17.03.2026, 12:23 ✶
Helloise nie wzięłaby tej salamandry, skoro było to zwierzę uzależnione od magicznego ognia. Trzymanie jej w żarze domowego kominka, samotnej i przywiązanej do sztucznego paleniska, dokarmianej z łaski pieprzem — czarownica nie chciałaby oglądać czegoś takiego. Nie oznaczało to jednak, że nie zabierze kilku salamander ze sobą. Zainteresowali się nimi, ponieważ Leviathan potrzebował ich krwi. Wymieniał życie kilku z tych istot na swoje przyszłe bezpieczeństwo. Helloise nie zamierzała kwestionować wagi jego potrzeby — skoro salamandry miały posłużyć konkretnemu celowi i być uśmiercone humanitarnie, to choć stracenie ich smuciło, było słuszne.
Na razie jedanak niechże grzeją się w płomieniach. Kobieta założyła z powrotem jedną rękawicę i przyklękła przy wiaderku Leviathana, gdzie płonął kopiec, aby do niego przełożyć swoją czwórkę uciekinierów, mimo że zaczynało się w środku robić tłoczno. Patrzyła chwilę w milczeniu na tę ognistą wijącą się plątaninę jaszczurzych ciał, po czym wstała i ruszyła ku drzewom oglądać z czarodziejem osobliwe jaja.
Pierwsze było bardziej na widoku, czarne i zwęglone. Helloise przekrzywiła głowę w zastanowieniu — rzeczywiście nie należało do krajobrazu snowdońskiej natury. Przykucnęła pod drzewem i sięgnęła po drugie z jaj, aby je obejrzeć z bliska. Smoczognik ciekawsko wyjrzał z jej kieszeni, jakby również zainteresowany nietypowym znaleziskiem.
— Dlaczego są tutaj? — zapytała wiedźma, unosząc na Leviathana głowę. W jej głosie brzmiało lodowate, stłumione podejrzenie, choć nie w niego wycelowane. Szukała w krewniaku raczej poparcia swoich przypuszczeń.
Być może to jakieś zwierzę podrzuciło te jaja, porwawszy je skądś. Istniały w naturze takie złośliwce. Jaja wyglądały jednak na okazy hodowlane, a w tych zawsze maczali palce ludzie. Czy to któryś z pracowników rezerwatu odważył się ukraść skądś niewyklute ptaki bądź kupić je i tak bezczelnie porzucić? W tę stronę od razu powędrowały myśli czarownicy.
!Jajo z kalendarza
Na razie jedanak niechże grzeją się w płomieniach. Kobieta założyła z powrotem jedną rękawicę i przyklękła przy wiaderku Leviathana, gdzie płonął kopiec, aby do niego przełożyć swoją czwórkę uciekinierów, mimo że zaczynało się w środku robić tłoczno. Patrzyła chwilę w milczeniu na tę ognistą wijącą się plątaninę jaszczurzych ciał, po czym wstała i ruszyła ku drzewom oglądać z czarodziejem osobliwe jaja.
Pierwsze było bardziej na widoku, czarne i zwęglone. Helloise przekrzywiła głowę w zastanowieniu — rzeczywiście nie należało do krajobrazu snowdońskiej natury. Przykucnęła pod drzewem i sięgnęła po drugie z jaj, aby je obejrzeć z bliska. Smoczognik ciekawsko wyjrzał z jej kieszeni, jakby również zainteresowany nietypowym znaleziskiem.
— Dlaczego są tutaj? — zapytała wiedźma, unosząc na Leviathana głowę. W jej głosie brzmiało lodowate, stłumione podejrzenie, choć nie w niego wycelowane. Szukała w krewniaku raczej poparcia swoich przypuszczeń.
Być może to jakieś zwierzę podrzuciło te jaja, porwawszy je skądś. Istniały w naturze takie złośliwce. Jaja wyglądały jednak na okazy hodowlane, a w tych zawsze maczali palce ludzie. Czy to któryś z pracowników rezerwatu odważył się ukraść skądś niewyklute ptaki bądź kupić je i tak bezczelnie porzucić? W tę stronę od razu powędrowały myśli czarownicy.
!Jajo z kalendarza
dotknij trawy