Dlaczego to miejsce wydawało się takie porzucone? Ten nastrój tak bardzo korespondował z jego własnym prywatnym roztrzęsieniem, że nie mógł się uspokoić wpadając w jeszcze większą i większą flegmatyczną melancholię.
Niektóre noce były czarniejsze, a po takim złośliwym wybryku jego podświadomości, był najczarniejszej kosmicznej pustce, potęgowanej tylko otoczeniem Maida Vale.
Zjawienie się Williama nie przebiło dosadnie tej bańki osamotnienia i pulsującej w głowie potrzeby zniknięcia tak, żeby nikogo już nie obciążać swoją osobą. Szklane popękane panele wykrzywiały wszystko jak percepcja chorego czlowieka, który żył zbyt długo.
– No w końcu! – burknął na niego, ściągając gniewnie brwi, stężały w zaciśnięciu od patrzenia na tę piekielną doniczkę. – Popatrz co znalazłem! Płaczący kwiat. Trochę inny niż pozostałe. Pacjent zero? – sugerował, szczekał właściwie to skamlał udając, że jest rzeczowy, bo przecież był rzeczowy. Prowadził śledztwo, był tutaj z powodu śledztwa, a nie z powodu tchórzliwej ucieczki spod Bristolu, z opactwa leżącego tak blisko Bath, że łunę miasta widać było z wieży, na której kilka dni temu niemal zapomniał gdzie jego miejsce. Sprawa! To było ważne. Róża! – Williamie, potrzebuję Twojej eksprtyzy! – zarządził biorąc go pod ramię i zachęcając do podejścia do doniczki. Przy okazji też na moment położył głowę na jego barku i otarł się o niego ze smutnym westchnieniem. Jesteś... – chciał powiedzieć gestem, wyrazić wdzięczność, gdy jego zewnętrzna powłoka miała tyle kolców.
– Panna Lestrange zareagowała na nią bardzo żywiołowo poprzednim razem gdy wpadliśmy na tę doniczkę. Odciski dłoni, też było je widać na szkle... I róża. Inne kwiaty nie zostały zwilżone. Nie wiem... kto zawiaduje tym ogrodem? Najchętniej zabrałbym ją od razu do Ciebie, ale jeszcze ktoś założyłby, że okradam Twoją rodzinę, a bycie wampirem w dzisiejszych czasach nie jest proste, sam rozumiesz. – raportował chaotycznie wgapiając się w samotny kwiat. Samotny. Czarny. Płaczący.
Nieszczęśliwy.
Była zupełnie jak on.
To była zagadka do rozwiązania.
To było wbijanie szpili pod powieki przez jego własny ogród, spalony i porzucony. Przez każdy kwiat, który ściął w sierpniu i przywiózł do Londynu, aby położyć go na grobie Jonathana Selwyna.
To było piekło.
To był raj.
Z jakiś powodów trwało w nim przekonanie, że jeśli pomoże temu miejscu, to pomoże również sobie.
Nie wypuszczał Williama, trzymał go za przedramię mocno, jakby był jego ostatnią deską ratunku. Po trochę... tak właśnie było. Człowiek stanowił klucz do ogrodu. Klucz do racjonalnego spojrzenia na sprawę i... Cóż, może udałoby się go namówić na małą adopcję. Ta sadzonka potrzebowała miłości. I o ile Gabriel wciąż boleśnie przekonywał się, że on sam jej nie otrzyma (miłości, na sadzonkę własnie bardzobardzobardzo liczył), o tyle ten kwiat...
Niektóre noce były czarniejsze, a po takim złośliwym wybryku jego podświadomości, był najczarniejszej kosmicznej pustce, potęgowanej tylko otoczeniem Maida Vale.
Zjawienie się Williama nie przebiło dosadnie tej bańki osamotnienia i pulsującej w głowie potrzeby zniknięcia tak, żeby nikogo już nie obciążać swoją osobą. Szklane popękane panele wykrzywiały wszystko jak percepcja chorego czlowieka, który żył zbyt długo.
– No w końcu! – burknął na niego, ściągając gniewnie brwi, stężały w zaciśnięciu od patrzenia na tę piekielną doniczkę. – Popatrz co znalazłem! Płaczący kwiat. Trochę inny niż pozostałe. Pacjent zero? – sugerował, szczekał właściwie to skamlał udając, że jest rzeczowy, bo przecież był rzeczowy. Prowadził śledztwo, był tutaj z powodu śledztwa, a nie z powodu tchórzliwej ucieczki spod Bristolu, z opactwa leżącego tak blisko Bath, że łunę miasta widać było z wieży, na której kilka dni temu niemal zapomniał gdzie jego miejsce. Sprawa! To było ważne. Róża! – Williamie, potrzebuję Twojej eksprtyzy! – zarządził biorąc go pod ramię i zachęcając do podejścia do doniczki. Przy okazji też na moment położył głowę na jego barku i otarł się o niego ze smutnym westchnieniem. Jesteś... – chciał powiedzieć gestem, wyrazić wdzięczność, gdy jego zewnętrzna powłoka miała tyle kolców.
– Panna Lestrange zareagowała na nią bardzo żywiołowo poprzednim razem gdy wpadliśmy na tę doniczkę. Odciski dłoni, też było je widać na szkle... I róża. Inne kwiaty nie zostały zwilżone. Nie wiem... kto zawiaduje tym ogrodem? Najchętniej zabrałbym ją od razu do Ciebie, ale jeszcze ktoś założyłby, że okradam Twoją rodzinę, a bycie wampirem w dzisiejszych czasach nie jest proste, sam rozumiesz. – raportował chaotycznie wgapiając się w samotny kwiat. Samotny. Czarny. Płaczący.
Nieszczęśliwy.
Była zupełnie jak on.
To była zagadka do rozwiązania.
To było wbijanie szpili pod powieki przez jego własny ogród, spalony i porzucony. Przez każdy kwiat, który ściął w sierpniu i przywiózł do Londynu, aby położyć go na grobie Jonathana Selwyna.
To było piekło.
To był raj.
Z jakiś powodów trwało w nim przekonanie, że jeśli pomoże temu miejscu, to pomoże również sobie.
Nie wypuszczał Williama, trzymał go za przedramię mocno, jakby był jego ostatnią deską ratunku. Po trochę... tak właśnie było. Człowiek stanowił klucz do ogrodu. Klucz do racjonalnego spojrzenia na sprawę i... Cóż, może udałoby się go namówić na małą adopcję. Ta sadzonka potrzebowała miłości. I o ile Gabriel wciąż boleśnie przekonywał się, że on sam jej nie otrzyma (miłości, na sadzonkę własnie bardzobardzobardzo liczył), o tyle ten kwiat...