Prawdopodobnie była w pewien niezachwiany, owianą wonią subtelności sposób szalona; jej okrutne, żywe zainteresowanie językami ognia wpisywało się w nienachalny kanon piromanki – nieopamiętanej, o zmysłach zagubionych i moralności niebagatelnie nadszarpniętej. Nie była wszak wychowywana pod twardą, bezlitosną ręką chłodu, który niejednokrotnie przejmował pierwsze skrzypce w rodzinach szlachetnych; tych niesionych polityką tourjois pur. Mimo wszystko obrzydzenie do mieszanej krwi rosło w niej subtelnie kiełkując, aby w dorosłej krasie przyjąć formę namacalnej pogardy; on zaś, wpisując się w ramy istnienia, które chciałaby mieć dla siebie (wiedząc, iż posiadanie zabiłoby w niej nutę ciekawości – prawdopodobnie dlatego prosiła, aby nigdy jej nie pokochał), nade wszystko jednak pragnąc, aby to on miał dla siebie ją. W pewnych kontekstach mogłaby się umiejscowić jako ofiara ścigana przez szpony drapieżcy; lubiła jednak tę grę, tak gorliwie, jak lubiła cierpki smak ognistej rozlewający się po podniebieniu.
W końcu wszystko zależało od kaprysu, czyż nie?
Prowokacyjna w całej swej mikrej postaci, daleka od kokietki, acz bliska archetypowi kobiety śmiałej, przędła grę dzieloną na dwoje, powstałą z półmisku żarliwości i szczypty gorejącej potrzeby namacalności. W uniesieniach zaś, rozkochała się niemożliwie na rozciągłości swojego życiorysu – nie jedynie w tych zabarwionych erotyzmem, ale też w emocjach postaci mnogiej, które zawsze odnajdywały odzwierciedlenie w ekspresyjnej mimice. Nie była bliska stalowym pięknościom, tak jak nie stała obok kobiet zdecydowanych. Wciąż dziewczę, które nie dorosło do śmiałych czynów, bardziej podlotka aniżeli kobieta zbudowana na bazie krwi i kości, nęciła własną niezawoalowaną szczerością; tą, która przeciekała przez palce na wzór piasku. Bo choć w głębi tętniącego serca skrywała zapędy okrutne i szyte nicią przerażającej złości, pozostawała autentyczna.
Dla niego jednak mogła zostać kimkolwiek by zechciał, aby była.
Toksyczne pożądanie było w końcu tym, co motywowało ich spleśniałe dusze do działania; i choć jej niebywała szczerość bycia była niezachwiana, znajdowały się w niej pewne odłamki rozbitego szkła, które mąciły obraz, w jej mniemaniu szczerej, pogodności. W jego towarzystwie jednak uruchamiały się weń wszelkie atawizmy; gorliwość i żar, którego do tej pory, w swym życiu wybijanym w rytm orkiestr wiosennych, nie zaznawała nazbyt często.
Uśmiech rozlał się po obliczu na jego słowa – naturalnie, że lubił, gdy mówiła mu żarliwe deklaracje o swojej niezachwianej miłości; choć plątanina głosek była szczera, zawierała w sobie szkopuł absolutnego przekonania, iż jego narcystyczna osobowość zostanie mile połaskotana treścią wpisującego się w ten sort. Zareagowała jedynie spokojnym zastukaniem paznokciem o krystaliczne szkło, w którym opalizowały języki ognia.
W ciemnych tęczówkach prędko zatańczyły języki ognia, idąc w demonicznym pasodoble z iskrami, skrzącymi się na ich dnie niezmiennie – nie kołysała biodrami, nie odgarniała filuternie czarnych loków za ucho, nie trzepotała rzęsami; była w pełni ogromu i małości stwierdzenia, naturalną sobą. Odrobinę wciąż niepewną własnego ciała – w tym jednak niemożliwie czarującą. Palce zamykające się na materiale spodni, agresywnie wtapiające się w biodro, bezsprzecznie wywołały subtelność dreszczu, których na palcach przemknął przez jej plecy. I nawet groźba zawarta w tym pewnym, stalowym dotyku, nie zniechęcała jej w żadnej mierze – wręcz podjudzała do dalszej niepoprawnej zabawy.
Ułożyła dłoń na jego, gdy tylko ta spoczęła na udzie, przekrzywiając nieznacznie śnieżnobiałe oblicze w kierunku Dolohova. Wiedziała, iż nie spyta on o pozwolenie i prawdopodobnie to właśnie to okrutnie na nią działało. Uniosła papierosa do warg – z wolna, pozwalając dymowi opuszczającymi płuca zbudować między nimi barierę nicości; ośnieżoną mgłą przestrzeń.
– Naturalnie, że się boję. Właśnie dlatego tu jestem – odparła.
Otuliła palcami jego nadgarstek, gdy tylko kciuk powędrował na jej barwioną karminem wargę – trwała tak, zaklęta i absolutnie urzeczona, nie odsuwając jednak dłoni Dolohova od swojego oblicza, drżącego pod wpływem ogromu emocji, niewiedzącego, w który urokliwy uśmiech ułożyć kąciki ust.
Pocałunek spadł na nią lawiną emocji; burzliwych uczuć i rozognienia ciała. Dłoń zsuwająca się na jej szyję, otulającą ją pewnością dotyku twardego i nieustępliwego, spowodowała wybuch całego mikrokosmosu pożądania, które odczuwała tylko w jego obecności. Aż zacisnęła palce mocniej na filtrze papierosa, z którego popiół ponownie opadł na podłogę, znacząc ją dogorywającą szarością. Serce zatrzepotało w klatce piersiowej – zupełnie jak ten zniewolony ptak, czyniąc w duszy istne spustoszenie. Pożądała i pragnęła, choć nie wiele z tej faktyczności ujmowało się w ryzach umysłu. Wszystko pozostawało tak nienaruszone, jakby posiadał ją po raz pierwszy; nie było tak przecież, jednak za każdym razem czuła nieludzkie zniecierpliwienie, gdy zatapiał swoje usta w jej własnych.
Gdy się od niej oderwał, poczuła dojmującą pustkę.
Podniosła się i stanęła przed jego spoczywającą w miękkości obitego fotela sylwetką, ruchy ważąc i nasycając, grając marazmem z sytuacją, która tliła się jak ten ogień w kominku, spopielający sterty drewna. Otuliła wargami filtr papierosa, pozwalając kłębom dymu wzbić się ponad ich sylwetki i dopiero wówczas – zwolna, niespiesznie – usiadła okrakiem na jego kolanach, dłonie zarzucając mu na ramiona, owijając go ciepłotą własnego ciała. Ujęła jego podbródek palcami – pewnością dalece mniejszą niż tą, z którą on zamykał ją w dotyku; prawdopodobnie mógłby się wyrwać z oków jej subtelności – wierzyła jednak, iż tego nie chciał. Ponownie zbliżyła papierosa do ciemnoczerwonych, krwistych warg i zaciągnąwszy się dymem, złączyła ich usta w pocałunku zawierającym w sobie wszystko – pragnienie, bliskość i obłoki nikotynowe.