Nawet Baśnie Barda Beedle’a, o których ostatnio rozmawiali, traktowały o tym, by nie oceniać ludzi powierzchownie. Była to wartość i widza przekazywana w różnych dziełach, niemalże uniwersalna, ale tekst pisany swoje – a życie swoje. Dziecięce marzenia często rozbijały się o wszelakie doświadczenia, które zmieniały perspektywę patrzenia na świat.
Victoria nie była pewna na co dokładnie Christopher tak się ożywił – czy chodziło o samo to jajko, które wyglądało jak szyszka, czy zaintrygowała go możliwość wyklucia prawdziwego, żywego stworzenia, która nie była obarczona oceną profesora na zajęciach w szkole, spodobało mu się samo zagadnienie, czy może wszystko to na raz, dodatkowo okraszone tym, że znalazł to jajo, a Victoria od razu uznała, że znalezione-niekradzione i należy do niego i jeszcze zaoferowała się mu pomóc je wykluć. Nie śmiała myśleć, że chodziło o to, że widział w tym kolejny pretekst, by spędzić z nią czas, by się nie rozczarować, gdyby jednak chodziło mu o coś innego.
– Tak, dokładnie. Po tym czasie powinny być widoczne pierwsze pęknięcia i wtedy musi sobie jeszcze poleżeć na liściach, aż całkiem pęknie i wykluje się pisklak – wyjaśniła jeszcze cierpliwie. – Nie martw się, pomogę ci – dodała, żeby nie było wątpliwości. – Zabiorę go jutro do ciebie, jeśli chcesz, bo nie wiem, czy nie będę mieć jakiegoś poślizgu w pracy – różnie bywało, czasami kończyła o czasie, czasami musiała jeszcze coś dokończyć, a czasami sprawa przeciągała się tak, że wracała wraz z kolejną zmianą. Nie przewidywała jednak, że jutro miało się zadziać coś nagłego – nigdy tego nie przewidywała, ale jakby miała sobie planować życie wokół tych „nieprzewidzianych” spraw, to nigdy by się nigdzie nie umawiała.
– Pewnie jak sobie pójdziemy, to Luna nie będzie miała się przed kim popisywać i pójdzie spać… Ale powiem Strzałce, żeby miała na nią oko.
I jak powiedziała – tak zrobiła, a gdy oni we dwójkę ubrawszy się wychodzili na zewnątrz, skrzatka zajęła się sprzątaniem ze stołu.
Victoria poprowadziła Chrisa ścieżką prowadzącą od jej ogrodzenia, najpierw wzdłuż zbocza, a później skręciła tak, że musieli się lekko wspiąć, ale nie minęlo dużo czasu, gdy zagłębili się w lasek okalający tę okolicę. Powietrze tutaj w Grasmere było nieporównywalne do tego, jakim oddychało się w Londynie. Lake District zostało całkowicie ominięte przez Zadrapanie, poza tym okolica była mało zamieszkana, wokół były tylko wzgórza, lasy, łąki i jeziora. Przebywanie tutaj samo w sobie było ulgą dla płuc. Rzeczywiście byli niedaleko jej domu – zrobili małe kółko, by okrążyć płot i ogólnie cały ten teren i nie iść na przełaj, a w końcu Victoria znalazła najwyraźniej odpowiednie miejsce i kucnęła, odgarniając trochę leśną ściółkę i robiąc w ziemi lekki dołek, by Chris mógł tam ułożyć swoją „szyszkę”. Poinstruowała go, co powinien teraz zrobić, czyli przysypać je ściółką i nawet pokazała mu jak, żeby mógł czerpać pełną satysfakcję z wzięcia udziału w procesie wykluwania małej sowy. Lestrange przy tym oznaczyła jeszcze najbliższe drzewo, przewiązując wokół niego sznureczek, by na pewno nie zgubiła jutro tego miejsca, a gdy wszystko było gotowe, złapała Chrostophera za rękę, by przeteleportować się wraz z nim do Doliny Godryka.