18.03.2026, 22:54 ✶
Obudził się znienacka, chociaż zasnął tak lekko, że niemal niezauważenie. Ze świstem wciągnął powietrze do płuc. Kaszel, który nim po chwili wstrząsnął, był tak silny, że przez chwilę czuł się tak, jak gdyby się dusił. Przewrócił się na bok, rzężąc dłuższą chwilę, zanim zdołał złapać oddech, któremu nie towarzyszyłoby bolesne gniecenie w klatce piersiowej. Usiadł, pochylając się nieco do przodu, żeby odciążyć przeponę. Gdy leżał na plecach czuł, że się dusi. Zaparł się więc o piaszczysty brzeg, zagarnął palcami ziemię, jak gdyby potrzebował wpić się nimi w łono świata, aby przekonać się, że wciąż jeszcze jest prawdziwym. To wszystko było prawdziwe, jeżeli mógł tego dotknąć, pomyślał. Ziemia dawała oparcie, które podmywała woda. Woda znów odtrąciła go ze swych objęć, ale ziemia była czymś trwałym. Czymś namacalnym. Alexander nie zwrócił uwagi, że cały uwalony jest mokrym piachem. Zatrzymał w dłoni kilka drobnych kamyków, zakopanych do tej pory w przybrzeżnym mule. Czuł jak ich ostre krawędzie wpijają się w skórę. Prawdziwymi były drobne skaleczenia, jakie zostawiły po sobie na wnętrzu jego dłoni. Jeżeli krwawił, wciąż żył, powtarzał sobie. Podniósł przekrwione oczy, nieświadom, że kilka drobnych naczyń przebiegających po ich powierzchni pękło pod wpływem narastającego ciśnienia wtedy, gdy walczył o oddech: poczuł tylko nieprzyjemne zadrażnienie, gdy zamrugał, zalany na nowo napływem wrażeń.
– To nie tak – wychrypiał, z trudem łapiąc powietrze. Chwytał je łapczywie, gwałtownymi haustami, próbując się nie zakrztusić. Przecież nie chciał umrzeć. Nie tak naprawdę. Chciał tylko... Poczuć spokój. Bo przez krótką chwilę czuł się niemal szczęśliwy. Nawet nie pamiętał już, jak to jest. Po prostu chciał wejść do wody. Pozwolić, aby go zabrała. – To nie tak – powtórzył, ale kaszel nie pozwolił mu wyartykułować słów. Alexander nie pożądał śmierci, lecz wypełnienia przepowiedni. Nic nie mógł przecież poradzić na to, że przepowiadał sobie wyłącznie śmierć. Być może zrobił to wszystko po to właśnie, żeby się z nią spotkać.
A więc matka miała rację, pomyślał Alexander, wpatrując się w nabożnym skupieniu w twarz siedzącej obok kobiety. Pierś jego unosiła się i opadała, gdy z trudem przyjmował na siebie ciężar kolejnych oddechów. Miała rację, gdy składała modły przed ołtarzem Śmierci. Śmierć była bogiem i siedziała teraz u jego boku. A więc prorokowi przyszło wreszcie mówić z bogami... Patrzył na jedną z ich rodzaju, nie śmiąc przy tym mrugnąć.
Śmierć była piękna.
Nie miała potwornej twarzy bogini Kali, do której zanosiła modły Selina Mulciber. Nie, to nie była Czarna Kali w jej niszczącym aspekcie, z twarzą wykrzywioną gniewem i pogardą. Spowita była w biel, nie straszyła jednak bielą nagich kości. Spodziewał się jej owiniętej w kir, którego czerń odpowiadałaby ciemności kłębiącej się w pustce oczodołów. Spodziewał się potępienia, nie łaski.
"Dlaczego się nienawidzisz? Dlaczego nienawidzisz tego z czego zostałeś stworzony?"
Alexander zaczął śmiać się chrapliwie. Przedziwny był to śmiech. Zdawał się należeć do kogoś innego. Do kogoś żywego. Nie pasował do jego zmartwiałej twarzy. Jak mógłby jej to wyjaśnić? Że niczego bardziej nie pragnie niż wybudzić się z tego snu? Nie wiedział już, co było snem, a co jawą. Nie był tego pewny nawet wtedy, gdy otwierał oczy. "Powinieneś się obudzić zanim zapomnisz, jak to się robi", przypomniała mu z dziwną tkliwością w głosie zanim go pocałowała. Pamiętał ten pocałunek. Jego usta były zimne, jej też. Nie dbał jednak o to, że oboje zdają się drżeć. W skostniałych z zimna palcach czaiła się pożądliwość, z którą zbliżył się do siedzącej obok kobiety, ciężko oparłszy się czołem o jej czoło. Była taka delikatna. Taka krucha. Taka... Nie wiedział, do czego ją porównać. Bransoletki na jej przedramionach mieniły się jak łuski, ale przecież nie była syreną, chociaż miała głos syreny. Syreny pożerały serca żeglarzy, aby nasycić swój głód krwi, a ona delikatnie oparła dłoń na jego piersi, jak gdyby chciała uspokoić serce, które rozbijało się szaleńczo o żebra. Odetchnął nią, ignorując pieczenie w klatce piersiowej. Pachniała kadzidłem, wonnym olejkiem, a może mirrą.
– Nie całuj mnie z litości – wyszeptał ledwo słyszalnie Alexander. Wplótł dłonie w mokre włosy kobiety, które spływały kaskadą na jej szczupłe ramiona.
Pocałował ją tak, jak całować mógł tylko tonący.
– To nie tak – wychrypiał, z trudem łapiąc powietrze. Chwytał je łapczywie, gwałtownymi haustami, próbując się nie zakrztusić. Przecież nie chciał umrzeć. Nie tak naprawdę. Chciał tylko... Poczuć spokój. Bo przez krótką chwilę czuł się niemal szczęśliwy. Nawet nie pamiętał już, jak to jest. Po prostu chciał wejść do wody. Pozwolić, aby go zabrała. – To nie tak – powtórzył, ale kaszel nie pozwolił mu wyartykułować słów. Alexander nie pożądał śmierci, lecz wypełnienia przepowiedni. Nic nie mógł przecież poradzić na to, że przepowiadał sobie wyłącznie śmierć. Być może zrobił to wszystko po to właśnie, żeby się z nią spotkać.
A więc matka miała rację, pomyślał Alexander, wpatrując się w nabożnym skupieniu w twarz siedzącej obok kobiety. Pierś jego unosiła się i opadała, gdy z trudem przyjmował na siebie ciężar kolejnych oddechów. Miała rację, gdy składała modły przed ołtarzem Śmierci. Śmierć była bogiem i siedziała teraz u jego boku. A więc prorokowi przyszło wreszcie mówić z bogami... Patrzył na jedną z ich rodzaju, nie śmiąc przy tym mrugnąć.
Śmierć była piękna.
Nie miała potwornej twarzy bogini Kali, do której zanosiła modły Selina Mulciber. Nie, to nie była Czarna Kali w jej niszczącym aspekcie, z twarzą wykrzywioną gniewem i pogardą. Spowita była w biel, nie straszyła jednak bielą nagich kości. Spodziewał się jej owiniętej w kir, którego czerń odpowiadałaby ciemności kłębiącej się w pustce oczodołów. Spodziewał się potępienia, nie łaski.
"Dlaczego się nienawidzisz? Dlaczego nienawidzisz tego z czego zostałeś stworzony?"
Alexander zaczął śmiać się chrapliwie. Przedziwny był to śmiech. Zdawał się należeć do kogoś innego. Do kogoś żywego. Nie pasował do jego zmartwiałej twarzy. Jak mógłby jej to wyjaśnić? Że niczego bardziej nie pragnie niż wybudzić się z tego snu? Nie wiedział już, co było snem, a co jawą. Nie był tego pewny nawet wtedy, gdy otwierał oczy. "Powinieneś się obudzić zanim zapomnisz, jak to się robi", przypomniała mu z dziwną tkliwością w głosie zanim go pocałowała. Pamiętał ten pocałunek. Jego usta były zimne, jej też. Nie dbał jednak o to, że oboje zdają się drżeć. W skostniałych z zimna palcach czaiła się pożądliwość, z którą zbliżył się do siedzącej obok kobiety, ciężko oparłszy się czołem o jej czoło. Była taka delikatna. Taka krucha. Taka... Nie wiedział, do czego ją porównać. Bransoletki na jej przedramionach mieniły się jak łuski, ale przecież nie była syreną, chociaż miała głos syreny. Syreny pożerały serca żeglarzy, aby nasycić swój głód krwi, a ona delikatnie oparła dłoń na jego piersi, jak gdyby chciała uspokoić serce, które rozbijało się szaleńczo o żebra. Odetchnął nią, ignorując pieczenie w klatce piersiowej. Pachniała kadzidłem, wonnym olejkiem, a może mirrą.
– Nie całuj mnie z litości – wyszeptał ledwo słyszalnie Alexander. Wplótł dłonie w mokre włosy kobiety, które spływały kaskadą na jej szczupłe ramiona.
Pocałował ją tak, jak całować mógł tylko tonący.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat