17.03.2026, 17:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.03.2026, 17:38 przez Benjy Fenwick.)
Słońce zdążyło podnieść się wyżej, rozlewając się po błoniach jasnym, wrześniowym światłem, a ja stałem tam nadal, z miotłą opartą o ramię, słuchając wywodu o kłamstwach, wzroście, rodzinnych kotach i nadciągającej katastrofie społecznej na skalę co najmniej trzech pokoleń, wszystko naraz, bez żadnej selekcji. Przez moment miałem wrażenie, że do moich uszu zaczęły docierać strzępki kilku rozmów naraz, wszystkich prowadzonych jednym, zbyt cienkim głosem, który ledwo nadążał za własnymi myślami. Oparłem ciężar ciała bardziej na jednej nodze, miotłę przesunąłem pod ramię i pozwoliłem jej mówić, bo z każdą kolejną sekundą robiło się coraz ciekawiej, nie w sensie dramatycznym, tylko… Absurdalnym, w ten bardzo specyficzny sposób, który Hogwart produkował regularnie na początku września - w miniaturze, zamknięty w kimś, kogo niemal rozdeptałem, bo był za mały, żeby w ogóle kwalifikować się jako przeszkoda na ścieżce.
Prychnąłem cicho, bardziej nosem niż śmiechem, bo to „kłamiesz” zabrzmiało tak poważnie, jakby właśnie odkryła we mnie zawodowego oszusta, a nie chłopaka, który miał po prostu za dużo energii po treningu i za mało cierpliwości do tłumaczenia wszystkiego wprost.
- Nie kłamię. - Poprawiłem ją od razu, spokojnie, z wyraźnym naciskiem na każde słowo. Właściwie to jej udało się spektakularnie minąć sens tego, co powiedziałem, przelecieć tuż nad obręczą i nawet nie zauważyć zajebiście mocnego błysku metalu, co - swoją drogą - było dość imponujące. - Ironizuję. Wyolbrzymiam. Kłamanie polega na tym, że ktoś chce, żebyś uwierzyła w coś, co nie jest prawdą. - Dodałem, unosząc obie brwi. - A ja mówię rzeczy tak absurdalne, że tylko ktoś bardzo zdeterminowany mógłby je wziąć na serio. Naucz się różnicy, przyda się w tej budzie częściej, niż myślisz. - Przechyliłem głowę, przyglądając jej się uważniej, próbując ocenić, czy to w ogóle to do niej trafiło. Nie kłamałem, gdybym kłamał, robiłbym to znacznie lepiej, nie zostawiłem tu miejsca na dyskusję, bo ona i tak miała w głowie za dużo wątków, w których ewidentnie się gubiła. Ta rozmowa była ekwiwalentem porannego wykładu „co się stanie, jeśli pozwoli się pierwszorocznej mówić bez przerwy przez kilka minut”, odpowiedź była prosta - stanie się dokładnie to. Widziałem to u swoich sióstr, kiedy były młodsze, różnica polegała na tym, że one wiedziały już, kiedy przestać, a ona najwyraźniej jeszcze nie.
Westchnąłem cicho, przesuwając językiem po zębach, gdy nazwała mnie kłamcą, a potem, co gorsza, porównała do uczniów w zielonych szalikach. To mnie rozbawiło, ale tylko przez ułamek sekundy, moment później pojawiło się coś znacznie bliższego urażonej dumie, chociaż nadal trzymanej w ryzach, odchyliłem lekko głowę, zastanawiając się, czy żachanie się na pierwszoroczną to poziom, do którego zamierzałem schodzić. To, że w ogóle musiałem to prostować, było absurdalne. Zielone szaliki. Serio.
- Uważaj - powiedziałem spokojnie, ale wyraźnie, pochylając się odrobinę, żeby skrócić ten absurdalny dystans między nami - to akurat jedyna rzecz, za którą mógłbym się obrazić. - Uniosłem brew, nadal patrząc na nią z góry, tylko trochę bardziej bezpośrednio nad nią, a cień rozbawienia zniknął na moment, ustępując czemuś chłodniejszemu, bardziej wyraźnemu, to było cięższe oskarżenie niż te wszystkie morderstwa razem wzięte. - Nie jestem Ślizgonem. I gdybym był wredny, naprawdę byś to zauważyła. - Kącik moich ust drgnął leciutko. - Mogę być arogancki, mogę być bezczelny, mogę nawet, od czasu do czasu, mówić rzeczy, które brzmią jak groźby karalne - dodałem powoli - ale nie porównuj mnie do bandy zielonych oportunistów, okej? - Nie czekałem na odpowiedź, to było wszystko, co zamierzałem na ten temat powiedzieć. Nie dlatego, że nie miałem więcej do dodania, tylko dlatego, że nie widziałem potrzeby tłumaczenia jej całej tej szkolnej hierarchii, w której i tak by się pogubiła po trzech zdaniach. - No, to zajebiście. - Nie podniosłem głosu, nie musiałem, wystarczyło to lekkie przeciągnięcie słów i spojrzenie z góry, które mówiło więcej niż jakiekolwiek tłumaczenia - tak, zdecydowanie wystarczyło, że stałem nad nią tak, jak stałem, wysoki, wciąż jeszcze rozgrzany i spocony po treningu, z cieniem irytacji, który pojawił się tylko na moment, ale był wyraźny, jak pęknięcie na gładkiej powierzchni - trwało to jednak krótko, za krótko, żeby miało jakiekolwiek konsekwencje, po czym parsknąłem cicho pod nosem, wyprostowałem się i potrząsnąłem głową, jakbym sam uznał, że to wszystko jest zbyt absurdalne, żeby brać to na serio. Miała jedenaście lat, najwyżej dwanaście, i była Puchonką, to nie była kategoria przeciwnika, z którym się walczyło. Westchnąłem cicho, bardziej dla siebie niż dla niej.
- Jeśli już koniecznie chcesz się oburzać, to wybierz lepszy powód. Ten jest zwyczajnie słaby. - Odchrząknąłem i przyjąłem bardziej neutralny ton.
Uniósłbym kącik ust, ale powstrzymałem się w pół gestu, zostawiając tylko cień rozbawienia w spojrzeniu.
- Tak, dokładnie. - Przytaknąłem. - Wpadłem do kociołka z eliksirem na wzrost, kiedy miałem pięć lat. Od tamtej pory tylko rosnę, aż w końcu osiągnę formę wieży zegarowej i zacznę wybijać godziny. - Przesunąłem dłonią po karku, rozciągając lekko spięte mięśnie. - Byłem mały. Krótko. Potem uznałem, że to nie ma sensu. - Westchnąłem teatralnie, zerknąłem na nią z góry, mierząc ją przez moment spojrzeniem, które było bardziej oceniające niż wcześniej, ale już bez tej początkowej irytacji. - A ty urośniesz. Prawdopodobnie. Chociaż jeśli dalej będziesz stawać na środku ścieżek, to nie gwarantuję. - Wzruszyłem lekko ramionami, jakby temat był dla mnie zupełnie drugorzędny, bo był, to nie była moja młodsza siostra, nie byłem też prefektem naczelnym ani opiekunem Hufflepuffu. - O ile nie zostaniesz ofiarą selekcji naturalnej, pewnie dojdzie ci jeszcze parę centymetrów. Pewnie nie do tego poziomu - dodałem bezlitośnie rzeczowo - bo do tego musiałabyś być moim krewnym - a ona może miała blond włosy, za to żaden był z niej Yaxley, tym bardziej już nie Rookwood, rozmiarowo wyglądała raczej jak Flitwick lub ktoś taki - ale wystarczająco, żeby przestać wyglądać jak coś, co można przypadkiem zgubić w trawie.
„Każdy chciałby mieć takiego kota”. „Ktoś mógł go ukraść”. „Będę jedyna bez kota”.
Merlinie.
Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, powstrzymując komentarz, który pierwszy przyszedł mi do głowy.
- Wiesz, co jest fascynujące? - Zacząłem leniwie. - Każdy właściciel kota na tej planecie jest absolutnie przekonany, że jego kot jest wyjątkiem od wszystkich zasad, które rządzą kotami. - Przekrzywiłem lekko głowę. - „Mój nie robi tego”, „mój nie je tamtego”, „mój jest kulturalny”. - Krótka pauza. - A potem ten sam kot siedzi gdzieś za krzakiem z czymś w zębach i to radośnie wpierdala. - Przechyliłem głowę, spoglądając w stronę, gdzie trawa była wyższa, a teren mniej uporządkowany. Przesunąłem miotłę lekko po ziemi, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby, i spojrzałem na nią spod lekko zmrużonych powiek, kiedy zaczęła literować to swoje dramatyczne „przesrane”, nie przerwałem jej jednak, kiedy mówiła dalej, o rodzinie, o tym, jak to będzie wyglądało, jak nie chce być „inna”. To było coś, co znałem, może nie w tej samej formie, ale wystarczająco blisko, żeby rozpoznać mechanizm - wystarczająco blisko, żeby nie skomentować tego tak, jak zrobiłbym to jeszcze chwilę wcześniej.
- Imponujące. - Skwitowałem krótko. - Z taką dykcją spokojnie możesz kiedyś straszyć młodsze roczniki. Jeśli nie urośniesz, zawsze możesz nadrabiać głośnością. Na razie idzie ci całkiem dobrze. - To nie było szczególnie pocieszające, bo nikt nie lubił głośnych krasnali, ale nie miałem w zwyczaju podawać rzeczy w ładnym opakowaniu. - Uwierz mi - dodałem miękcej, chociaż nadal z tym charakterystycznym, lekko ironicznym zabarwieniem - w każdej rodzinie ktoś jest „ten inny”. I świat się od tego nie kończy. - Przeniosłem wzrok gdzieś na błonia, mrużąc lekko oczy w porannym świetle, po czym odchrząknąłem cicho, jakby nic się nie stało.
Komentarz o tym, że nie znam się na kotach, skwitowałem tylko krótkim spojrzeniem z góry, takim, które mówiło więcej niż słowa.
- Oczywiście. - Odparłem. - Całe życie czekałem, aż ktoś wreszcie wyjaśni mi podstawy funkcjonowania sierściuchów.
Coś w jej tonie było… Znajome. Nie w sensie sytuacji, tylko samego uporu. Miałem siostry, wystarczająco dużo sióstr i kuzynek, żeby wiedzieć, jak to wygląda, kiedy coś dla nich „jest najważniejsze na świecie” i nie istnieje żadna siła zdolna je od tego odciągnąć.
- Dobrze, załóżmy, że twój kot jest wyjątkowy. - Powiedziałem, unosząc dłoń w geście, który miał zamknąć ten wątek bez dalszych protestów. Poprawiłem chwyt na miotle i spojrzałem jeszcze raz w stronę błoni, oceniając, ile czasu zajmie mi obejście tej sytuacji, zanim wrócę do własnych spraw. - Najbardziej wyjątkowy kot w historii kotów. Ekskluzywna linia, limitowana edycja, tylko dla wybranych. - Parsknąłem krótkim, stłumionym śmiechem, którego nawet nie próbowałem do końca ukryć. - I oczywiście wszyscy tylko czekają, żeby go ukraść, rozmnożyć i zdominować rynek gadających kotów. - Krótką pauzę, po której kącik ust uniósł mi się znowu w tym znajomym, zbyt pewnym siebie półuśmiechu. - Zwróć tylko uwagę na jeden, drobny szczegół. Taki tyci szczególik. Jak ty. - Zerknąłem na nią z ukosa. - Im dłużej o nim mówisz, tym bardziej brzmi jak coś, co ktoś rzeczywiście chciałby ukraść. - Zauważyłem sucho. - Gratuluję strategii. Jeśli ktoś jeszcze nie wpadł na ten pomysł, właśnie zwiększyłaś jego wartość rynkową. - Zawiesiłem na moment głos, pozwalając, żeby to wybrzmiało bez rozwijania szczegółów, które i tak były oczywiste dla każdego, kto miał choć odrobinę wyobraźni.
„Ty pewnie wiesz jak myśleć w ten sposób, bo jesteś drapieżnikiem, co nie?”
Uniosłem lekko podbródek, jakby to była oczywista sprawa, różnica polegała na tym, że ja celowałem w kafla, nie w coś, co piszczało i próbowało uciec w trawę.
- Ścigający musi nim być. Widzę ruch, reaguję szybciej niż powinienem i zwykle kończy się to dla kogoś źle. Jak jaszczomb albo orł. Inaczej spada się z miotły albo przegrywa mecze, a żadna z tych opcji nie jest szczególnie atrakcyjna. - Zawiesiłem głos na ułamek sekundy, bo jej pytanie o „młodego, energicznego kocura” uderzyło mnie z zupełnie innej strony, niż ona najwyraźniej zakładała - obraz, który pojawił się w mojej głowie, był tak oczywisty, że aż banalny - musiałem bardzo świadomie utrzymać twarz w ryzach, by nie ryknąć śmiechem. Uśmiech zatrzymał się gdzieś na granicy, rozbawienie przyszło szybko i równie szybko zostało zduszone, zanim zdążyło przybrać formę, która byłaby dla niej czytelna. Przez chwilę panowała cisza, przerywana tylko odległym szumem jeziora i cichym szelestem trawy.
- Młody, pełen energii kocur - powtórzyłem powoli, dobierając słowa z większą ostrożnością niż dotychczas - jeśli nie śpi i nie je, to zwykle… Eksploruje teren. - Lekko uniosłem brew. - Sprawdza granice. Szuka wrażeń. Reaguje na wszystko, co się rusza, mruga światłem albo ucieka. - Przesunąłem spojrzeniem po błoniach, jakbym naprawdę próbował coś wypatrzeć, a nie tylko zyskać sekundę na zebranie myśli, ponieważ wniosek, który nasunął mi się jako pierwszy, był absolutnie nie do wypowiedzenia w tej konfiguracji rozmówców. - Krótko mówiąc - pakuje się tam, gdzie nie powinien, tego typu rzeczy. - Nie rozwinąłem tego dalej, nie dlatego, że nie mogłem, tylko dlatego, że nie zamierzałem tłumaczyć pierwszorocznej pełnego katalogu zachowań dorosłego kota.
- Chociaż już przecież ustaliliśmy - twój kot jest jedynym cywilizowanym przedstawicielem gatunku. Reszta to barbarzyńcy. - Ledwo powstrzymałem parsknięcie i zachowałem pokerową twarz. - Więc przestań zachowywać się, jakby świat się kończył, i zacznij myśleć jak on. - Zawahałem się na moment, potem westchnąłem cicho, jak ktoś, kto właśnie podjął decyzję, której nie planował podejmować. - Chodź. - Rzuciłem krótko, ruszając powoli wzdłuż ścieżki, ale już nie w stronę zamku. - Zobaczymy te twoje „wyjątkowe standardy żywieniowe” w praktyce. - Nie spojrzałem na nią od razu, tylko zrobiłem kilka kroków, dając jej czas, żeby się zdecydowała, czy idzie, czy zostaje. - Tylko bez włażenia pod nogi. Wiem, że koty tak robią, ale to akurat możesz sobie darować. - Dodałem jeszcze przez ramię.
Prychnąłem cicho, bardziej nosem niż śmiechem, bo to „kłamiesz” zabrzmiało tak poważnie, jakby właśnie odkryła we mnie zawodowego oszusta, a nie chłopaka, który miał po prostu za dużo energii po treningu i za mało cierpliwości do tłumaczenia wszystkiego wprost.
- Nie kłamię. - Poprawiłem ją od razu, spokojnie, z wyraźnym naciskiem na każde słowo. Właściwie to jej udało się spektakularnie minąć sens tego, co powiedziałem, przelecieć tuż nad obręczą i nawet nie zauważyć zajebiście mocnego błysku metalu, co - swoją drogą - było dość imponujące. - Ironizuję. Wyolbrzymiam. Kłamanie polega na tym, że ktoś chce, żebyś uwierzyła w coś, co nie jest prawdą. - Dodałem, unosząc obie brwi. - A ja mówię rzeczy tak absurdalne, że tylko ktoś bardzo zdeterminowany mógłby je wziąć na serio. Naucz się różnicy, przyda się w tej budzie częściej, niż myślisz. - Przechyliłem głowę, przyglądając jej się uważniej, próbując ocenić, czy to w ogóle to do niej trafiło. Nie kłamałem, gdybym kłamał, robiłbym to znacznie lepiej, nie zostawiłem tu miejsca na dyskusję, bo ona i tak miała w głowie za dużo wątków, w których ewidentnie się gubiła. Ta rozmowa była ekwiwalentem porannego wykładu „co się stanie, jeśli pozwoli się pierwszorocznej mówić bez przerwy przez kilka minut”, odpowiedź była prosta - stanie się dokładnie to. Widziałem to u swoich sióstr, kiedy były młodsze, różnica polegała na tym, że one wiedziały już, kiedy przestać, a ona najwyraźniej jeszcze nie.
Westchnąłem cicho, przesuwając językiem po zębach, gdy nazwała mnie kłamcą, a potem, co gorsza, porównała do uczniów w zielonych szalikach. To mnie rozbawiło, ale tylko przez ułamek sekundy, moment później pojawiło się coś znacznie bliższego urażonej dumie, chociaż nadal trzymanej w ryzach, odchyliłem lekko głowę, zastanawiając się, czy żachanie się na pierwszoroczną to poziom, do którego zamierzałem schodzić. To, że w ogóle musiałem to prostować, było absurdalne. Zielone szaliki. Serio.
- Uważaj - powiedziałem spokojnie, ale wyraźnie, pochylając się odrobinę, żeby skrócić ten absurdalny dystans między nami - to akurat jedyna rzecz, za którą mógłbym się obrazić. - Uniosłem brew, nadal patrząc na nią z góry, tylko trochę bardziej bezpośrednio nad nią, a cień rozbawienia zniknął na moment, ustępując czemuś chłodniejszemu, bardziej wyraźnemu, to było cięższe oskarżenie niż te wszystkie morderstwa razem wzięte. - Nie jestem Ślizgonem. I gdybym był wredny, naprawdę byś to zauważyła. - Kącik moich ust drgnął leciutko. - Mogę być arogancki, mogę być bezczelny, mogę nawet, od czasu do czasu, mówić rzeczy, które brzmią jak groźby karalne - dodałem powoli - ale nie porównuj mnie do bandy zielonych oportunistów, okej? - Nie czekałem na odpowiedź, to było wszystko, co zamierzałem na ten temat powiedzieć. Nie dlatego, że nie miałem więcej do dodania, tylko dlatego, że nie widziałem potrzeby tłumaczenia jej całej tej szkolnej hierarchii, w której i tak by się pogubiła po trzech zdaniach. - No, to zajebiście. - Nie podniosłem głosu, nie musiałem, wystarczyło to lekkie przeciągnięcie słów i spojrzenie z góry, które mówiło więcej niż jakiekolwiek tłumaczenia - tak, zdecydowanie wystarczyło, że stałem nad nią tak, jak stałem, wysoki, wciąż jeszcze rozgrzany i spocony po treningu, z cieniem irytacji, który pojawił się tylko na moment, ale był wyraźny, jak pęknięcie na gładkiej powierzchni - trwało to jednak krótko, za krótko, żeby miało jakiekolwiek konsekwencje, po czym parsknąłem cicho pod nosem, wyprostowałem się i potrząsnąłem głową, jakbym sam uznał, że to wszystko jest zbyt absurdalne, żeby brać to na serio. Miała jedenaście lat, najwyżej dwanaście, i była Puchonką, to nie była kategoria przeciwnika, z którym się walczyło. Westchnąłem cicho, bardziej dla siebie niż dla niej.
- Jeśli już koniecznie chcesz się oburzać, to wybierz lepszy powód. Ten jest zwyczajnie słaby. - Odchrząknąłem i przyjąłem bardziej neutralny ton.
Uniósłbym kącik ust, ale powstrzymałem się w pół gestu, zostawiając tylko cień rozbawienia w spojrzeniu.
- Tak, dokładnie. - Przytaknąłem. - Wpadłem do kociołka z eliksirem na wzrost, kiedy miałem pięć lat. Od tamtej pory tylko rosnę, aż w końcu osiągnę formę wieży zegarowej i zacznę wybijać godziny. - Przesunąłem dłonią po karku, rozciągając lekko spięte mięśnie. - Byłem mały. Krótko. Potem uznałem, że to nie ma sensu. - Westchnąłem teatralnie, zerknąłem na nią z góry, mierząc ją przez moment spojrzeniem, które było bardziej oceniające niż wcześniej, ale już bez tej początkowej irytacji. - A ty urośniesz. Prawdopodobnie. Chociaż jeśli dalej będziesz stawać na środku ścieżek, to nie gwarantuję. - Wzruszyłem lekko ramionami, jakby temat był dla mnie zupełnie drugorzędny, bo był, to nie była moja młodsza siostra, nie byłem też prefektem naczelnym ani opiekunem Hufflepuffu. - O ile nie zostaniesz ofiarą selekcji naturalnej, pewnie dojdzie ci jeszcze parę centymetrów. Pewnie nie do tego poziomu - dodałem bezlitośnie rzeczowo - bo do tego musiałabyś być moim krewnym - a ona może miała blond włosy, za to żaden był z niej Yaxley, tym bardziej już nie Rookwood, rozmiarowo wyglądała raczej jak Flitwick lub ktoś taki - ale wystarczająco, żeby przestać wyglądać jak coś, co można przypadkiem zgubić w trawie.
„Każdy chciałby mieć takiego kota”. „Ktoś mógł go ukraść”. „Będę jedyna bez kota”.
Merlinie.
Przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, powstrzymując komentarz, który pierwszy przyszedł mi do głowy.
- Wiesz, co jest fascynujące? - Zacząłem leniwie. - Każdy właściciel kota na tej planecie jest absolutnie przekonany, że jego kot jest wyjątkiem od wszystkich zasad, które rządzą kotami. - Przekrzywiłem lekko głowę. - „Mój nie robi tego”, „mój nie je tamtego”, „mój jest kulturalny”. - Krótka pauza. - A potem ten sam kot siedzi gdzieś za krzakiem z czymś w zębach i to radośnie wpierdala. - Przechyliłem głowę, spoglądając w stronę, gdzie trawa była wyższa, a teren mniej uporządkowany. Przesunąłem miotłę lekko po ziemi, bardziej z przyzwyczajenia niż potrzeby, i spojrzałem na nią spod lekko zmrużonych powiek, kiedy zaczęła literować to swoje dramatyczne „przesrane”, nie przerwałem jej jednak, kiedy mówiła dalej, o rodzinie, o tym, jak to będzie wyglądało, jak nie chce być „inna”. To było coś, co znałem, może nie w tej samej formie, ale wystarczająco blisko, żeby rozpoznać mechanizm - wystarczająco blisko, żeby nie skomentować tego tak, jak zrobiłbym to jeszcze chwilę wcześniej.
- Imponujące. - Skwitowałem krótko. - Z taką dykcją spokojnie możesz kiedyś straszyć młodsze roczniki. Jeśli nie urośniesz, zawsze możesz nadrabiać głośnością. Na razie idzie ci całkiem dobrze. - To nie było szczególnie pocieszające, bo nikt nie lubił głośnych krasnali, ale nie miałem w zwyczaju podawać rzeczy w ładnym opakowaniu. - Uwierz mi - dodałem miękcej, chociaż nadal z tym charakterystycznym, lekko ironicznym zabarwieniem - w każdej rodzinie ktoś jest „ten inny”. I świat się od tego nie kończy. - Przeniosłem wzrok gdzieś na błonia, mrużąc lekko oczy w porannym świetle, po czym odchrząknąłem cicho, jakby nic się nie stało.
Komentarz o tym, że nie znam się na kotach, skwitowałem tylko krótkim spojrzeniem z góry, takim, które mówiło więcej niż słowa.
- Oczywiście. - Odparłem. - Całe życie czekałem, aż ktoś wreszcie wyjaśni mi podstawy funkcjonowania sierściuchów.
Coś w jej tonie było… Znajome. Nie w sensie sytuacji, tylko samego uporu. Miałem siostry, wystarczająco dużo sióstr i kuzynek, żeby wiedzieć, jak to wygląda, kiedy coś dla nich „jest najważniejsze na świecie” i nie istnieje żadna siła zdolna je od tego odciągnąć.
- Dobrze, załóżmy, że twój kot jest wyjątkowy. - Powiedziałem, unosząc dłoń w geście, który miał zamknąć ten wątek bez dalszych protestów. Poprawiłem chwyt na miotle i spojrzałem jeszcze raz w stronę błoni, oceniając, ile czasu zajmie mi obejście tej sytuacji, zanim wrócę do własnych spraw. - Najbardziej wyjątkowy kot w historii kotów. Ekskluzywna linia, limitowana edycja, tylko dla wybranych. - Parsknąłem krótkim, stłumionym śmiechem, którego nawet nie próbowałem do końca ukryć. - I oczywiście wszyscy tylko czekają, żeby go ukraść, rozmnożyć i zdominować rynek gadających kotów. - Krótką pauzę, po której kącik ust uniósł mi się znowu w tym znajomym, zbyt pewnym siebie półuśmiechu. - Zwróć tylko uwagę na jeden, drobny szczegół. Taki tyci szczególik. Jak ty. - Zerknąłem na nią z ukosa. - Im dłużej o nim mówisz, tym bardziej brzmi jak coś, co ktoś rzeczywiście chciałby ukraść. - Zauważyłem sucho. - Gratuluję strategii. Jeśli ktoś jeszcze nie wpadł na ten pomysł, właśnie zwiększyłaś jego wartość rynkową. - Zawiesiłem na moment głos, pozwalając, żeby to wybrzmiało bez rozwijania szczegółów, które i tak były oczywiste dla każdego, kto miał choć odrobinę wyobraźni.
„Ty pewnie wiesz jak myśleć w ten sposób, bo jesteś drapieżnikiem, co nie?”
Uniosłem lekko podbródek, jakby to była oczywista sprawa, różnica polegała na tym, że ja celowałem w kafla, nie w coś, co piszczało i próbowało uciec w trawę.
- Ścigający musi nim być. Widzę ruch, reaguję szybciej niż powinienem i zwykle kończy się to dla kogoś źle. Jak jaszczomb albo orł. Inaczej spada się z miotły albo przegrywa mecze, a żadna z tych opcji nie jest szczególnie atrakcyjna. - Zawiesiłem głos na ułamek sekundy, bo jej pytanie o „młodego, energicznego kocura” uderzyło mnie z zupełnie innej strony, niż ona najwyraźniej zakładała - obraz, który pojawił się w mojej głowie, był tak oczywisty, że aż banalny - musiałem bardzo świadomie utrzymać twarz w ryzach, by nie ryknąć śmiechem. Uśmiech zatrzymał się gdzieś na granicy, rozbawienie przyszło szybko i równie szybko zostało zduszone, zanim zdążyło przybrać formę, która byłaby dla niej czytelna. Przez chwilę panowała cisza, przerywana tylko odległym szumem jeziora i cichym szelestem trawy.
- Młody, pełen energii kocur - powtórzyłem powoli, dobierając słowa z większą ostrożnością niż dotychczas - jeśli nie śpi i nie je, to zwykle… Eksploruje teren. - Lekko uniosłem brew. - Sprawdza granice. Szuka wrażeń. Reaguje na wszystko, co się rusza, mruga światłem albo ucieka. - Przesunąłem spojrzeniem po błoniach, jakbym naprawdę próbował coś wypatrzeć, a nie tylko zyskać sekundę na zebranie myśli, ponieważ wniosek, który nasunął mi się jako pierwszy, był absolutnie nie do wypowiedzenia w tej konfiguracji rozmówców. - Krótko mówiąc - pakuje się tam, gdzie nie powinien, tego typu rzeczy. - Nie rozwinąłem tego dalej, nie dlatego, że nie mogłem, tylko dlatego, że nie zamierzałem tłumaczyć pierwszorocznej pełnego katalogu zachowań dorosłego kota.
- Chociaż już przecież ustaliliśmy - twój kot jest jedynym cywilizowanym przedstawicielem gatunku. Reszta to barbarzyńcy. - Ledwo powstrzymałem parsknięcie i zachowałem pokerową twarz. - Więc przestań zachowywać się, jakby świat się kończył, i zacznij myśleć jak on. - Zawahałem się na moment, potem westchnąłem cicho, jak ktoś, kto właśnie podjął decyzję, której nie planował podejmować. - Chodź. - Rzuciłem krótko, ruszając powoli wzdłuż ścieżki, ale już nie w stronę zamku. - Zobaczymy te twoje „wyjątkowe standardy żywieniowe” w praktyce. - Nie spojrzałem na nią od razu, tylko zrobiłem kilka kroków, dając jej czas, żeby się zdecydowała, czy idzie, czy zostaje. - Tylko bez włażenia pod nogi. Wiem, że koty tak robią, ale to akurat możesz sobie darować. - Dodałem jeszcze przez ramię.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)