19.03.2026, 17:15 ✶
Sama czarownica również domyśliła się, że do wyklucia tych ptaków potrzebny był ogień; nie potrzebowała tłumaczeń. Siedziała nad jajkiem w ciszy, zatopiona w rozmyślaniach, dopóki Leviathan nie zdecydował o powrocie. Przyjęła od niego oba jaja, choć włożenie ich do kieszeni oznaczało eksmisję smoka, który wrócił na ramię kobiety. Helloise była wyraźnie niezachwycona pojawieniem się tych obcych okazów.
Zebrała w ciężkim milczeniu to, co pozostało po pracy: swoje wiadro, pieprz, rękawice i wszystko inne, co przypadło jej w przydziale. Poszli z powrotem. W połowie drogi kobieta przerwała ciszę:
— Wykluj je tu razem. Wydaje mi się, że to będzie miłe tak wspólnie przyjść na świat w jednym kominku. Mniej samotnie. — Myślała na początku o zabraniu od razu jednego z jaj ze sobą. Każdy opiekowałby się swoim pisklakiem, ale rozdzielanie ptasiego rodzeństwa tak wcześnie było w jej głowie jakieś smutne. Dlaczego sówki nie miałyby spędzić tego pierwszego czasu z kimś swojego gatunku, zamiast od urodzenia znać wyłącznie człowieka? — Zabrałabym jednego kiedyś, jak trochę podrośnie.
Gdy znaleźli się w wybranym przez Rowle’a miejscu, Helloise usiadła nieopodal, na najbliższym większym kamieniu. Oglądała, jak czarodziej przesadza gniazdo. Spuściła luźno podciągnięte na czas pracy rękawy szaty i schowała w nich dłonie; o tej porze roku bywało już chłodnawo. Widząc, że salamandry trafiły do nowego domu, czarownica podeszła od tyłu do Leviathana.
— A chciałeś iść na zakupy — powiedziała cicho, wyglądając zza jego pleców na kopiec. — Wybierz kilka na eliksir.
Zebrała w ciężkim milczeniu to, co pozostało po pracy: swoje wiadro, pieprz, rękawice i wszystko inne, co przypadło jej w przydziale. Poszli z powrotem. W połowie drogi kobieta przerwała ciszę:
— Wykluj je tu razem. Wydaje mi się, że to będzie miłe tak wspólnie przyjść na świat w jednym kominku. Mniej samotnie. — Myślała na początku o zabraniu od razu jednego z jaj ze sobą. Każdy opiekowałby się swoim pisklakiem, ale rozdzielanie ptasiego rodzeństwa tak wcześnie było w jej głowie jakieś smutne. Dlaczego sówki nie miałyby spędzić tego pierwszego czasu z kimś swojego gatunku, zamiast od urodzenia znać wyłącznie człowieka? — Zabrałabym jednego kiedyś, jak trochę podrośnie.
Gdy znaleźli się w wybranym przez Rowle’a miejscu, Helloise usiadła nieopodal, na najbliższym większym kamieniu. Oglądała, jak czarodziej przesadza gniazdo. Spuściła luźno podciągnięte na czas pracy rękawy szaty i schowała w nich dłonie; o tej porze roku bywało już chłodnawo. Widząc, że salamandry trafiły do nowego domu, czarownica podeszła od tyłu do Leviathana.
— A chciałeś iść na zakupy — powiedziała cicho, wyglądając zza jego pleców na kopiec. — Wybierz kilka na eliksir.
dotknij trawy