Lyssa nie była pewna, jak dużą radość można było czerpać z pracy w towarzystwie dzieci - ona na pewno nie wyciągałaby z tego wiele, walcząc o przeżycie kolejnego dnia. Wracałaby do domu okropnie wręcz zmęczona, przebodźcowana i godzinami siedziałaby na skraju łóżka, wpatrując się w świat za oknem i przepływające po niebie chmury. Musiałaby to wszystko odreagować, rozpakować przeładowany umysł, który niestety pamiętałby wszystko. W s z y s t k o. Każdą bzdurną dziecięcą teorie, która pojawiała się kiedy tylko próbowały wytłumaczyć otaczający je świat.
Kolejną małą przyjemną rzeczą, jeśli chodziło o to jakie były dzieci, było to że wszystko zdawało się dookoła nich lepić. Lepiły im się ręce, buzie, nogi i skrawki ubrania. Ta lepkość z kolei, przenosiła się niczym najgorsza choroba na wszystko, czego te tylko się dotknęły; przedmioty codziennego użytku, meble, dywany, a przede wszystkim - inni ludzie. Kiedy sobie pomyślała, jak by się lepiła po całym dniu takiej pracy, to aż zrobiło jej się odrobinę słabo, ale na całe szczęście zatrzymały się z Heleną przed wejściem do lodziarni pana Fortescue. Dzwoneczek nad wejściem dźwięcznie zaanonsował ich przybycie i Dolohov bez mrugnięcia okiem skorzystała z uprzejmości Rowle i wkroczyła do wnętrza pierwsza.
Ciekawe czy Helenka się lepiła.
- Ma niewątpliwie swój urok - odpowiedziała dyplomatycznie, bo zawsze była gotowa stwierdzić że Paryż wyglądał o wiele lepiej. Nikt ją jednak w tym momencie nie pytał otwarcie, które krajobrazy wolała bardziej, dlatego zachowała tę uwagę dla siebie. Z sympatii. - Huh, faktycznie. To już rok szkolny. Niby sama niedawno skończyłam szkołę, ale jakoś... łatwo się człowiek przyzwyczaił i zapomniał. Ja o tej porze w poprzednim roku byłam jeszcze w Paryżu, więc to pierwszy początek września dla mnie.
Poprzedni rok i początek września był tak samo przyjemny jak naznaczony odrobiną żalu. Dolohov może nie miała odruchu biec rano by dostać się do szkoły, ale dzień wydawał się odrobinę dziwny i zniekształcony, nawet jeśli matka robiła wiele by zapełnić jej głowę tu i teraz, odciągając od wspominek szkolnych korytarzy. Cieszyła się, że nagle uznawana była za dorosłą, a z drugiej strony wiedziała że skończył się pewien etap w jej życiu, dlatego rok temu zaplanowała sobie wieczorem pierwszego września spotkanie z koleżankami, żeby poopowiadać jak minęły wakacje, zobaczyć się i podzielić planami na przyszłość. Jej plany na przykład, w ogóle się nie ziściły, bo jakiś czas potem spakowała walizki i wyjechała do Londynu.
- Można tak powiedzieć. Chociaż mam wrażenie, że każdy jest tak zabiegany, że niekoniecznie ma czas na zapoznawanie się z kimkolwiek - głupio było się trochę przyznać, że sama niezbyt była skłonna do wyciągania zapoznawczo ręki ku sąsiadom i innym... elementom społecznym, które mogły się napatoczyć. Lyssa poznawała przede wszystkim ludzi jej przedstawionych, a do tego potrzeba było kogoś, kto faktycznie mógłby odprawiać honory. Przez to nawet nie interesowała się sąsiadami, zamiast tego ucząc się znajomości Vakela, członków rodziny i jakichś celebrytów, z którymi jej ojciec miał do czynienia. - Nie mogłabyś się przeprowadzić? Wynająć jakieś mieszkanie, albo żeby ci rodzina kupiła? - zapytała, bo gdyby ona chciała się przeprowadzić, poznawać świat i narzekała na ograniczone kontakty w domu to... no miała wrażenie że papa by się wykosztował.
- Hmm, brzmi ciekawie - spojrzała w swoją własną kartę, chociaż zrobiła to przelotnie i zaraz uniosła spojrzenie na Helenę. - Powiedziałabym na to, że podbijam stawkę do całego deseru lodowego w pucharku. Zachowuję posypkę i sos owocowy, ale dodatkowo podbijam ekstra bitą śmietaną. Gorąca czekolada to oczywiście znakomity pomysł, ale z piankami?
Or was he fated from the start
to live for just one fleeting instant,
within the purlieus of your heart.