20.03.2026, 15:43 ✶
Ruszyła do jednego ze stolików, położonego stosunkowo blisko wejścia i pozwalającego obserwować salę. Gdy się przy nim zatrzymała i wsunęła dłonie do kieszeni, upewniając się, że różdżkę może łatwo wyciągnąć… zamarła na moment, bo różdżkę owszem, wyciągnąć łatwo mogła, ale z drugiej kieszeni, tej której nie pilnowała tak oka w głowie (bo tak robiła z różdżką) znikł prezent kupiony Dorze.
Odetchnęła, próbując się nie wkurzać. Miała większe zmartwienia na głowie, i nie że to było takie zaskoczenie. Nokturn był… trudny. Mieszkali tu czasem zwykli czarodzieje, którym w życiu nie wyszło. Mieszkali tacy, którzy nie mieli innego wyjścia. Ale były i absolutne męty, które chciały żerować na innych albo tacy, którzy nie potrafili sobie poradzić inaczej. Kiedy tu wchodziłeś… no to spodziewałeś się, że ktoś może dać ci w nos albo okraść.
Nie miała czasu zastanawiać się, w którym momencie ktoś obrobił jej kieszenie, bo jej spojrzenie padło na znajomą postać. Nie żeby to było aż tak strasznie zaskakujące, znała parę osób z Nokturna, ale no: nie bardzo spodziewała się Theodora Notta, siedzącego nad szklanką w Wiwernie.
– Theo? Co ty tu robisz? – wyrwało się jej, bo jednak do takich miejsc wpadałeś zwykle albo jeśli mieszkałeś w pobliżu, albo jeśli miałeś interes. No, ewentualnie, jak szukałeś wrażeń, ale on jednak chyba ten etap „mam dwadzieścia lat i chcę zakosztować życia” powinien mieć trochę za sobą.
Jaki interes na Nokturnie mógł mieć gracz quidditcha z dobrej rodziny?
– Bren? – zdziwił się, unosząc głowę znad szklanki, chyba poznając ją głównie po głosie. – Co ty tu robisz? Spodziewam się jakiegoś nalotu i uciekać, zanim zakujesz mnie w kajdanki?
– Nie, to żadna służbowa wizyta – mruknęła, pochylając się lekko nad stolikiem i zniżając głos, by nie oznajmiać światu, że hej, funkcjonariusze. No, może była trochę służbowa, ale nie mieli mundurów i w ogóle. – A ty? – powtórzyła.
– Nick stąd pochodzi, wiesz, kolega z drużyny, taka historia od zera do bohatera, ale chyba ma sentyment do miejsca, zaciągnął mnie tu i Michaela, bo panna go rzuciła – westchnął przeciągle. – Ale tak się spił, że Michael właśnie go stąd aportował. Oby się nie rozszczepili, bo Mich też trochę wypił.
– A ty dasz radę się teleportować? – spytała, opuszczając spojrzenie na jego prawie pustą szklankę i prawie pustą butelkę. Na stoliku faktycznie stały dwie inne szklanki, może i mówił prawdę…
Odetchnęła, próbując się nie wkurzać. Miała większe zmartwienia na głowie, i nie że to było takie zaskoczenie. Nokturn był… trudny. Mieszkali tu czasem zwykli czarodzieje, którym w życiu nie wyszło. Mieszkali tacy, którzy nie mieli innego wyjścia. Ale były i absolutne męty, które chciały żerować na innych albo tacy, którzy nie potrafili sobie poradzić inaczej. Kiedy tu wchodziłeś… no to spodziewałeś się, że ktoś może dać ci w nos albo okraść.
Nie miała czasu zastanawiać się, w którym momencie ktoś obrobił jej kieszenie, bo jej spojrzenie padło na znajomą postać. Nie żeby to było aż tak strasznie zaskakujące, znała parę osób z Nokturna, ale no: nie bardzo spodziewała się Theodora Notta, siedzącego nad szklanką w Wiwernie.
– Theo? Co ty tu robisz? – wyrwało się jej, bo jednak do takich miejsc wpadałeś zwykle albo jeśli mieszkałeś w pobliżu, albo jeśli miałeś interes. No, ewentualnie, jak szukałeś wrażeń, ale on jednak chyba ten etap „mam dwadzieścia lat i chcę zakosztować życia” powinien mieć trochę za sobą.
Jaki interes na Nokturnie mógł mieć gracz quidditcha z dobrej rodziny?
– Bren? – zdziwił się, unosząc głowę znad szklanki, chyba poznając ją głównie po głosie. – Co ty tu robisz? Spodziewam się jakiegoś nalotu i uciekać, zanim zakujesz mnie w kajdanki?
– Nie, to żadna służbowa wizyta – mruknęła, pochylając się lekko nad stolikiem i zniżając głos, by nie oznajmiać światu, że hej, funkcjonariusze. No, może była trochę służbowa, ale nie mieli mundurów i w ogóle. – A ty? – powtórzyła.
– Nick stąd pochodzi, wiesz, kolega z drużyny, taka historia od zera do bohatera, ale chyba ma sentyment do miejsca, zaciągnął mnie tu i Michaela, bo panna go rzuciła – westchnął przeciągle. – Ale tak się spił, że Michael właśnie go stąd aportował. Oby się nie rozszczepili, bo Mich też trochę wypił.
– A ty dasz radę się teleportować? – spytała, opuszczając spojrzenie na jego prawie pustą szklankę i prawie pustą butelkę. Na stoliku faktycznie stały dwie inne szklanki, może i mówił prawdę…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.