18.03.2026, 10:37 ✶
– Gdybym oszukiwała przecież bym się do tego nie przyznała, prawda? – oświadczyła, kiedy Atreus się pojawił i odsunęła się od ściany, a potem sięgnęła do torby, by te rzeczy wręczyć. Żadna nie była na tyle wielka albo ciężka, żeby stanowiła jakiś szczególny problem w tej chwili.
Pierwszym, co Brenna wyciągnęła, była książka… i kobieta pozwoliła Atreusowi wierzyć całe pięć sekund, że mogło to być dla niego.
– To prezent dla kogoś innego – uspokoiła go jednak zaraz, bo powstrzymała ochotę na takie zakupy. Wyciągnęła z torby tę drugą książkę, kupioną faktycznie w ramach tego małego zakładu, a tę pierwszą, absolutnie ewidentnie romans, bo na ruchomej okładce dziewczę omdlewało prosto w ramiona czarodzieja we fraku, chowając z powrotem. – No chyba że wolisz jednak „M jak miłość i magia”, to jeszcze dokonamy podmiany, zdaje się, że to ta sama autorka, którą ją poznałeś i miałeś mi zrecenzować, pamiętasz?
Nie wybrała tej drugiej pozycji, którą teraz podała Bulstrodowi, dlatego, że Atreus kojarzył się jej jakoś mocno z księgami: raczej chodziło o tematykę, a po opisie na okładce, była to powieść o przygodach pewnego bardzo dzielnego aurora, tropiącego czarnoksiężnika na Nokturnie. Czarnoksiężnika i jego, oczywiście, łączyła sprawa zbrodni sprzed lat, jak to bywa w takich wypadkach.
W ślad za wepchniętą mu w dłonie książką poszło niewielkie pudełeczko, które położyła na okładce. To już z tej półki cenowej, która dla nich może była rozsądna, ale niekoniecznie dla każdego innego, zegarek z limitowanej edycji Rosierów – chyba o zakupie przesądziło trochę „limitowane” czyli nie tylko kasa się liczy, ale bardziej fakt, że w centrum tarczy znajdował się złoty znicz, którego skrzydła stały się wskazówkami, ot motywy quidditchowe.
Przy czym Brenna najbardziej była… dumna to może nie było odpowiednie słowo, rozbawiona też nie do końca, ale po prostu to było coś, co kupić musiała.
Tym była po prostu niewielka figurka, która wyleciała jej z ręki na miniaturowej miotle. Tyle że w zakupie nie chodziło tak naprawdę nawet o miotłę. Raczej o fakt, że personalizowali szybko płaszcze miotlarza, dokonując drobnych zmian, by każdy mógł mieć tę z symbolem swojej ulubionej drużyny…
Na płaszczu tego zawodnika jednak zamiast jakiegoś symbolu zjednoczonych czy harpii znalazł się herb z płomieniem ujętym w wieńcu majowym, na tle utrzymanym w chłodnych kolorach.
Jeśli motywem przewodnim miało być skojarzenie z drugą osobą, to nie mogłaby znaleźć lepszego. Bo miała pewność, że nawet za tysiąc lat, choćby ich drogi rozeszły się tego wieczora a on miał zapomnieć o jej istnieniu, te majowe wieńce zawsze miały kojarzyć się jej z nim, z Beltane i z dziwną, senną ucztą, do której zasiedli z odpowiednikami ich krewnych i znajomych z jakiegoś innego świata.
Pierwszym, co Brenna wyciągnęła, była książka… i kobieta pozwoliła Atreusowi wierzyć całe pięć sekund, że mogło to być dla niego.
– To prezent dla kogoś innego – uspokoiła go jednak zaraz, bo powstrzymała ochotę na takie zakupy. Wyciągnęła z torby tę drugą książkę, kupioną faktycznie w ramach tego małego zakładu, a tę pierwszą, absolutnie ewidentnie romans, bo na ruchomej okładce dziewczę omdlewało prosto w ramiona czarodzieja we fraku, chowając z powrotem. – No chyba że wolisz jednak „M jak miłość i magia”, to jeszcze dokonamy podmiany, zdaje się, że to ta sama autorka, którą ją poznałeś i miałeś mi zrecenzować, pamiętasz?
Nie wybrała tej drugiej pozycji, którą teraz podała Bulstrodowi, dlatego, że Atreus kojarzył się jej jakoś mocno z księgami: raczej chodziło o tematykę, a po opisie na okładce, była to powieść o przygodach pewnego bardzo dzielnego aurora, tropiącego czarnoksiężnika na Nokturnie. Czarnoksiężnika i jego, oczywiście, łączyła sprawa zbrodni sprzed lat, jak to bywa w takich wypadkach.
W ślad za wepchniętą mu w dłonie książką poszło niewielkie pudełeczko, które położyła na okładce. To już z tej półki cenowej, która dla nich może była rozsądna, ale niekoniecznie dla każdego innego, zegarek z limitowanej edycji Rosierów – chyba o zakupie przesądziło trochę „limitowane” czyli nie tylko kasa się liczy, ale bardziej fakt, że w centrum tarczy znajdował się złoty znicz, którego skrzydła stały się wskazówkami, ot motywy quidditchowe.
Przy czym Brenna najbardziej była… dumna to może nie było odpowiednie słowo, rozbawiona też nie do końca, ale po prostu to było coś, co kupić musiała.
Tym była po prostu niewielka figurka, która wyleciała jej z ręki na miniaturowej miotle. Tyle że w zakupie nie chodziło tak naprawdę nawet o miotłę. Raczej o fakt, że personalizowali szybko płaszcze miotlarza, dokonując drobnych zmian, by każdy mógł mieć tę z symbolem swojej ulubionej drużyny…
Na płaszczu tego zawodnika jednak zamiast jakiegoś symbolu zjednoczonych czy harpii znalazł się herb z płomieniem ujętym w wieńcu majowym, na tle utrzymanym w chłodnych kolorach.
Jeśli motywem przewodnim miało być skojarzenie z drugą osobą, to nie mogłaby znaleźć lepszego. Bo miała pewność, że nawet za tysiąc lat, choćby ich drogi rozeszły się tego wieczora a on miał zapomnieć o jej istnieniu, te majowe wieńce zawsze miały kojarzyć się jej z nim, z Beltane i z dziwną, senną ucztą, do której zasiedli z odpowiednikami ich krewnych i znajomych z jakiegoś innego świata.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.