17.03.2026, 12:51 ✶
Komplement dotyczący jego pracy w ministerstwie przyjął z życzliwym uśmiechem i skinieniem głowy, łagodnym podziękowaniem za słowa uznania, które przecież nie musiały między nimi padać, ale miło połechtały jego ego. Sam często cierpiał na klątwę wiedzy, na tego wewnętrznego krytyka, który łatwo przesłaniał mu impakt działań, skoro - jak w przypadku Kambodży - pobudki pchające go do tego były absolutnie odmienne i bardzo egoistyczne w stosunku do zewnętrznego efektu. Chciał mieć kompetentną nauczycielkę magii bezróżdżkowej. Teraz zbierał polityczny kapitał za uratowanie rynku ingrediencji magicznych.
Najczystsza, najtłustsza śmietanka.
Zaraz jednak spoważniał, widząc co dzieje się z odległa kuzynką i żałując bardzo, że nie mają wypracowanej bazy porozumienia na zdecydowanie bardziej neutralnym gruncie. Różni ludzie, różne mechanizmy, różne sposoby przyniesienia ulgi. Nie był magipsychiatrą, pozostawało mu jednak wykrzesać łagodność empatii, sięgnąć po to, co pomogłoby jemu, z resztą... od tego przecież wyszli.
Dlatego z początku nie mówił nic. Dał słowom wybrzmieć w przytulnej przestrzeni, pachnącej znajomo książkowym kurzem i opowieściami spisanymi na kartach pergaminu.
– Cień rodziców potrafi być ciężki. Ich oczekiwania, życzenia, marzenia dotyczące naszych ścieżek. – Przerażało go to, jak bardzo stłamszona jest Lana. Zawinięta, zaciśnięta poczuciem winy... i to z jakiego powodu? Przecież nadal chciała szlifować swoje naturalne talenty, wiedzę, sprawny, analityczny umysł, a nie rzucała wszystkiego dla pracy w kościanym zamtuzie czy pieczenia ciasteczek! – A jednak... wierzę w to głęboko, że nasi przodkowie chcieliby abyśmy żyli, a nie umierali za życia. – Ruch. Działanie. Zmiana. Kryzysy powinny być szansą wzrostu, a nie gwoździem do trumny. Nie chciał i nie dopuszczał do siebie myśli, co byłoby gdyby w czasie Spalonej umarł ktoś ważny dla jego jego serca. W jakiej czarnej pustce by się znalazł. Nie chciał o tym myśleć, nie kiedy w opuszkach palców trzymał delikatną i kruchą egzystencję Lany, którą trzeba było powoli i niespiesznie oczyścić z pleśni marazmu i depresji.
– Sądzę... że potrzebujesz małych kroków moja droga. Może nie myśl o pracy. Może pomyśl o przysłudze, dla dawno niewidzianego kuzyna. Otóż... mam pewien projekt, który pozwala jakoś... poradzić sobie z tym wszystkim co wydarzyło się podczas Spalonej Nocy – podniósł się i sięgnął do biurka. Czy to była dobra myśl? Zakładał, że fundatorami, będą bliscy mu przyjaciele, ale z każdym dniem ta inicjatywa rozwijała się w postępie geometrycznym. Nie chciał prosić też żałobniczki o pieniądze, byłoby to nader nieeleganckie. Ale może sam mógł jej ofiarować coś, co pozwoliłoby jej uporządkować myśli, otrząsnąć się... Ułożył przed nią zamaszysty szkic niewielkiego dworku. Nad jego drzwiami ktoś złotym tuszem narysował jabłko, a od tego szkicu rozpościerały się linie.
Mapa myśli.
biblioteka/ regały jako wystrój ścian, bar (prewet), antonówka (abbott), sala do wykładów i kameralnych przedstawień, jadalnia (możliwie dużo miejsc, zaplecze, kuchnia, jedzenie przywożone od Botta?), siedziba fundacji (biuro na piętrze), pokoje dla gości (3-5 zależnie od miejsca), niezbędne zabezpieczenia (Figg!)
Poczuł nagłe onieśmielenie. W sumie spisał to przed jej przyjściem. Przeczesał palcami włosy nie ukrywając przed nią w transparentności zmieszania. Może potrzebowała przytulenia. Może potrzebowała zapewnienia, że wszystko będzie dobrze. Może.
– Tak próbuję sobie z tym poradzić. Przynieść światło, którego potrzebuję i podzielić się nim. To luźne notatki do siedziby fundacji, którą zakładam. Złote Jabłko. Chciałbym roztoczyć opiekę nad Doliną. Sprawić, że jej serce znów zabije. To miejsce... Voldemort uderzył w nie już drugi raz, wcześniej podczas Beltane, teraz miasteczko jest zrujnowane nie gorzej niż Londyn. Potrzeba je wzmocnić. Uodpornić. Fundacja miałaby stanowić zaplecze, centrum logistyczne na wypadek kolejnego kryzysu, a w czasach pokoju dbanie o tradycje i kulturę. Poczucie jedności. Integrację społeczności magicznej. Jest... jest wiele rzeczy o które mógłbym prosić Cię przy tym projekcie. Od wyboru podstawego księgozbioru w głównej sali spotkań, po... badania historyczne dotyczące powodu dla którego tak bardzo zależy niektórym na tym by Jabłko zostało spalone. Nie praca. Nie codzienność. Ale ruch. Działanie. Na tyle na ile będziesz miała siły. – zapewnił łagodnie. Nie oczekiwał zgody, była to propozycja złożona w duchu wolności, w szczerej intencji znalezienia dla niej czegoś czym mogłaby zająć myśli, na polu na którym mogliby razem odświeżyć łączącą ich nić.
Najczystsza, najtłustsza śmietanka.
Zaraz jednak spoważniał, widząc co dzieje się z odległa kuzynką i żałując bardzo, że nie mają wypracowanej bazy porozumienia na zdecydowanie bardziej neutralnym gruncie. Różni ludzie, różne mechanizmy, różne sposoby przyniesienia ulgi. Nie był magipsychiatrą, pozostawało mu jednak wykrzesać łagodność empatii, sięgnąć po to, co pomogłoby jemu, z resztą... od tego przecież wyszli.
Dlatego z początku nie mówił nic. Dał słowom wybrzmieć w przytulnej przestrzeni, pachnącej znajomo książkowym kurzem i opowieściami spisanymi na kartach pergaminu.
– Cień rodziców potrafi być ciężki. Ich oczekiwania, życzenia, marzenia dotyczące naszych ścieżek. – Przerażało go to, jak bardzo stłamszona jest Lana. Zawinięta, zaciśnięta poczuciem winy... i to z jakiego powodu? Przecież nadal chciała szlifować swoje naturalne talenty, wiedzę, sprawny, analityczny umysł, a nie rzucała wszystkiego dla pracy w kościanym zamtuzie czy pieczenia ciasteczek! – A jednak... wierzę w to głęboko, że nasi przodkowie chcieliby abyśmy żyli, a nie umierali za życia. – Ruch. Działanie. Zmiana. Kryzysy powinny być szansą wzrostu, a nie gwoździem do trumny. Nie chciał i nie dopuszczał do siebie myśli, co byłoby gdyby w czasie Spalonej umarł ktoś ważny dla jego jego serca. W jakiej czarnej pustce by się znalazł. Nie chciał o tym myśleć, nie kiedy w opuszkach palców trzymał delikatną i kruchą egzystencję Lany, którą trzeba było powoli i niespiesznie oczyścić z pleśni marazmu i depresji.
– Sądzę... że potrzebujesz małych kroków moja droga. Może nie myśl o pracy. Może pomyśl o przysłudze, dla dawno niewidzianego kuzyna. Otóż... mam pewien projekt, który pozwala jakoś... poradzić sobie z tym wszystkim co wydarzyło się podczas Spalonej Nocy – podniósł się i sięgnął do biurka. Czy to była dobra myśl? Zakładał, że fundatorami, będą bliscy mu przyjaciele, ale z każdym dniem ta inicjatywa rozwijała się w postępie geometrycznym. Nie chciał prosić też żałobniczki o pieniądze, byłoby to nader nieeleganckie. Ale może sam mógł jej ofiarować coś, co pozwoliłoby jej uporządkować myśli, otrząsnąć się... Ułożył przed nią zamaszysty szkic niewielkiego dworku. Nad jego drzwiami ktoś złotym tuszem narysował jabłko, a od tego szkicu rozpościerały się linie.
Mapa myśli.
biblioteka/ regały jako wystrój ścian, bar (prewet), antonówka (abbott), sala do wykładów i kameralnych przedstawień, jadalnia (możliwie dużo miejsc, zaplecze, kuchnia, jedzenie przywożone od Botta?), siedziba fundacji (biuro na piętrze), pokoje dla gości (3-5 zależnie od miejsca), niezbędne zabezpieczenia (Figg!)
Poczuł nagłe onieśmielenie. W sumie spisał to przed jej przyjściem. Przeczesał palcami włosy nie ukrywając przed nią w transparentności zmieszania. Może potrzebowała przytulenia. Może potrzebowała zapewnienia, że wszystko będzie dobrze. Może.
– Tak próbuję sobie z tym poradzić. Przynieść światło, którego potrzebuję i podzielić się nim. To luźne notatki do siedziby fundacji, którą zakładam. Złote Jabłko. Chciałbym roztoczyć opiekę nad Doliną. Sprawić, że jej serce znów zabije. To miejsce... Voldemort uderzył w nie już drugi raz, wcześniej podczas Beltane, teraz miasteczko jest zrujnowane nie gorzej niż Londyn. Potrzeba je wzmocnić. Uodpornić. Fundacja miałaby stanowić zaplecze, centrum logistyczne na wypadek kolejnego kryzysu, a w czasach pokoju dbanie o tradycje i kulturę. Poczucie jedności. Integrację społeczności magicznej. Jest... jest wiele rzeczy o które mógłbym prosić Cię przy tym projekcie. Od wyboru podstawego księgozbioru w głównej sali spotkań, po... badania historyczne dotyczące powodu dla którego tak bardzo zależy niektórym na tym by Jabłko zostało spalone. Nie praca. Nie codzienność. Ale ruch. Działanie. Na tyle na ile będziesz miała siły. – zapewnił łagodnie. Nie oczekiwał zgody, była to propozycja złożona w duchu wolności, w szczerej intencji znalezienia dla niej czegoś czym mogłaby zająć myśli, na polu na którym mogliby razem odświeżyć łączącą ich nić.