• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora

[9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
17.03.2026, 14:11  ✶  
Wrześniowy poranek był chłodny, ale wciąż pachniał końcem lata, mokrą ziemią, trawą i tym ciężkim, lekko metalicznym zapachem jeziora, który zawsze unosił się nad błoniami o tej porze dnia. Mgła powoli rozrzedzała się nad ścieżką, słońce wspinało się wyżej nad krawędzie wież zamku, a ja wciąż stałem z miotłą opartą o ramię i patrzyłem na tę małą postać, która najwyraźniej była przekonana, że świat właśnie postanowił się przeciwko niej sprzysiąc. Dopiero teraz naprawdę zacząłem ogarniać skalę sytuacji, która była… Absurdalnie mała.
Nie w sensie metaforycznym, dosłownie, ponieważ moja niedoszła ofiara przy moim wzroście wyglądała jak ktoś, kogo należałoby oznaczyć na ścieżkach ostrzegawczą flagą. Im dłużej mówiła, tym bardziej miałem wrażenie, że wpakowałem się w coś, czego absolutnie nie planowałem na pięć minut po treningu quidditcha. Wrzesień dopiero się zaczynał, a ja już prawie miałem na koncie zgniecenie pierwszorocznej na szkolnej ścieżce - świetny start sezonu - była tak mała, że gdyby usiadła na trawie, pewnie zgubiłbym ją z pola widzenia między kępami koniczyny, w dodatku wydawała się naprawdę poruszona zaistniałą sytuacją… Zacząłem odruchowo kręcić końcówką miotły w wilgotnej trawie i ziemi, rozgarniając źdźbła jak ktoś coraz bardziej poirytowany lub znudzony, nie ktoś, kto próbował zyskać kilka sekund na przemyślenie odpowiedzi, chociaż - w rzeczywistości - chodziło właśnie o to drugie. To było… Kłopotliwe. Nie w tym sensie, że zamierzałem nagle zmienić się w patrona pierwszorocznych i zacząć rozdawać pocieszające poklepywania po głowie, ale jednak trudniej było utrzymać bojowy nastrój, kiedy ktoś patrzył na ciebie jak królik, który właśnie zorientował się, że przed nim stoi coś bardzo dużego i bardzo potencjalnie niebezpiecznego.
Przez pierwsze kilka sekund po prostu na nią patrzyłem, z tą samą bezczelną obojętnością, z którą zwykle przyjmowałem wszystko, co nie było ani treningiem, ani meczem, ani czymś, co mogłoby realnie wpłynąć na mój ostatni rok w tej szkole, tyle że ona mówiła dalej. I dalej. I dalej. A im więcej mówiła, tym mniej to przypominało zwykłe marudzenie pierwszorocznej, a bardziej coś, co zaczynało się rozjeżdżać we wszystkich kierunkach naraz, jak źle rzucony kafel, który zamiast wpaść do obręczy, odbijał się od wszystkiego po kolei, robiąc przy tym więcej hałasu, niż powinien.
Najpierw to naburmuszenie, jeszcze do zniesienia, potem pytanie o zabijanie przy śniadaniu, które sprawiło, że uniosłem brew i przez ułamek sekundy zastanowiłem się, czy właśnie przypadkiem nie stworzyłem jakiejś nowej szkolnej legendy o seryjnym mordercy z drużyny Gryffindoru. Później jej wyjaśnienia, że była zajęta, że szukała przyjaciela, że to nie jest zwykły kot, i wreszcie ten moment, w którym wszystko zaczęło się sypać - szybciej, głośniej, z tą charakterystyczną nutą paniki, której nie dało się już pomylić z niczym innym.
- Gdybym faktycznie zabijał uczniów przed pierwszym posiłkiem, ktoś by to jednak zauważył. Nawet przy obecnym poziomie organizacji tej budy. Hogwart ma dość restrykcyjne podejście do seryjnych morderców w drużynie Quidditcha. - Ostatnie zdanie wymsknęło mi się prawie mimochodem, a kiedy dotarło do mnie, jak to mogło zabrzmieć, wypuściłem cicho powietrze przez nos i potrząsnąłem głową - niektóre rzeczy po prostu wychodziły ze mnie same, zwłaszcza o tej porze dnia. Westchnąłem przeciągle, przymykając na moment oczy, jakbym próbował odsunąć od siebie ciężar tej sytuacji, zanim jeszcze naprawdę zdążył na mnie spaść. Nie byłem prefektem, nie byłem od tego, nie byłem od uspokajania pierwszorocznych, od ich dramatów, od kotów, które znikały gdzieś między kolacją a świtem. Miałem swoje sprawy, swoje tempo, swoje sprawdzone ścieżki, którymi poruszałem się bez zastanowienia, a to wszystko… To było jak nagłe wejście w coś, co wymagało zatrzymania się, pochylenia, zmiany perspektywy. Nienawidziłem zmieniać perspektywy, kiedy nie było to konieczne, a jednak nie ruszyłem się z miejsca.
Patrzyłem na nią przez chwilę dłużej, niż planowałem, i to chyba był pierwszy błąd, bo im więcej mówiła, tym bardziej sytuacja wymykała się spod tej prostej, porannej kategorii „prawie kogoś zdeptałem, trudno, idziemy dalej”.
- Nie, nie jestem olbrzymem. Ani półolbrzymem. Ani ukrytym projektem magigenetycznym Ministerstwa, jeśli to kolejna teoria. - Dodałem, zerkając na nią krótko. - Po prostu urosłem. Zdarza się. Spróbuj kiedyś. - Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, powstrzymując krzywy uśmiech, który cisnął mi się na usta, bo naprawdę - naprawdę - nie dało się tego słuchać z całkowitą powagą, chociaż gdzieś pod tym wszystkim zaczynało się we mnie przebijać coś na kształt niechcianej odpowiedzialności za to, żeby za chwilę się tu nie rozpłakała.
Uniosłem lekko brew, kiedy odbiła piłeczkę, pytając, czy byłbym taki spokojny, gdyby to mój kot zniknął, i przez ułamek sekundy przemknęło mi przez głowę, że odpowiedź wcale nie jest taka oczywista, jak powinna być. Nie miałem kota, nie miałem też w zwyczaju przywiązywać się do czegokolwiek, co mogło odejść bez uprzedzenia, ale rozumiałem sam mechanizm - irytację, potrzebę kontroli, tę niechęć do tego, że coś wymyka się spod ręki - zamiast jednak to przyznać, prychnąłem cicho, bardziej z przyzwyczajenia niż z rzeczywistej potrzeby.
- Spokojny to może nie. - Przyznałem w końcu, zerkając gdzieś ponad jej głową, jakbym sprawdzał, czy Salem przypadkiem nie siedzi na murku i nie obserwuje nas z wyższością typową dla kotów. - Ale na pewno nie zakładałbym od razu, że ktoś go porwał, sprzedał na czarnym rynku i jeszcze na nim zarobił. - Poprawiłem chwyt na miotle i spojrzałem jeszcze raz w stronę rozległych błoni, które zaczynały się budzić do życia wraz z kolejnymi uczniami wychodzącymi z zamku. Widziałem to dokładnie - jak jedna myśl pociągnęła za sobą kolejną, jak z prostego „nie ma go” robiło się „ktoś go zabrał”, a z tego już tylko krok do…
No, właśnie.
- Dobra, stop. - Powiedziałem w końcu, unosząc rękę w geście, który miał przeciąć ten potok słów, zanim całkiem wymknie się spod kontroli. - Nikt nikogo nie zabije. Ani dziś, ani jutro, ani za kota. To się po prostu nie spina. - Zrobiłem krótką pauzę, dając jej moment na złapanie oddechu, chociaż nie byłem pewien, czy w ogóle z niej skorzysta, przesunąłem ciężar ciała z jednej nogi na drugą, miotła stuknęła lekko o ziemię, kiedy poprawiłem chwyt. Zrobiłem krok obok niej, tym razem celowo, uważnie omijając tę przestrzeń, którą wcześniej prawie zignorowałem. - To nie jest dramat na poziomie egzekucji, tylko zgubione zwierzę. Różnica jest zasadnicza. - Spojrzałem w stronę błoni, przeciągając wzrokiem po wilgotnej trawie, po niskich krzakach, po miejscach, gdzie rzeczywiście coś mogło się czaić, poruszać, żyć własnym rytmem, niezależnie od tego, czy ktoś za tym tęsknił, czy nie. - Najgorsze, co można zrobić, to biegać za nim w panice. Spłoszysz go albo przepędzisz z miejsca, w którym pewnie siedzi i je coś, czego nie chcesz oglądać, niezależnie od tego, co uważasz o jego diecie. Jeśli coś się rusza i mieści w pysku, to jest potencjalnym śniadaniem. Niezależnie od tego, co ustaliliście sobie… Razem. - Zawiesiłem na niej spojrzenie jeszcze na chwilę, po czym westchnąłem cicho, z rezygnacją, która była bardziej udawana niż prawdziwa. Słowa o tym, że to „nie jest zwykły kot”, odbiły się w mojej głowie z lekkim opóźnieniem. Rozmawiał. Zagadywał ludzi. Oczywiście. Dzieci i ich pomysły na zwierzęta, które muszą być bardziej wyjątkowe niż wszystkie inne, bo zwykły kot najwyraźniej nie spełniał standardów.
- A jeśli naprawdę „rozmawia”, jak twierdzisz, to tym bardziej sobie poradzi. Taki kot szybciej zmanipuluje kuchenne skrzaty niż zgubi drogę do dormitorium albo da się komuś zabrać. - Przez chwilę milczałem, po czym wzruszyłem ramionami w sposób, który miał sugerować całkowitą obojętność. Wyprostowałem się z powrotem, ale nie odsunąłem się, nadal stojąc wystarczająco blisko, żeby było jasne, że jeszcze nie kończę tej rozmowy.
- Jeśli chcesz go znaleźć, trzeba myśleć jak drapieżnik, nie jak… - Urwałem na ułamek sekundy, zerkając na nią, uniosłem rękę i wskazałem gdzieś za siebie, w stronę rozciągających się błoni. - Właściciel. - Chociaż zdecydowanie co innego cisnęło mi się na usta. - Tylko - dodałem jeszcze, zerkając na nią z ukosa - patrz, gdzie łazisz, bo Salem może mieć dziewięć żyć, ale ty raczej nie. - Przeniosłem spojrzenie gdzieś na obrzeża Zakazanego Lasu, gdzie mgła wciąż unosiła się nisko nad trawą, a poranne światło zaczynało ją powoli rozpraszać, wewnątrz wciąż wahając się pomiędzy chęcią wyśmiania całej sytuacji a jakimś irytująco upartym impulsem, żeby jednak nie być kompletnym draniem wobec kogoś, kto wyglądał, jakby za chwilę miał się rozpaść na kawałki. Jeszcze przed chwilą myślałem o trajektorii ostatniego podania i o tym, że muszę poprawić skręt przy bocznym wietrze, a teraz stałem na środku ścieżki i słuchałem o kocie, który najwyraźniej prowadził bogate życie towarzyskie poza kontrolą przerażonej właścicielki. Wszystko wyglądało tak zupełnie zwyczajnie, aż trudno było uwierzyć, że dla niej świat właśnie się kończył, i to z powodu pupila, który - jeśli miał choć odrobinę kociego rozumu - najpewniej siedział w tej chwili gdzieś pod krzakiem i robił rzeczy, o których ona wolałaby nie wiedzieć.
Zawahałem się na ułamek sekundy, po czym skrzywiłem się lekko, jakbym sam nie był do końca zadowolony z tego, co zaraz zrobię.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (8808), Nora Figg (5158)




Wiadomości w tym wątku
[9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora - przez Benjy Fenwick - 16.03.2026, 03:08
RE: [9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora - przez Nora Figg - 16.03.2026, 10:09
RE: [9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora - przez Benjy Fenwick - 16.03.2026, 15:50
RE: [9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora - przez Nora Figg - 16.03.2026, 22:13
RE: [9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora - przez Benjy Fenwick - 17.03.2026, 14:11
RE: [9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora - przez Nora Figg - 17.03.2026, 15:05
RE: [9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora - przez Benjy Fenwick - 17.03.2026, 17:35
RE: [9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora - przez Nora Figg - 18.03.2026, 01:04
RE: [9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora - przez Benjy Fenwick - 19.03.2026, 23:56
RE: [9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora - przez Nora Figg - 23.03.2026, 22:45
RE: [9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora - przez Benjy Fenwick - 14.04.2026, 22:26

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa