• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora

[9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
19.03.2026, 23:56  ✶  
Potok słów opuszczających słowa tej małej był imponujący - gdyby gadanie było dyscypliną sportową, miałaby miejsce w reprezentacji bez żadnych eliminacji, i to od razu w składzie podstawowym. Miała w sobie ten rodzaj chaosu, który nie wynikał z głupoty, tylko z nadmiaru wszystkiego naraz - emocji, myśli, wyobrażeń, wniosków wyciąganych za szybko i cofanych jeszcze szybciej - i gdzieś w tym wszystkim próbowała mnie ustawić w jednej kategorii. Przymknąłem na moment oczy, kiedy wyrzuciła z siebie kolejną lawinę słów o kłamaniu, naginaniu rzeczywistości i całej reszcie, i przez krótką, bardzo krótką chwilę rozważałem, czy po prostu nie zostawić jej z tym wszystkim i pójść w swoją stronę - byłoby prościej, ciszej i zdecydowanie mniej intensywnie. Nie była moją siostrą, żebym musiał jej rozpisywać definicje na przykładach i jeszcze sprawdzać, czy nadąża, a jednak, wbrew temu, co bym o sobie powiedział, nie zignorowałem tego całkowicie. Miała rację tylko w jednym - naginałem rzeczywistość, tyle że to nie było kłamstwo, to była kontrola narracji - robiłem to świadomie, z premedytacją, dla efektu, dla reakcji, dla tego drobnego błysku zaniepokojenia i utraty przewagi, który zwykle pojawiał się w oczach rozmówcy, kiedy orientował się, że nie nadąża.
„Kłamca, morderca, wredny, duży problem na drodze do kota”, jej logika miała jednak bardzo poważną lukę, bo chociaż te wszystkie słowa dałoby się nazwać jednym określeniem, byłem Gryfonem, nie Ślizgonem. Nie zamierzałem się z tego tłumaczyć bardziej niż to konieczne, ona i tak była zbyt zajęta własnym dramatem, żeby analizować definicje - to, że ją to drażniło, było aż nadto widoczne.
- Kłamstwo polega na tym, że ktoś chce, żebyś uwierzyła w coś nieprawdziwego. Ja chcę zobaczyć, jak bardzo się oburzysz, zanim zrozumiesz, że to absurd. - Wzruszyłem lekko ramionami, jakby to była najprostsza rzecz na świecie - to była różnica, której nie zamierzałem jej tłumaczyć trzy razy, albo ją złapie, albo nie, nie miałem zamiaru rozkładać własnego sposobu mówienia na części pierwsze tylko dlatego, że ktoś nie nadążał. Nie byłem prefektem, nie byłem jej starszym bratem, nie byłem nikim, kto miał obowiązek ją wychowywać, byłem po treningu, zmęczony, wciąż z adrenaliną pod skórą i z dużo lepszymi rzeczami do roboty niż rozbieranie jej emocji na części pierwsze.
Wybuch o szkole przyjąłem krótkim, cichym parsknięciem, które bardziej poczułem w klatce piersiowej, niż faktycznie wypuściłem na zewnątrz.
- Wczoraj pewnie była najlepsza na świecie. - Mruknąłem, zerkając gdzieś w bok, w stronę zamku, który w porannym świetle wyglądał dokładnie tak, jak zawsze. - Daj jej dwa dni, znowu zmienisz zdanie. - Nie było w tym złośliwości, moje słowa wynikały z doświadczenia, które zdążyło się już utrwalić przez lata patrzenia na takich jak ona, więc kiedy zarzuciła mi bycie niemiłym, tym bardziej tylko wzruszyłem ramionami, dopóki nie porównywała mnie do zielonych szalików, mogłem sobie być dla niej nawet największym gburem, jakiego widziała ta szkoła - nie dość, że opinie pierwszaków niewiele mnie obchodziły, to zdążyłem już usłyszeć znacznie gorszej obelgi, ubodło mnie wyłącznie porównanie do Ślizgona.
- Nie jestem od bycia miłym. - Odparłem beznamiętnie - to była odpowiedź równie szczera, co pozbawiona skrupułów - nie widziałem powodu, żeby udawać coś, czym nie byłem, zwłaszcza dla kogoś, kto i tak za chwilę zapomni o moim istnieniu, bo dopiero zaczynał szkołę, podczas gdy ja ją już kończyłem. - To nie jest wymaganie w regulaminie szkoły ani zawarte w statusie Gryffindoru. - Nie było w tym złośliwości dla samej złośliwości, raczej coś w rodzaju stwierdzenia faktu, który mnie samego ani nie obchodził, ani nie poruszał. Gryffindor nie polegał na byciu przyjemnym w obyciu, polegał na tym, żeby robić swoje, nawet jeśli ktoś przy okazji się krzywił - to była jedna z tych rzeczy, które ludzie zdawali się mylić najczęściej - odwaga, lojalność śmiałość czy determinacja nie miały nic wspólnego z byciem przyjemnym. - Od tego masz koleżanki z dormitorium. Ja mam inne zastosowania. - Nie zamierzałem jej pocieszać w sposób, jakiego pewnie by oczekiwała, to by nic nie dało. - Innymi słowy, robię coś konkretnego, zamiast stać i analizować, co by było, gdybym udawał kogoś, kim nie jestem. - To było bliższe prawdy niż cokolwiek innego, co mogłem jej zaoferować, nie zamierzałem nagle zmieniać sposobu bycia tylko dlatego, że trafiłem na kogoś, kto jeszcze wierzył, że świat powinien być łagodny
- Już. - Rzuciłem. - Było, minęło.
Przez chwilę stałem w miejscu i patrzyłem na nią tak, jak patrzyło się na coś, co jednocześnie męczyło i bawiło, i wcale nie było oczywiste, którą z tych rzeczy bardziej czułem w tym momencie.
- Hogwart ma wysokie drzwi. Ktoś tu myślał perspektywicznie. - Odparłem na temat uderzania głową o futryny, nie mając zamiaru przyznać, że w normalnych okolicznościach zdarzało mi się to żenująco często - właściwie, uznałem temat za zamknięty, zanim wdaliśmy się w zbyt długą i za szczegółową dyskusję na temat wzrostu.
Temat kota wrócił jak bumerang i tym razem nie próbowałem go odbijać żartem, słuchałem, kiedy mówiła o tym, że mi go pokaże, że zrozumiem, że to nie jest zwykłe zwierzę. Nie zaprzeczyłem, nie dlatego, że wierzyłem, tylko dlatego, że to nie miało teraz znaczenia.
- W porządku. - Powiedziałem krótko. - Pokażesz.
„Nie chcę być inna” zatrzymało mnie jednak na moment dłużej, ponieważ nawet według standardów skorych do przesady małolatów, to było coś więcej niż kaprys - coś, co znałem, chociaż w zupełnie innej formie - ten wybuch był momentem, w którym coś we mnie drgnęło, ale nie w sposób, który zamierzałem okazać, zamiast tego tylko przyjrzałem się jej uważniej, próbując ocenić, ile z tego to był rzeczywisty strach, a ile dramatyzowanie.
- Każdy jest inny. - Rzuciłem w końcu, krótko. - Różnica polega na tym, czy robi się z tego problem. - Westchnąłem cicho, przeciągając dłonią po karku, jakbym próbował zetrzeć z siebie resztki porannego zmęczenia treningiem razem z jej paniką, która zaczynała być dla mnie odczuwalna w sposób, którego nie lubiłem - to nie był mój problem, nie moja sprawa, a jednak… Brzmiało znajomo w sposób, którego nie miałem ochoty analizować. - Słuchaj… - Mruknąłem, trochę bardziej wyrozumiale niż wcześniej. - Zgubienie kota nie zmienia tego, kim jesteś. - Spojrzałem na nią uważnie. - A jeśli ktoś w twojej rodzinie uważa inaczej, to problem znowu nie leży po twojej stronie. - Nie powiedziałem tego łagodnie, stwierdziłem to jak fakt.
Jej komentarz o „mieszkaniu pod kamieniem” skwitowałem krótkim, niemal automatycznym:
- Pod trybunami. To znacznie ciekawsze miejsce niż kamień. - Uniosłem lekko miotłę. - Treningi zaczynają się o świcie. Kamienie są mało wygodne. - Lekki uśmiech wrócił na moje usta, nie zamierzałem wdawać się w dyskusję o „kulturalnych kotach”, bo to była walka, której i tak nie mogłem wygrać - nie z kimś, kto traktował swojego pupila jak nieszkodliwego członka rodziny, a nie jak drapieżnika z miękkim futrem.
-Mogłem być kimś, kto faktycznie robi z takich rzeczy użytek. - To było chyba najbliżej czegoś, co można by uznać za sensowną odpowiedź w tej części rozmowy, nie zamierzałem jej moralizować, po prostu warto było, by wiedziała, że nie każdemu trzeba koniecznie mówić wszystko, zwłaszcza obcej osobie.
Zrobiłem krótką pauzę, po czym dodałem już bardziej rzeczowo:
- Ale nie jestem. Mam wystarczająco kasy. - To było równie ironiczne, co prawdziwe, ale nie rozwijałem tematu, nie miałem powodu, żeby jej tłumaczyć, ile pieniędzy mają moi rodzice ani jak bardzo nie potrzebuję kraść cudzych zwierząt.
Kiedy zapytała o ścigającego, pokręciłem lekko głową, naprawdę nie wiedziała czegoś tak podstawowego, co definiowało życie połowy tej budy, i przez moment miałem ochotę ją zignorować, ale jednak coś we mnie uznało, że warto to powiedzieć, choćby po to, żeby mieć święty spokój przez następne kilka minut.
- Ścigający to ktoś, kto łapie kafla i próbuje go wrzucić przez obręcz, zanim ktoś go zrzuci z miotły. - Wyjaśniłem krótko. - Lata szybciej niż reszta, przewiduje ruchy przeciwnika i musi widzieć więcej niż inni. Czyli dokładnie to, czego tobie teraz brakuje.
Opinia o lataniu i meczach nie zrobiła na mnie większego wrażenia, chociaż porównanie kotowatych do „ptaszorów” sprawiło, że kącik ust drgnął mi ponownie, uniosłem lekko brew, kiedy nazwała to nudnym, a potem wzruszyłem ramionami. Teorię o ptakach i prawdziwych drapieżnikach skwitowałem tylko lekkim uniesieniem brwi.
- Lwy i tygrysy są świetne. - Zgodziłem się. - Tylko nie widziałem jeszcze żadnego, które potrafi spaść z nieba i złapać coś w locie, ale jasne. Nuda. - Skinąłem głową. - Dlatego trybuny są pełne, a połowa szkoły próbuje się dostać do drużyny. - Nie każdy musiał rozumieć dobre rzeczy, nie zamierzałem pełnić też roli kapitana Puchonów, który zachęcałby młode talenty do zainteresowania się tym sportem, zwłaszcza że - z całym szacunkiem - ta oto tutaj mała osoba nie wyglądała, jakby miała zostać przyszłą gwiazdą reprezentacji Wielkiej Brytanii.
Gdy zapytała, czy kot się z nią nudził, odwróciłem głowę w bok, patrząc przez moment na błonia, to było pytanie, które zasługiwało na inną odpowiedź niż reszta.
- Nie. - Powiedziałem w końcu. - Po prostu jest kotem. - Wzruszyłem lekko ramionami. - A koty nie potrzebują powodu, żeby gdzieś pójść.
Nie powiedziałem nic o tym, co przyszło mi do głowy wcześniej. To nie była rozmowa na ten temat.
Jej stwierdzenie o myśleniu i martwieniu się przyjąłem bez sprzeciwu, chociaż było - oczywiście - błędne.
- Da się. - Mruknąłem tylko. - Tylko trzeba przestać panikować.
Miałem swoje rzeczy do zrobienia, swój rytm dnia, swoje sprawy, które były znacznie prostsze niż cudze koty i cudze dramaty, a jednak… Westchnąłem cicho i ruszyłem, nie czekając na dalsze ustalenia - odrobinę spóźnione pytanie, czy pójdę z nią, przyjąłem bez większej reakcji, nie skomentowałem tego od razu ani właściwie wcale, mimo że zdecydowanie mógłbym to zrobić, zamiast tego ruszyłem, skręcając w stronę, którą wcześniej wskazałem, zostawiając jej decyzję za sobą, jakby była oczywista. Słyszałem jej kroki, szybkie, nierówne, próbujące nadążyć, i dostosowałem tempo minimalnie - nie na tyle, żeby było jej wygodnie, ale wystarczająco, żeby nie została w tyle po trzech metrach.
- Jeśli jest młody i ma energię - dodałem, bardziej do siebie niż do niej - to nie siedzi w miejscu. - Przesunąłem się kawałek dalej, wzdłuż muru. - Więc musimy myśleć szybciej niż on. Szukaj ruchu, nie kota. Kot sam się znajdzie, jeśli znajdziesz to, co go interesuje.
Zatrzymałem się na chwilę, unosząc głowę i omiatając spojrzeniem teren, już nie jak ktoś, kto rozmawiał o dupie maryni, tylko jak ktoś, kto szukał - miotłą odgarnąłem gałęzie jednego z niższych krzewów, przyglądając się ziemi pod nim, chociaż nie spodziewałem się znaleźć tam samego Salema.
- I słuchaj. - Dodałem, już ciszej. - Nie wołaj go co pięć sekund. - Zerknąłem na nią kątem oka. - Jeśli jest w trakcie polowania albo… Innych czynności… Uzna to za wyjątkowo irytujące. - Wyprostowałem się i przesunąłem wzrokiem po terenie, tym razem już w pełni skupiony. - A jeśli naprawdę jest tak mądry, jak mówisz - mruknąłem - to prędzej czy później sam uzna, że wracanie do ciepłego łóżka jest lepszym pomysłem niż siedzenie w mokrej trawie. - Zrobiłem kilka kroków dalej, przeczesując wzrokiem kolejne fragmenty terenu.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (8808), Nora Figg (5158)




Wiadomości w tym wątku
[9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora - przez Benjy Fenwick - 16.03.2026, 03:08
RE: [9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora - przez Nora Figg - 16.03.2026, 10:09
RE: [9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora - przez Benjy Fenwick - 16.03.2026, 15:50
RE: [9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora - przez Nora Figg - 16.03.2026, 22:13
RE: [9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora - przez Benjy Fenwick - 17.03.2026, 14:11
RE: [9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora - przez Nora Figg - 17.03.2026, 15:05
RE: [9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora - przez Benjy Fenwick - 17.03.2026, 17:35
RE: [9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora - przez Nora Figg - 18.03.2026, 01:04
RE: [9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora - przez Benjy Fenwick - 19.03.2026, 23:56
RE: [9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora - przez Nora Figg - 23.03.2026, 22:45
RE: [9/1957] size of a kneazle | Aloysius, Nora - przez Benjy Fenwick - 14.04.2026, 22:26

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa