17.03.2026, 20:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.03.2026, 21:32 przez Lorraine Malfoy.)
"Groźna mina Lorraine", która takim przestrachem napełniała wszystkich, od małej Fridy począwszy, a na muszącym się schylać w drzwiach Stanleyu skończywszy, w rzeczywistości była... Miną, którą Lorraine zawsze robiła, gdy bardzo, ale to bardzo usilnie próbowała się nie roześmiać. Ściągała wówczas drżące usta, nie pozwalając im ułożyć się w uśmiech, który rozświetliłby całą twarz. Lorraine niemal zawsze się uśmiechała, ale bardzo rzadko w ten szczególny sposób. Zbyt dbała o zachowanie godne damy, która zawsze winna być przecież opanowana. Dzisiaj jednak wyraźnie odpuściła. Gdy Maeve i Frida zniknęły w kuchni, a za nimi również podążyli Dægberht z Abigail, zwabieni przez dobiegający stamtąd cichy chichot, Lorraine została przy stole, podobnie jak i reszta pozwalając sobie na nieco luzu. Jak gdyby nigdy nic przysiadła więc na podłokietniku krzesła Scarlett, którą Dægberht zbył przepraszającą odpowiedzią, ciągnięty przez córkę do kuchni. Mała nie przyszła tutaj przecież po to, żeby słuchać rozmów dorosłych, tylko żeby pobawić się koleżanką! Lorraine nie interweniowała, bo uznała, że Flintowi dobrze zrobi spędzenie odrobiny czasu z córką. A może jeszcze Maeve wymyśli im wszystkim jakieś zadanie bojowe... Jej dziewczyna miała w końcu multum młodszych i starszych sióstr, i chociaż udawała, że dzieci nie lubi, umiała sobie z nimi bardzo dobrze radzić. Lorraine uważała zresztą, że było to dziwnie atrakcyjne patrzeć, jak Maeve rozstawia ludzi po kątach. Od razu robiło jej się wtedy jakby goręcej.
– Wszystko było naprawdę – wymruczała Scarlett na ucho, nachylając się, żeby odpowiedzieć na jej pytania. – Gdyby Flint skłamał, musiałby sobie wyrwać język, i złożyć w ofierze bogini. Nie wiem, czy tylko język, czy całego siebie, nie pytałam. – Zachichotała, z przyzwyczajenia zakrywając usta dłonią, jak gdyby padający z jej ust żart był czymś szalenie niewłaściwym. Scarlett coraz częściej mogła usłyszeć jednak żarty Lorraine, które bywały... Niespodziewanymi. Bo przecież Lorraine zawsze wydawała się taka poważna, nawet jeżeli się uśmiechała! Uśmiechała się i teraz, obejmując Scarlett ramieniem, żeby nie spaść z podłokietnika krzesła. Dziewczyna nie pierwszy raz napomykała przy Lorraine o swojej zmarłej mentorce. O tej, która wprowadziła ją w arkana egzorcyzmów. Frida, tak się nazywała. Cóż za zbieg okoliczności, pomyślała półwila, a jej wzrok uciekł na chwilę w stronę kuchennych drzwi. Nic dziwnego, że Scarlett wymawiała to imię z dziwną mieszaniną tęsknoty i czułości za każdym razem, gdy zwracała się do małej ghoulki. Przypominało o czasach pełnych miłości, ale i o czasach smutku. "Moja mentorka słynęła z opowieści, a jednak wszystkie zabrała ze sobą." Wiedziała, że egzorcystka przez długi czas była dla dziewczyny czymś na kształt matki, więc rozumiała, jak bolesnym musiało być wspomnienie jej odejścia. Może dlatego była teraz obok Scarlett.
– Ale wiesz, co mawiał mój tata? Nie ma znaczenia, czy opowieść jest prawdziwa, czy nieprawdziwa. To wciąż opowieść. Liczy się to, że możesz ją opowiadać wciąż na nowo. Liczy się to, że w nią wierzysz.
Pochyliła się, aby ucałować Scarlett w czubek głowy, objąwszy ją ramieniem. A potem obie wróciły do prowadzonej nad stołem rozmowy, jak gdyby nigdy nic.
– Wszystko było naprawdę – wymruczała Scarlett na ucho, nachylając się, żeby odpowiedzieć na jej pytania. – Gdyby Flint skłamał, musiałby sobie wyrwać język, i złożyć w ofierze bogini. Nie wiem, czy tylko język, czy całego siebie, nie pytałam. – Zachichotała, z przyzwyczajenia zakrywając usta dłonią, jak gdyby padający z jej ust żart był czymś szalenie niewłaściwym. Scarlett coraz częściej mogła usłyszeć jednak żarty Lorraine, które bywały... Niespodziewanymi. Bo przecież Lorraine zawsze wydawała się taka poważna, nawet jeżeli się uśmiechała! Uśmiechała się i teraz, obejmując Scarlett ramieniem, żeby nie spaść z podłokietnika krzesła. Dziewczyna nie pierwszy raz napomykała przy Lorraine o swojej zmarłej mentorce. O tej, która wprowadziła ją w arkana egzorcyzmów. Frida, tak się nazywała. Cóż za zbieg okoliczności, pomyślała półwila, a jej wzrok uciekł na chwilę w stronę kuchennych drzwi. Nic dziwnego, że Scarlett wymawiała to imię z dziwną mieszaniną tęsknoty i czułości za każdym razem, gdy zwracała się do małej ghoulki. Przypominało o czasach pełnych miłości, ale i o czasach smutku. "Moja mentorka słynęła z opowieści, a jednak wszystkie zabrała ze sobą." Wiedziała, że egzorcystka przez długi czas była dla dziewczyny czymś na kształt matki, więc rozumiała, jak bolesnym musiało być wspomnienie jej odejścia. Może dlatego była teraz obok Scarlett.
– Ale wiesz, co mawiał mój tata? Nie ma znaczenia, czy opowieść jest prawdziwa, czy nieprawdziwa. To wciąż opowieść. Liczy się to, że możesz ją opowiadać wciąż na nowo. Liczy się to, że w nią wierzysz.
Pochyliła się, aby ucałować Scarlett w czubek głowy, objąwszy ją ramieniem. A potem obie wróciły do prowadzonej nad stołem rozmowy, jak gdyby nigdy nic.
Koniec sesji