18.03.2026, 01:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.03.2026, 01:36 przez Benjy Fenwick.)
Leżałem na plecach w wysokiej trawie, z rękami założonymi pod głową, i patrzyłem, jak niebo rozlewa się nade mną w odrobinę zbyt czystym odcieniu błękitu, żeby komukolwiek przyszło do głowy nazwać to „typowym angielskim lipcem”, ale może wcale nie byłem w Anglii. Lato miało tu smak ciepłego powietrza i czegoś słodkiego, co osiadało na języku przy każdym wdechu - może kwiatów, może owoców, które dojrzewały gdzieś poza zasięgiem mojego wzroku. Gdzieś obok musiała być woda, bo okazjonalnie wiejący wiaterek niósł ten specyficzny chłód, który pojawiał się przy jeziorach albo rzekach, czułem go na odsłoniętych przedramionach - delikatny kontrast dla słońca, ulga w skwarze, idealna równowaga. Zapach wilgoci mieszał się z ciepłem ziemi, tworząc coś znajomego, coś, co kojarzyło mi się z wakacjami spędzanymi z dala od domu, od ścian z kamienia, od wiecznego przeciągu w korytarzach posiadłości w Little Hangleton i od naszych typowych letnich rezydencji, w których trawnik był zawsze starannie przystrzyżony. Nie ruszałem się, nie sprawdzałem okolicy, nie skanowałem otoczenia sokolim wzrokiem, nie było, po co - świat, jakimś cudem, nie domagał się ode mnie niczego, nic się nie działo, nikt niczego ode mnie nie chciał, los na chwilę przestał mnie sprawdzać.
Nie pamiętałem, kiedy ostatnio było tak… Spokojnie. Bez planu, bez czyjejś obecności nad głową, bez tej ciągłej gotowości, żeby coś udowodnić, coś odkręcić albo kogoś wyprowadzić z równowagi. Tutaj niczego nie musiałem, nawet myśleć, tu nie było zimnych murów, nie było spojrzeń, nie było zasad, które trzeba było naginać tylko po to, żeby nie zwariować.
Przymknąłem oczy tylko na chwilę, bardziej z przyzwyczajenia niż zmęczenia, i przeciągnąłem się leniwie, czując materiał cienkiej, bawełnianej koszuli przyklejający mi się do rozgrzanej skóry. Jedną nogę miałem niedbale zgiętą w kolanie, drugą wyciągniętą, buty porzucone gdzieś obok, bo uznałem, że nie są mi do niczego potrzebne - i tak nigdzie mi się nie spieszyło - było przyjemnie, zbyt przyjemnie, pewnie, za sielsko, ale nie na tyle, żeby zawracać sobie tym myśli. Kapelusz zsunął mi się lekko na oczy, więc poprawiłem go dwoma palcami, nie podnosząc nawet głowy o cal. Cień od ronda przeciął mi twarz na pół, a świat zrobił się przyjemnie przytłumiony, ale nie całkowicie zasłonięty, nadal widziałem jasność pod powiekami. Przesunąłem językiem po źdźble trawy, które wetknąłem sobie między zęby, smakowało świeżo, lekko gorzko, zupełnie jak powinno, nie było w tym miejscu nic szczególnego, gdyby ktoś zapytał - ot, kawałek łąki, kilka drzew, słońce i cisza, a jednak wszystko było dokładnie takie, jak powinno…
Gdzieś daleko coś zaszeleściło, może wiatr, może jakieś zwierzę, ale nie otworzyłem oczu, nie było powodu, nic tu nie wymagało mojej uwagi. Gdybym się uparł, pewnie znalazłbym w tym coś podejrzanego, zawsze znajdowałem, ale jeśli coś działało, nie widziałem potrzeby, żeby to analizować - to była jedna z niewielu zasad, których postanowiłem się trzymać bez jakichkolwiek zastrzeżeń. Przez chwilę, jedną z tych rzadkich, cholernie rzadkich chwil, nie zastanawiałem się nad niczym.
Nie pamiętałem, kiedy ostatnio było tak… Spokojnie. Bez planu, bez czyjejś obecności nad głową, bez tej ciągłej gotowości, żeby coś udowodnić, coś odkręcić albo kogoś wyprowadzić z równowagi. Tutaj niczego nie musiałem, nawet myśleć, tu nie było zimnych murów, nie było spojrzeń, nie było zasad, które trzeba było naginać tylko po to, żeby nie zwariować.
Przymknąłem oczy tylko na chwilę, bardziej z przyzwyczajenia niż zmęczenia, i przeciągnąłem się leniwie, czując materiał cienkiej, bawełnianej koszuli przyklejający mi się do rozgrzanej skóry. Jedną nogę miałem niedbale zgiętą w kolanie, drugą wyciągniętą, buty porzucone gdzieś obok, bo uznałem, że nie są mi do niczego potrzebne - i tak nigdzie mi się nie spieszyło - było przyjemnie, zbyt przyjemnie, pewnie, za sielsko, ale nie na tyle, żeby zawracać sobie tym myśli. Kapelusz zsunął mi się lekko na oczy, więc poprawiłem go dwoma palcami, nie podnosząc nawet głowy o cal. Cień od ronda przeciął mi twarz na pół, a świat zrobił się przyjemnie przytłumiony, ale nie całkowicie zasłonięty, nadal widziałem jasność pod powiekami. Przesunąłem językiem po źdźble trawy, które wetknąłem sobie między zęby, smakowało świeżo, lekko gorzko, zupełnie jak powinno, nie było w tym miejscu nic szczególnego, gdyby ktoś zapytał - ot, kawałek łąki, kilka drzew, słońce i cisza, a jednak wszystko było dokładnie takie, jak powinno…
Gdzieś daleko coś zaszeleściło, może wiatr, może jakieś zwierzę, ale nie otworzyłem oczu, nie było powodu, nic tu nie wymagało mojej uwagi. Gdybym się uparł, pewnie znalazłbym w tym coś podejrzanego, zawsze znajdowałem, ale jeśli coś działało, nie widziałem potrzeby, żeby to analizować - to była jedna z niewielu zasad, których postanowiłem się trzymać bez jakichkolwiek zastrzeżeń. Przez chwilę, jedną z tych rzadkich, cholernie rzadkich chwil, nie zastanawiałem się nad niczym.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)