17.03.2026, 13:42 ✶
Było więcej niż jasne, że ta strata go gryzła. Brenna byłaby chyba szczerze przerażona, gdyby było inaczej. Ale próby poruszenia tego tematu raczej zbywał, sprawiał wrażenie, że absolutnie nie chce o tym rozmawiać i chociaż miała wrażenie, że grób, w którym to grzebał, należał do tych płytkich, to na pewno nie wydawało się jej dobrym pomysłem wyciąganie z niego czegoś siłą. (Pomijając już fakt, że miejscem do tego na pewno nie byłaby ulica Pokątna.)
– Niech to chociaż będzie ładny bandaż, różowy na przykład – rzuciła jeszcze, z odrobiną rozbawienia, zanim znikła mu z oczu. Była w gruncie rzeczy takim typem człowieka, który obdarowany bandażem i syropkiem na kaszel po prostu by zażartował: może takie podejście ułatwiał charakter, a może właśnie to uprzywilejowanie, że większość rzeczy mogła kupić sobie sama.
Przez ułamek sekundy kusiło ją być może, żeby złapać jakiś świąteczny pudding albo coś równie absurdalnego, o, na przykład kolejny bestseller autorki czarodziejskich romansów, którym go uszczęśliwiła w Mungu, bo głównie je sprzedawali w szpitalnym sklepiku tamtego dnia, i potem obserwować minę Atreusa, gdyby otrzymał takie dary (i gdyby wpadli na to po balu Lestrangów to może i faktycznie dostałby jakiś dodatek do tej sukni, którą tak bardzo chciał przymierzyć…). Ale ostatecznie wpadła do niewielkiego sklepiku, co do którego wiedziała, jaki mają asortyment… i że mogą przeprowadzić szybko drobne modyfikacje. W księgarni w pewnym momencie omal na siebie nie wpadli, potem weszła do jednego z tych bardziej ekskluzywnych, zanim skierowała się raźnym krokiem z powrotem do miejsca, w którym się rozstali. Na zakup faktycznego prezentu urodzinowego to byłoby trochę za mało czasu, bo przy takich Brenna miewała skłonności jednak do namyślania się wręcz nadmiernie (na przykład medytowania pół godziny nad dwoma prawie identycznymi swetrami, rozważając, który lepiej skomponuje się z karnacją Morpheusa), ale w przypadku tego drobnego zakładu powrót do „miejsca zbiórki” zajął jej dokładnie dwadzieścia siedem minut. Z czego połowę spędziła w tym pierwszym miejscu.
– Niech to chociaż będzie ładny bandaż, różowy na przykład – rzuciła jeszcze, z odrobiną rozbawienia, zanim znikła mu z oczu. Była w gruncie rzeczy takim typem człowieka, który obdarowany bandażem i syropkiem na kaszel po prostu by zażartował: może takie podejście ułatwiał charakter, a może właśnie to uprzywilejowanie, że większość rzeczy mogła kupić sobie sama.
Przez ułamek sekundy kusiło ją być może, żeby złapać jakiś świąteczny pudding albo coś równie absurdalnego, o, na przykład kolejny bestseller autorki czarodziejskich romansów, którym go uszczęśliwiła w Mungu, bo głównie je sprzedawali w szpitalnym sklepiku tamtego dnia, i potem obserwować minę Atreusa, gdyby otrzymał takie dary (i gdyby wpadli na to po balu Lestrangów to może i faktycznie dostałby jakiś dodatek do tej sukni, którą tak bardzo chciał przymierzyć…). Ale ostatecznie wpadła do niewielkiego sklepiku, co do którego wiedziała, jaki mają asortyment… i że mogą przeprowadzić szybko drobne modyfikacje. W księgarni w pewnym momencie omal na siebie nie wpadli, potem weszła do jednego z tych bardziej ekskluzywnych, zanim skierowała się raźnym krokiem z powrotem do miejsca, w którym się rozstali. Na zakup faktycznego prezentu urodzinowego to byłoby trochę za mało czasu, bo przy takich Brenna miewała skłonności jednak do namyślania się wręcz nadmiernie (na przykład medytowania pół godziny nad dwoma prawie identycznymi swetrami, rozważając, który lepiej skomponuje się z karnacją Morpheusa), ale w przypadku tego drobnego zakładu powrót do „miejsca zbiórki” zajął jej dokładnie dwadzieścia siedem minut. Z czego połowę spędziła w tym pierwszym miejscu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.