Może i coś było w tym, ze gdyby dać im na zwiedzanie sklepów nieco więcej czasu, to on jeszcze byłby gotowy znudzić się tym okropnie. Łażenie po sklepach i oglądanie głupotek nigdy przesadnie nie było jego domeną, no chyba że była mowa o jarmarcznych, sezonowych wystawkach. To było zupełnie coś innego i był w tym jakiś świąteczny czar. O, tradycja, to chyba było dobre słowo, bo przecież zawsze chodził tam z rodzeństwem lub kuzynostwem. Najczęściej jednak chodził tam z Florence i tego typu atrakcje kojarzyły mu się właśnie z nią. Niezwykle ciężko mu było przyjąć do wiadomości, że Lammas było ostatnim świętem, które mógł spędził razem z nią i przez to Mabon wydawało mu się takie... wyblakłe. Puste, odległe i jakby wymuszone. Brakowało odpowiedniej ilości chaosu, która zwykła towarzyszyć rodzinnym spotkaniom. Było zbyt spokojnie, matka nie była taka sama i ojciec też. Kurwa, nikt nie był taki sam i nie było szans, by to kiedykolwiek się pewnie zmieniło.
Odsunął od siebie nieprzyjemne myśli szybko i niemal wręcz automatycznie. Nauczył się to robić aż za dobrze i czasem z tego powodu czuł zwyczajne wyrzuty sumienia. Nie mógł jednak pochylać się nad tym zbyt długo, a na pewno już nie teraz, kiedy mieli rozejść się na swoje strony, żeby przetrzepać pobliskie sklepy w poszukiwaniu... czegoś. Jeśli Brenna faktycznie miała już jakieś plany co do tego, gdzie powinna zawitać, to on miał całe zero przemyśleń w tym temacie.
- Oczywiście. Wiggenowy, bandaż i maść na siniaki wcale nie brzmi tak źle, prawda? - prychnął rozbawiony, zerkając na nią. - Nie nie, takie z kieszeni się nie liczą. Muszą być nowe - sam mógł jej pewnie wyciągnąć coś zapobiegawczego. Jakiś eliksir na ogień, to tak dla przykładu. Po tym jak go śmierciożerca przeczołgał przez ogień, to akurat miał taki przy sobie bardzo często. Podczas Spalonej Nocy niewątpliwie mu się to przydało, bo dzięki temu uniknął poparzeń kiedy wyciągał z płomieni Greengrass.
- Pół godziny - przytaknął i odwrócił się w swoją stronę. Pomysł tego całego wyławiania prezentów ze sklepowych witryn, przyszedł chyba odrobinę za szybko i bez pomyślunku, jak z resztą bardzo dużo rzeczy, które robił w swoim życiu Atreus. Zamiast też pomknąć w jedną z bocznych uliczek, on ruszył wzdłuż tej przy której znajdował się sklep zoologiczny, z którego przed chwilą wyszli. Te bandaże, maści na siniaki i eliksiry wiggenowe wcale nie były takie głupie i aż kusiło go nieco z przekory zajrzeć do jakiejś apteki, która by mu się po drodze nawinęła. Jak na zawołanie poczuł charakterystyczny zapach wytworów eliksiralnych, który dało się podłapać od mijanych drzwi. Szyld dumnie poświadczał o tym, że trzy schodki prowadziły do krainy pierwszej pomocy, syropków na kaszel czy specyfików na poważniejsze dolegliwości, ale Bulstrode uśmiechnął się tylko i ruszył dalej, zwalczając zakusy. Minął jeszcze parę sklepów; jubilera, kwiaciarnię czy jakąś przesadnie drogą księgarnie, ostatecznie decydując się na wejście do antykwariatu, który na Pokątnej stał chyba od zawsze. Wnętrze pachniało starociami, chociaż nie w ten posępny i przygnębiający sposób który sugerował, że wszystko wewnątrz zdążyło pokryć się grubą warstwą kurzu. Albo wszystkie trzy rzeczy znajdzie tutaj, albo faktycznie wróci się do tej głupiej apteki.