18.03.2026, 23:48 ✶
Studiowałam własne okrucieństwo — tak mu powiedziała, gdy przyszedł do niej. Wiedziała, co robi. To było dobre, to było szkodliwe — oba wydawały się jednocześnie prawdą. Helloise nie była idealnie regularnym naczyniem — wiele było na jej powierzchni uchyłków i wgnieceń pozostałych do zwiedzenia. Nie zawsze była dobra i nie zawsze była silna. Nie była ideałem z filozoficznego traktatu, mimo że do niego dążyła. Była człowiekiem.
— Próbuję ci coś udowodnić? Zaprosiłam cię do zabawy, a ty podążyłeś. Nie ma tu wiele więcej. — Spirala wspólnie rozwijanych myśli skomplikowała się tak, że kobieta nie znajdowała w niej już punktów orientacyjnych. Clou dyskusji utonęło w odmęcie jej szaleństwa. Czarownica zmarszczyła brwi. — Dobrze. Zatem ja będę niosła winę za skrzywdzenie go, a on niech będzie żyw i szczęśliwy tych kilka miesięcy czy lat dłużej, niż mu pisali Bogowie. Nie powiedziałeś mi, czy masz psy.
Nie to, co Louvain zrozumiał z opowieści, próbowała mu powiedzieć. Jej historia była o współżyciu gatunków, które nie powinny się były nigdy złączyć. O słabym ogrzewającym się w domu silnego. O tym, co stanie się, gdy umrą drobroduszni protektorzy i ogłupiałe lisy trafią na podwórze rządzone przez tych, którzy nie przyjmą z otwartymi ramionami szkodnika wykradającego zasoby pańskiego kurnika.
Porzuciła temat. Patrzyła, jak podejrzliwie mężczyzna zerka na poczęstunek. Jak boi się wyjadać z jej talerza, boi się brać od niej. Niech się boi. Zjadła przed nim ostentacyjnie dwa słuszne kawałki, patrząc mu natarczywie w oczy, gdy Śmierciożerca raczył się po przeciwnej stronie stołu papierosem. Nie podobał jej się ten człowiek i jego uśmiechy. Od początku nie podobały jej się jego uśmiechy.
Odmówił jej. Oblizała palce. Skinęła w namyśle głową. Być może byłaby agresywniejsza i przebieglejsza w swoich żądaniach, gdyby odmawiał jej jedynego źródła krwi Blacków, jakie znała. Nie potrzebowała go. Miała Williama. Czuła, że znajomego Lestrange'a skuszą próby odtworzenia mikstury z Maida Vale. Znała umysł Williama na tyle, żeby wiedzieć, że gdy postawi przed nim problem badawczy, będzie on chętny do wyczerpania dostępnych hipotez równie mocno, co ona. Czy i ten człowiek przed nią mógł znać go? Musiał. Czystokrwiści mnożyli się ograniczeni ściankami szalki laboratoryjnej w ciasnych granicach brytyjskiej arystokracji. Ten i William Lestrange musieli być tej samej krwi, skoro obaj krwawili na czarno. Helloise przekrzywiła głowę na bok, jakby szukała na twarzy Louvaina nowego kąta — kąta, pod którym znajdzie Williama.
Jej wzrok ślizgał się chwilę po twarzy czarodzieja, po czym spadł na stół, na paczkę papierosów. Sięgnęła po nią i wyjęła jednego. Obróciła w palcach i zaczęła rozkładać na części pierwsze.
— To groźba — powiedziała znudzona, paznokciami rozrywając bibułkę. Wysypała tytoń na stół.
Znudzona. Była rozkosznie znudzona. Zerkała na Louvaina znad suszu, w którym grzebała palcem, żeby raz po raz upewnić się, że jest znudzona. Pamiętała wciąż, jak bała się tego człowieka za pierwszym razem, gdy do niej przyszedł. Nie wiedziała, czego od niej chciał. Myślała, czy nie wpada w zmyślną pułapkę. Czy jednym błędnym krokiem nie pociągnie za sobą w kłopoty kogoś, na kim jej zależy. Nie, już się nie bała. Uśmiechała się do niego porozumiewawczo znad absorbującego zajęcia porządkowania tytoniowych wiórów. Bo gdy patrzyła na Louvaina, pamiętała jego własny strach. Pamiętała, jak pokazał jej swoje zimne serce, i pamiętała, jak kulił się pod drzwiami tej chaty równie przerażony jak ona. Wodniste oczy Helloise siedzącej po przeciwnej stronie stołu nakładały na twarz Lestrange’a wszystkie jego momenty słabości.
— Prawda. Miałeś mi pomóc, a niczego nowego mi nie przyniosłeś — zauważyła, rozcierając susz między opuszkami zazielenionych palców. — Nie mam powodu, żeby wierzyć w cokolwiek, co mówisz. Niczego nie wiesz. — Żaden z nich nie wiedział. Od każdego Śmierciożercy odbiła się rozczarowana, bo żaden nie potrafił jej dać tego, czego chciała. Pod ich upartym, och, jakże upartym, milczeniem, Helloise czuła bezradność. — Nie wiesz też, co mogłam z twoimi rzeczami zrobić. — Wstała i z cichym szelestem szaty podeszła do szafy, z której wyjęła fiolki surowca i eliksiru. — Nie bałeś się? Że to zniszczę. Ukradnę. — Postawiła naczynia na kuchennym blacie. — Doniosę na ciebie anonimowo do Ministerstwa. Czemu nie? — Wzruszyła ramionami.
Tego dnia miała gotowy przepis. Obliczenia poczynione poprzednim razem nie zdezaktualizowały się. Przejrzała je jeszcze pewnego razu, nie znalazła błędu. Tego dnia była trzeźwa, w pełni sił. Praca nie przypominała tej ociężałej walki, pełnej bolesnego niemal skupienia wyciśniętego ostatkiem siły woli, pożerającego wszystkie zasoby przeciążonego umysłu. Choć stanowisko pracy Helloise nie przypominało błyszczących laboratoryjnych stołów profesjonalnych pracowni alchemicznych, odnajdywała się w nim bezbłędnie. Odmierzała składniki w skupieniu. Korygowała na bieżąco temperatury w naczyniach, mieszała czujnie. Wszystkie czynności wykonywane przy oczyszczaniu płynu z rogu buchorożca wydawały się przeplatać ze sobą harmonijnie.
Niechby tylko ta uporządkowana praca nie okazała się mniej skuteczna od pół-przytomnego alchemicznego transu.
// rzucam WOP4 na wyizolowanie substancji wybuchowej z drugiej połowy surowca buchorożcowego
Tym razem — gdy mikstura stygła i czekali werdyktu — czarownica nie zaległa bezwładnie w kącie kuchni. Wytarła palce w fartuch, nie spuściła zakasanych rękawów. Zajęła się przygotowywaniem kolejnych elementów do konstrukcji ładunku wybuchowego, które miała czas od ostatniej wizyty opracować. Kucała przy kolejnych szafkach — wyciągała fiolki, czarne słoiczki, woreczki tajemniczych proszków, a na koniec niewielkie drewniane pudełko, które miało być skorupą, w której spocznie bomba.
— Jak liczycie zasługi? — Helloise wzięła się pod bok, spoglądając na Lestrange’a. — Nie stworzyłeś tego sam, ale ty zaniesiesz to waszemu panu. — Wystukała na pokrywie pudełka krótki rytm paznokciami. — Nie. Gdy będziesz odbierał nagrodę, postaw na tym, co zrobiłam, również jego nazwisko, żeby dostał swoją część.
Nie zamierzała zdradzać własnego domu, potulnie odpisując swoje osiągnięcia dla kogoś obcego, kiedy wśród zastępów Czarnego Pana służyła jej rodzina.
— Próbuję ci coś udowodnić? Zaprosiłam cię do zabawy, a ty podążyłeś. Nie ma tu wiele więcej. — Spirala wspólnie rozwijanych myśli skomplikowała się tak, że kobieta nie znajdowała w niej już punktów orientacyjnych. Clou dyskusji utonęło w odmęcie jej szaleństwa. Czarownica zmarszczyła brwi. — Dobrze. Zatem ja będę niosła winę za skrzywdzenie go, a on niech będzie żyw i szczęśliwy tych kilka miesięcy czy lat dłużej, niż mu pisali Bogowie. Nie powiedziałeś mi, czy masz psy.
Nie to, co Louvain zrozumiał z opowieści, próbowała mu powiedzieć. Jej historia była o współżyciu gatunków, które nie powinny się były nigdy złączyć. O słabym ogrzewającym się w domu silnego. O tym, co stanie się, gdy umrą drobroduszni protektorzy i ogłupiałe lisy trafią na podwórze rządzone przez tych, którzy nie przyjmą z otwartymi ramionami szkodnika wykradającego zasoby pańskiego kurnika.
Porzuciła temat. Patrzyła, jak podejrzliwie mężczyzna zerka na poczęstunek. Jak boi się wyjadać z jej talerza, boi się brać od niej. Niech się boi. Zjadła przed nim ostentacyjnie dwa słuszne kawałki, patrząc mu natarczywie w oczy, gdy Śmierciożerca raczył się po przeciwnej stronie stołu papierosem. Nie podobał jej się ten człowiek i jego uśmiechy. Od początku nie podobały jej się jego uśmiechy.
Odmówił jej. Oblizała palce. Skinęła w namyśle głową. Być może byłaby agresywniejsza i przebieglejsza w swoich żądaniach, gdyby odmawiał jej jedynego źródła krwi Blacków, jakie znała. Nie potrzebowała go. Miała Williama. Czuła, że znajomego Lestrange'a skuszą próby odtworzenia mikstury z Maida Vale. Znała umysł Williama na tyle, żeby wiedzieć, że gdy postawi przed nim problem badawczy, będzie on chętny do wyczerpania dostępnych hipotez równie mocno, co ona. Czy i ten człowiek przed nią mógł znać go? Musiał. Czystokrwiści mnożyli się ograniczeni ściankami szalki laboratoryjnej w ciasnych granicach brytyjskiej arystokracji. Ten i William Lestrange musieli być tej samej krwi, skoro obaj krwawili na czarno. Helloise przekrzywiła głowę na bok, jakby szukała na twarzy Louvaina nowego kąta — kąta, pod którym znajdzie Williama.
Jej wzrok ślizgał się chwilę po twarzy czarodzieja, po czym spadł na stół, na paczkę papierosów. Sięgnęła po nią i wyjęła jednego. Obróciła w palcach i zaczęła rozkładać na części pierwsze.
— To groźba — powiedziała znudzona, paznokciami rozrywając bibułkę. Wysypała tytoń na stół.
Znudzona. Była rozkosznie znudzona. Zerkała na Louvaina znad suszu, w którym grzebała palcem, żeby raz po raz upewnić się, że jest znudzona. Pamiętała wciąż, jak bała się tego człowieka za pierwszym razem, gdy do niej przyszedł. Nie wiedziała, czego od niej chciał. Myślała, czy nie wpada w zmyślną pułapkę. Czy jednym błędnym krokiem nie pociągnie za sobą w kłopoty kogoś, na kim jej zależy. Nie, już się nie bała. Uśmiechała się do niego porozumiewawczo znad absorbującego zajęcia porządkowania tytoniowych wiórów. Bo gdy patrzyła na Louvaina, pamiętała jego własny strach. Pamiętała, jak pokazał jej swoje zimne serce, i pamiętała, jak kulił się pod drzwiami tej chaty równie przerażony jak ona. Wodniste oczy Helloise siedzącej po przeciwnej stronie stołu nakładały na twarz Lestrange’a wszystkie jego momenty słabości.
— Prawda. Miałeś mi pomóc, a niczego nowego mi nie przyniosłeś — zauważyła, rozcierając susz między opuszkami zazielenionych palców. — Nie mam powodu, żeby wierzyć w cokolwiek, co mówisz. Niczego nie wiesz. — Żaden z nich nie wiedział. Od każdego Śmierciożercy odbiła się rozczarowana, bo żaden nie potrafił jej dać tego, czego chciała. Pod ich upartym, och, jakże upartym, milczeniem, Helloise czuła bezradność. — Nie wiesz też, co mogłam z twoimi rzeczami zrobić. — Wstała i z cichym szelestem szaty podeszła do szafy, z której wyjęła fiolki surowca i eliksiru. — Nie bałeś się? Że to zniszczę. Ukradnę. — Postawiła naczynia na kuchennym blacie. — Doniosę na ciebie anonimowo do Ministerstwa. Czemu nie? — Wzruszyła ramionami.
Tego dnia miała gotowy przepis. Obliczenia poczynione poprzednim razem nie zdezaktualizowały się. Przejrzała je jeszcze pewnego razu, nie znalazła błędu. Tego dnia była trzeźwa, w pełni sił. Praca nie przypominała tej ociężałej walki, pełnej bolesnego niemal skupienia wyciśniętego ostatkiem siły woli, pożerającego wszystkie zasoby przeciążonego umysłu. Choć stanowisko pracy Helloise nie przypominało błyszczących laboratoryjnych stołów profesjonalnych pracowni alchemicznych, odnajdywała się w nim bezbłędnie. Odmierzała składniki w skupieniu. Korygowała na bieżąco temperatury w naczyniach, mieszała czujnie. Wszystkie czynności wykonywane przy oczyszczaniu płynu z rogu buchorożca wydawały się przeplatać ze sobą harmonijnie.
Niechby tylko ta uporządkowana praca nie okazała się mniej skuteczna od pół-przytomnego alchemicznego transu.
// rzucam WOP4 na wyizolowanie substancji wybuchowej z drugiej połowy surowca buchorożcowego
Rzut PO 1d100 - 87
Sukces!
Sukces!
Tym razem — gdy mikstura stygła i czekali werdyktu — czarownica nie zaległa bezwładnie w kącie kuchni. Wytarła palce w fartuch, nie spuściła zakasanych rękawów. Zajęła się przygotowywaniem kolejnych elementów do konstrukcji ładunku wybuchowego, które miała czas od ostatniej wizyty opracować. Kucała przy kolejnych szafkach — wyciągała fiolki, czarne słoiczki, woreczki tajemniczych proszków, a na koniec niewielkie drewniane pudełko, które miało być skorupą, w której spocznie bomba.
— Jak liczycie zasługi? — Helloise wzięła się pod bok, spoglądając na Lestrange’a. — Nie stworzyłeś tego sam, ale ty zaniesiesz to waszemu panu. — Wystukała na pokrywie pudełka krótki rytm paznokciami. — Nie. Gdy będziesz odbierał nagrodę, postaw na tym, co zrobiłam, również jego nazwisko, żeby dostał swoją część.
Nie zamierzała zdradzać własnego domu, potulnie odpisując swoje osiągnięcia dla kogoś obcego, kiedy wśród zastępów Czarnego Pana służyła jej rodzina.
dotknij trawy