17.03.2026, 23:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.03.2026, 11:59 przez Helloise Rowle.)
Osiągnięcia naukowe człowieka a jego kondycja duchowa były dwoma osobnymi zagadnieniami. Perspektywa Helloise nie potępiała ani nie negowała postępu idei magicznych dokonanego przez rozum. Krytykowała chorobę, którą rozum ten wykształcił w człowieku za cenę intelektu. Człowiek skarlał i skrył się w sobie. Zamiast rozwijać się, zamiast dążyć do doskonalenia swojej natury, postawił przed sobą kraty i zwijał swoją moc. Kraty służyły słabszym, silnych zaś hamowały. Człowiek wykształcił wstyd i poczucie winy, i nie walczył z nimi, a ulegał. Nikt na salonach nie szukał, co to znaczy być człowiekiem, ponieważ musiałby skonfrontować się z tym, co w nim niewygodne i bolesne. Skoro zaś nie znali człowieka w sobie, jakże mogliby rozwijać człowieczeństwo, aby doskonalić je i zwalczać te choroby ułomnej natury ludzkiej. Warunkowali kolejne pokolenia czarodziejów na to, aby ulegały sentymentom coraz bardziej, kuliły się desperacko w raz ustalonym porządku, kurczyły się. Karły umykające przed własnym odbiciem w lustrze, obudowane bezpiecznym ograniczeniem.
Helloise chciała swoje człowieczeństwo poznać, bo tylko nad tym, co się znało, można było panować. Nie odrzucała od siebie współczucia ani empatii, nienawiści ani gniewu. Tylko gdy je przeżyła i wypaliły się niej, mogła być sobie panią, nie więźniem.
Louvain urodził się szczęśliwie — urodził się naczyniem idealnie dopasowanym do swojej roli. Być może rzeczywiście nie musiał niczego od siebie odsuwać. Jego misja wlała się gładko w duszę i przyjęła dokładny jej kształt. Większość ludzi nie była tak doskonale skrojona, a jeśli wypełniali się cudzą wolą czy społecznym oczekiwaniem, to czynili to za cenę swojej prawdziwej natury. Rzadko rodziły się idealnie wyprofilowane kielichy. Większość ludzi kształt owego naczynia, jakim Louvain był z urodzenia, wymuszała na sobie przemocą. Na siłę dokrawała i szlifowała krawędzie — udawali chłód i opanowanie, ukrywając za ich fasadą wstydliwe człowieczeństwo i poskramiając je. Redukowali siebie do sumy cudzych oczekiwań. Nie wierzyli, że będą na tyle silni, aby zapanować nad tym, co poczują, jeśli sobie na to pozwolą, więc próbowali czuć jak najmniej. To była słabość i droga do dalszej degeneracji ducha, który sam się siebie lękał ujrzeć i odkryć. To — nie rozwój nauki — był problem, od którego rozwiązania uciekali.
Bali się siebie, wzdrygali się przed sobą, cofali się w głąb siebie.
— Jeśli szukasz kogoś zdolnego do aktu okrucieństwa bez zadania cierpienia — Helloise powiodła wymownie wzrokiem dookoła, jakby próbowała objąć nim las cały widoczny zza okien — to szukasz w złym miejscu. Zwierzęta nie znają tak wyszukanych metod.
Wysłuchała tego, co Louvain miał jej do powiedzenia, i z nieodgadnionym wyrazem twarzy patrzyła, jak jego magia kruszy lisi pazur. Zwierzę szarpnęło się na rękach czarownicy, ale ta jedynie wzmocniła uścisk, nie bacząc na to, że przebierający łapami lis szarpie materiał jej sukienki.
— Przychodzi do mnie drapieżnik i daje sobie obciąć pazury. To po prostu żałosna historia — zamknęła temat złośliwością, która przebiła się na moment na jej twarzy. — To, o co pytasz... to, co się stanie, gdy dobrej ręki zabraknie... to zupełnie inna opowieść. Opowieść o ofierze, a dla ofiar historia o poznaniu pańskich wygód i bezpieczeństwa jest zdradliwa i śmiertelna. — Odstawiła wreszcie nieszczęsnego lisa na deski podłogi, lecz ten nie odbiegł od razu, a krążył ciekawsko między nogami czarodziejów. — Popatrz na niego ze mną. — Helloise zmieniła perspektywę opowieści, odsuwając od Lestrange’a rolę dzikiego zwierza; stali teraz nad oswojonym dzikusem ramię w ramię. — Myślisz, że on widzi różnicę między mną a tobą? Jesteśmy tym samym, ty i ja. Jeśli ja zginę, a wraz ze mną ten porządek, którego go nauczyłam, on nie wróci w dzicz. Pójdzie do ciebie, bo jesteśmy tego samego gatunku. Oswoiłam go. Jest teraz zuchwały. Nie boi się ciebie. — I rzeczywiście lis kręcił się wokół Śmierciożercy niezrażony jego obecnością. — Zapomniał strach, bo go z niego wykrzewiłam. Pytasz, co z nim będzie, kiedy mnie zabraknie. Umrze. Wtargnie na twoje podwórze, bo pomyśli, że mu wolno, a tam zagryzą go twoje psy. Trzymasz psy? — Historia urwała się nagle, a Helloise wydała się żywo zainteresowana tym, czy jej nowy znajomy ma pod opieką jakiegoś sympatycznego czworonoga.
Lis uciekł. Czarownica wycofała się w głąb chaty, bujając się w rytm niesłyszalnej melodii, która grała wyłącznie w jej głowie. Psy, psy, powinieneś mieć psy, powtarzała pod nosem. Nakręciła na palec to cienkie pasmo włosów, w które wciąż zaplątana była resztka pazura. Wyrwała je szybkim pociągnięciem, ból błysnął krótko przy skalpie i zniknął. Obojętnie rzuciła splątany kołtun na podłogę.
— Ty tylko broniłeś swoich kur. — Odwróciła się do Louvaina równie nagle, co od niego odeszła, jakby nigdy nie przerwała monologu. Mówiła monotonnym pustym głosem, lecz błysk w oku zdradzał zaangażowanie. — Nie nasłałeś na niego psów z okrucieństwa. To ja go oswoiłam. Ja zabiłam w nim strach przed naszym gatunkiem, ten instynkt ucieczki. Nie bolała go moja kastracja, ale musiało boleć bycie rozszarpanym w zębach ogara. Które z nas jest okrutne? — Nie było wątpliwości co do tego, że nie zrozumiała francuskiej sentencji wygłoszonej przez Lestrange'a. Brzmiała dla niej jak bełkot, z którego wyłowiła tylko jedno znajomo brzmiące słowo: — Responsable. Tak. Nad jednym lisem mogę zapanować. Temu jednemu mogę udzielić schronienia, skoro go potrzebował, lecz gdybym wzięła w opiekę wszystkie lisy tego lasu i wszystkie przyzwyczaiła do życia obok nas? To byłoby szaleństwo. Ich strach jest dobry i dla nas, i dla nich.
Uwagi o wolności czarownica skwitowała wyłącznie niewesołym śmiechem. Jedyne, co można było wywalczyć, to przestronniejsza klatka. Nie myślała jednak dzielić się tym przekonaniem z mężczyzną. Wystarczająco słów zostało już wypowiedzianych. Umilkła na dłuższy czas, ignorując jego pytanie. Snuła się pomiędzy kociołkami, palcami zbierała okruchy z blatów. Prowadził ją sennie po kuchni niby jakiś leniwy wiatr. Chata, która do tej pory pozostawała przy ziemi, powoli wyprostowała swoją nóżkę. Domem lekko zatrzęsło. Buteleczki eliksirów na blatach zadrżały. Psy — wydawało się, że powtórzyła raz jeszcze czarownica, która zgubiła się w swoim świecie. Ukroiła ciasta i zaniosła je na stół. Wyłożyła się na krześle, łokciem oparła o blat. Obserwowała stamtąd Louvaina nieruchomo.
— Chciałeś mi się odwdzięczać — zaczęła wreszcie i zaraz westchnęła. Pani Księżyca jedna wiedzieć raczy, czy to była tęsknota za czymś, czy zmęczenie, czy żal. — Przyjmę od ciebie zapłatę w tej samej walucie, w jakiej liczył się ze mną Draconis, skoro chciałeś kontynuować jego interesy. — Wzięła kawałek sernika i wydłubała z niego płatek czarnej róży. Wsadziła kwiat do ust, a gdy rozgryzła, słodycz ciasta stłumiła roślinny posmak. Zginął w niej zupełnie. — We krwi — doprecyzowała. Krew. Krew wszystkich Śmierciożerców, jakich do tej pory spotkała, przeszła przez jej ręce. — Chcę fiolkę twojej krwi.
Helloise chciała swoje człowieczeństwo poznać, bo tylko nad tym, co się znało, można było panować. Nie odrzucała od siebie współczucia ani empatii, nienawiści ani gniewu. Tylko gdy je przeżyła i wypaliły się niej, mogła być sobie panią, nie więźniem.
Louvain urodził się szczęśliwie — urodził się naczyniem idealnie dopasowanym do swojej roli. Być może rzeczywiście nie musiał niczego od siebie odsuwać. Jego misja wlała się gładko w duszę i przyjęła dokładny jej kształt. Większość ludzi nie była tak doskonale skrojona, a jeśli wypełniali się cudzą wolą czy społecznym oczekiwaniem, to czynili to za cenę swojej prawdziwej natury. Rzadko rodziły się idealnie wyprofilowane kielichy. Większość ludzi kształt owego naczynia, jakim Louvain był z urodzenia, wymuszała na sobie przemocą. Na siłę dokrawała i szlifowała krawędzie — udawali chłód i opanowanie, ukrywając za ich fasadą wstydliwe człowieczeństwo i poskramiając je. Redukowali siebie do sumy cudzych oczekiwań. Nie wierzyli, że będą na tyle silni, aby zapanować nad tym, co poczują, jeśli sobie na to pozwolą, więc próbowali czuć jak najmniej. To była słabość i droga do dalszej degeneracji ducha, który sam się siebie lękał ujrzeć i odkryć. To — nie rozwój nauki — był problem, od którego rozwiązania uciekali.
Bali się siebie, wzdrygali się przed sobą, cofali się w głąb siebie.
— Jeśli szukasz kogoś zdolnego do aktu okrucieństwa bez zadania cierpienia — Helloise powiodła wymownie wzrokiem dookoła, jakby próbowała objąć nim las cały widoczny zza okien — to szukasz w złym miejscu. Zwierzęta nie znają tak wyszukanych metod.
Wysłuchała tego, co Louvain miał jej do powiedzenia, i z nieodgadnionym wyrazem twarzy patrzyła, jak jego magia kruszy lisi pazur. Zwierzę szarpnęło się na rękach czarownicy, ale ta jedynie wzmocniła uścisk, nie bacząc na to, że przebierający łapami lis szarpie materiał jej sukienki.
— Przychodzi do mnie drapieżnik i daje sobie obciąć pazury. To po prostu żałosna historia — zamknęła temat złośliwością, która przebiła się na moment na jej twarzy. — To, o co pytasz... to, co się stanie, gdy dobrej ręki zabraknie... to zupełnie inna opowieść. Opowieść o ofierze, a dla ofiar historia o poznaniu pańskich wygód i bezpieczeństwa jest zdradliwa i śmiertelna. — Odstawiła wreszcie nieszczęsnego lisa na deski podłogi, lecz ten nie odbiegł od razu, a krążył ciekawsko między nogami czarodziejów. — Popatrz na niego ze mną. — Helloise zmieniła perspektywę opowieści, odsuwając od Lestrange’a rolę dzikiego zwierza; stali teraz nad oswojonym dzikusem ramię w ramię. — Myślisz, że on widzi różnicę między mną a tobą? Jesteśmy tym samym, ty i ja. Jeśli ja zginę, a wraz ze mną ten porządek, którego go nauczyłam, on nie wróci w dzicz. Pójdzie do ciebie, bo jesteśmy tego samego gatunku. Oswoiłam go. Jest teraz zuchwały. Nie boi się ciebie. — I rzeczywiście lis kręcił się wokół Śmierciożercy niezrażony jego obecnością. — Zapomniał strach, bo go z niego wykrzewiłam. Pytasz, co z nim będzie, kiedy mnie zabraknie. Umrze. Wtargnie na twoje podwórze, bo pomyśli, że mu wolno, a tam zagryzą go twoje psy. Trzymasz psy? — Historia urwała się nagle, a Helloise wydała się żywo zainteresowana tym, czy jej nowy znajomy ma pod opieką jakiegoś sympatycznego czworonoga.
Lis uciekł. Czarownica wycofała się w głąb chaty, bujając się w rytm niesłyszalnej melodii, która grała wyłącznie w jej głowie. Psy, psy, powinieneś mieć psy, powtarzała pod nosem. Nakręciła na palec to cienkie pasmo włosów, w które wciąż zaplątana była resztka pazura. Wyrwała je szybkim pociągnięciem, ból błysnął krótko przy skalpie i zniknął. Obojętnie rzuciła splątany kołtun na podłogę.
— Ty tylko broniłeś swoich kur. — Odwróciła się do Louvaina równie nagle, co od niego odeszła, jakby nigdy nie przerwała monologu. Mówiła monotonnym pustym głosem, lecz błysk w oku zdradzał zaangażowanie. — Nie nasłałeś na niego psów z okrucieństwa. To ja go oswoiłam. Ja zabiłam w nim strach przed naszym gatunkiem, ten instynkt ucieczki. Nie bolała go moja kastracja, ale musiało boleć bycie rozszarpanym w zębach ogara. Które z nas jest okrutne? — Nie było wątpliwości co do tego, że nie zrozumiała francuskiej sentencji wygłoszonej przez Lestrange'a. Brzmiała dla niej jak bełkot, z którego wyłowiła tylko jedno znajomo brzmiące słowo: — Responsable. Tak. Nad jednym lisem mogę zapanować. Temu jednemu mogę udzielić schronienia, skoro go potrzebował, lecz gdybym wzięła w opiekę wszystkie lisy tego lasu i wszystkie przyzwyczaiła do życia obok nas? To byłoby szaleństwo. Ich strach jest dobry i dla nas, i dla nich.
Uwagi o wolności czarownica skwitowała wyłącznie niewesołym śmiechem. Jedyne, co można było wywalczyć, to przestronniejsza klatka. Nie myślała jednak dzielić się tym przekonaniem z mężczyzną. Wystarczająco słów zostało już wypowiedzianych. Umilkła na dłuższy czas, ignorując jego pytanie. Snuła się pomiędzy kociołkami, palcami zbierała okruchy z blatów. Prowadził ją sennie po kuchni niby jakiś leniwy wiatr. Chata, która do tej pory pozostawała przy ziemi, powoli wyprostowała swoją nóżkę. Domem lekko zatrzęsło. Buteleczki eliksirów na blatach zadrżały. Psy — wydawało się, że powtórzyła raz jeszcze czarownica, która zgubiła się w swoim świecie. Ukroiła ciasta i zaniosła je na stół. Wyłożyła się na krześle, łokciem oparła o blat. Obserwowała stamtąd Louvaina nieruchomo.
— Chciałeś mi się odwdzięczać — zaczęła wreszcie i zaraz westchnęła. Pani Księżyca jedna wiedzieć raczy, czy to była tęsknota za czymś, czy zmęczenie, czy żal. — Przyjmę od ciebie zapłatę w tej samej walucie, w jakiej liczył się ze mną Draconis, skoro chciałeś kontynuować jego interesy. — Wzięła kawałek sernika i wydłubała z niego płatek czarnej róży. Wsadziła kwiat do ust, a gdy rozgryzła, słodycz ciasta stłumiła roślinny posmak. Zginął w niej zupełnie. — We krwi — doprecyzowała. Krew. Krew wszystkich Śmierciożerców, jakich do tej pory spotkała, przeszła przez jej ręce. — Chcę fiolkę twojej krwi.
dotknij trawy