrał ciepłoty i pewności siebie.
- Postaram się - zapewnił rozmówcę stanowczo, bo taka była prawda, trzeba było dbać o siebie. - Jeszcze dzisiaj umówię się na jakąś sensowną wizytę, bo ma pan jak najbardziej rację, nie można siebie zaniedbywać. A co do popołudnia... - Bott wyraźnie zamyślił się na moment, w głowie kartkując jakiś swój kalendarz, ale potrząśnięcie głową poświadczyło że chyba szybko zaniechał. - Wyślę panu sowę. Niestety muszę sprawdzić takie rzeczy w kalendarzu, a teraz go przy sobie nie mam - może powinien sobie ku temu sprawić jakieś poręcznego asystenta, który pamiętałby za niego te wszystkie daty, terminy i godziny.
- To bardzo szlachetne z pana strony - uśmiechnął się delikatnie, bo to nie było coś łatwego, podzielić się domostwem z potrzebującymi. On swoje kozy, konie, krowy i całą resztę pooddawał sąsiadom, których dobytek został podczas Spalonej oszczędzony, a do tego płacił im za tę opiekę sowicie, wspierając tym samym ich rodziny. Do spania musiał sobie też znaleźć inne lokum. - Pan mnie pyta co ja na to, a ja panu odpowiem, że jak na lato - zaśmiał się jowialnie. - Naprawdę, podoba mi się pana tok myślenia. Z największą przyjemnością stanę się jednym z fundatorów, bo Dolina zasługuje na wszystko co najlepsze - i on oszczędnie poklepał Shafiqa. - Może się czegoś napijemy, na przyklepanie naszego porozumienia? Mam coś pod ladą w garkuchni... zapraszam.