21.03.2026, 23:38 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.03.2026, 23:38 przez Erik Longbottom.)
— To bardzo szlachetne z twojej strony — mruknął Erik, słysząc o planach wsparcia Doliny Godryka po fali pożarów. — Chociaż też nieco zaskakująco. Czy Little Hangleton również nie ucierpiało podczas Spalonej Nocy? Większość ludzi skupiłaby się na pomocy najbliżej swojego miejsca zamieszkania. Solidarność sąsiedzka. I tak dalej.
Nie próbował kwestionować motywów Anthony'ego. Uważał, że znał go wystarczająco dobrze, aby stwierdzić, że ma serce po właściwej stronie. Nie wiedział jednak, co konkretnie zdecydowało za tym, aby próbować wesprzeć akurat Dolinę. Może obecne miejsce zamieszkania Shafiqa faktycznie ucierpiało mniej? A może wynikało to z jego powiązań z tym miejscem? Ze znajomości z Longbottomami i innymi znajomymi mieszkającymi w tym miejscu? Erik westchnął cicho.
— W jednym na pewno masz rację — rzucił po chwili. — Ministerstwo Magii nie wesprze takich działań zbyt mocno na tym etapie. Ministra jest zobligowana do tego, aby zabezpieczyć Londyn, bo dosłownie zapłonęło jej własne podwórko. — Skrzywił się lekko na tę słowa. Czasami krytyka Ministerstwa przychodziła mu z trudem. — Dopóki tego typu incydenty miały miejsce z dala od stolicy, mogli sobie pozwolić na długotrwałe operacje, a teraz pewnie większość środków idzie na to, aby jak najszybciej stworzyć jakąś tarczę dla miasta.
Przykładem ciągnącej się operacji były, chociażby oficjalne działania na terenie Polanie Ognisk. Niedługo miało minąć pół roku, odkąd zasiedli tam Niewymowni. I co z tego właściwie wyniknęło? Czy dokonano jakiegoś przełomu? Sprawa po prostu ciągnęła się do przodu w swoim tempie, o którym wiedzieli nieliczni. A skoro sprawa Widm nie była na tyle nagląca dla służb, to czemu dokonanie napraw po pożarach miałoby poruszyć rząd? Ośrodki pozamiejskie będą musiały radzić sobie z tym, co mają albo czekać na swoją kolej.
Trzyma karty zaskakująco blisko siebie, zauważył Erik, słuchając wrażeń z przyjęcia recytowanych przez Anthony'ego. Nikt nie bawił się na każdym przyjęciu tak samo dobrze. Wyczuwał swego rodzaju zachowawczość w głosie mężczyzny, ale nie potrafił stuprocentowo określić, co było jej powodem. Ogólna niezręczność wywołana ich rozmową w towarzystwie? A może jedynie uprzejmość w stosunku do organizatorów wesela, bo nie chciał krytykować czegoś, co nie przypadło mu do gustu?
— Dzięki niech będą Merlinowi — stwierdził koniec końców z cichym westchnieniem, unosząc kieliszek z winem do ust. — Merlin jeden wie, że brak kontrowersji po tym, co się ostatnio wydarzyło, to dość dobra wiadomość. Naprawdę lepiej by było, gdyby nie trafiła nam się powtórka z ostatnich katastrof, bo... — Zamilkł, a zamglone spojrzenie zielonych oczu zatrzymało się na twarzy Shafiqa. — Strach jest prawem, które ustanawiam, i niech każdy drży, bo drżenie jest uznaniem mojej potęgi.
W jednej chwili prowadził rozmowę z Anthonym, a w drugiej poczuł się słabo i wypluł z siebie tę okropną sentencję. Nie miał nad tym żadnej kontroli. To nie były jego słowa. Nie wiedział, co wywołało taką, a nie inną reakcję. Podobne... sytuacje... miewały miejsce, jednak zazwyczaj ograniczały się do nieodgadnionego poczucia strachu, bycia obserwowanym, jakby nagle odczuł na sobie wzrok tysiąca osób, które potrafiły przejrzeć go na wskroś. Ale to... to było coś zupełnie innego.
Pierwszym, co sprowadziło go do rzeczywistości po tym ''epizodzie'' nie były słowa Anthony'ego. Nie był to nawet fakt, że zabrał mu kieliszek z winem. Nie był to też w pośpiechu zerwany ze stolika obrus. Było to zbyt szybkie bicie serca, jakby zbyt późno zdał sobie sprawę z nadchodzącego niebezpieczeństwa. Jakby zauważył mknące ku niemu zaklęcie na tyle późno, że nawet nie miał szans wyczarować w porę tarczy ochronnej.
— J-ja — zaczął niepewnie, raz po raz zaciskając i rozprostowując lewą dłoń. — Nie wiem... — Głęboki oddech. — Co ma Bott… Ale na pewno nie ma tego... Co mam ja!
Wypuścił głośno powietrze przez usta, biorąc kilka głębokich, łapczywych oddechów, jakby walczył w ten sposób na odzyskanie kontroli nad sobą. Kolejnym zaskoczeniem okazała się szklanka, której zawartość po chwili sama zaczęła spływać mu do ust. Erik zachłysnął się wodą i zaczął gwałtownie kaszleć, odsuwając od siebie shafiqową dłoń dalej ściskającą naczynie. Pokręcił gwałtownie głową.
— Nie potrzebuję twojego hipnotyzera — odparł między kolejnymi kaszlnięciami, patrząc na Anthony'ego z lekkim wyrzutem.
Przeklęty niech będzie wrzesień. Przeklęta niech Spalona Noc.
— To w końcu... Przejdzie — kontynuował po dłuższej chwili, czując, że odzyskał nad sobą pełne panowanie. — A jeśli nie... To sam się tego pozbędę. Nie tylko ty masz długą listę znajomości.
Nie próbował kwestionować motywów Anthony'ego. Uważał, że znał go wystarczająco dobrze, aby stwierdzić, że ma serce po właściwej stronie. Nie wiedział jednak, co konkretnie zdecydowało za tym, aby próbować wesprzeć akurat Dolinę. Może obecne miejsce zamieszkania Shafiqa faktycznie ucierpiało mniej? A może wynikało to z jego powiązań z tym miejscem? Ze znajomości z Longbottomami i innymi znajomymi mieszkającymi w tym miejscu? Erik westchnął cicho.
— W jednym na pewno masz rację — rzucił po chwili. — Ministerstwo Magii nie wesprze takich działań zbyt mocno na tym etapie. Ministra jest zobligowana do tego, aby zabezpieczyć Londyn, bo dosłownie zapłonęło jej własne podwórko. — Skrzywił się lekko na tę słowa. Czasami krytyka Ministerstwa przychodziła mu z trudem. — Dopóki tego typu incydenty miały miejsce z dala od stolicy, mogli sobie pozwolić na długotrwałe operacje, a teraz pewnie większość środków idzie na to, aby jak najszybciej stworzyć jakąś tarczę dla miasta.
Przykładem ciągnącej się operacji były, chociażby oficjalne działania na terenie Polanie Ognisk. Niedługo miało minąć pół roku, odkąd zasiedli tam Niewymowni. I co z tego właściwie wyniknęło? Czy dokonano jakiegoś przełomu? Sprawa po prostu ciągnęła się do przodu w swoim tempie, o którym wiedzieli nieliczni. A skoro sprawa Widm nie była na tyle nagląca dla służb, to czemu dokonanie napraw po pożarach miałoby poruszyć rząd? Ośrodki pozamiejskie będą musiały radzić sobie z tym, co mają albo czekać na swoją kolej.
Trzyma karty zaskakująco blisko siebie, zauważył Erik, słuchając wrażeń z przyjęcia recytowanych przez Anthony'ego. Nikt nie bawił się na każdym przyjęciu tak samo dobrze. Wyczuwał swego rodzaju zachowawczość w głosie mężczyzny, ale nie potrafił stuprocentowo określić, co było jej powodem. Ogólna niezręczność wywołana ich rozmową w towarzystwie? A może jedynie uprzejmość w stosunku do organizatorów wesela, bo nie chciał krytykować czegoś, co nie przypadło mu do gustu?
— Dzięki niech będą Merlinowi — stwierdził koniec końców z cichym westchnieniem, unosząc kieliszek z winem do ust. — Merlin jeden wie, że brak kontrowersji po tym, co się ostatnio wydarzyło, to dość dobra wiadomość. Naprawdę lepiej by było, gdyby nie trafiła nam się powtórka z ostatnich katastrof, bo... — Zamilkł, a zamglone spojrzenie zielonych oczu zatrzymało się na twarzy Shafiqa. — Strach jest prawem, które ustanawiam, i niech każdy drży, bo drżenie jest uznaniem mojej potęgi.
W jednej chwili prowadził rozmowę z Anthonym, a w drugiej poczuł się słabo i wypluł z siebie tę okropną sentencję. Nie miał nad tym żadnej kontroli. To nie były jego słowa. Nie wiedział, co wywołało taką, a nie inną reakcję. Podobne... sytuacje... miewały miejsce, jednak zazwyczaj ograniczały się do nieodgadnionego poczucia strachu, bycia obserwowanym, jakby nagle odczuł na sobie wzrok tysiąca osób, które potrafiły przejrzeć go na wskroś. Ale to... to było coś zupełnie innego.
Pierwszym, co sprowadziło go do rzeczywistości po tym ''epizodzie'' nie były słowa Anthony'ego. Nie był to nawet fakt, że zabrał mu kieliszek z winem. Nie był to też w pośpiechu zerwany ze stolika obrus. Było to zbyt szybkie bicie serca, jakby zbyt późno zdał sobie sprawę z nadchodzącego niebezpieczeństwa. Jakby zauważył mknące ku niemu zaklęcie na tyle późno, że nawet nie miał szans wyczarować w porę tarczy ochronnej.
— J-ja — zaczął niepewnie, raz po raz zaciskając i rozprostowując lewą dłoń. — Nie wiem... — Głęboki oddech. — Co ma Bott… Ale na pewno nie ma tego... Co mam ja!
Wypuścił głośno powietrze przez usta, biorąc kilka głębokich, łapczywych oddechów, jakby walczył w ten sposób na odzyskanie kontroli nad sobą. Kolejnym zaskoczeniem okazała się szklanka, której zawartość po chwili sama zaczęła spływać mu do ust. Erik zachłysnął się wodą i zaczął gwałtownie kaszleć, odsuwając od siebie shafiqową dłoń dalej ściskającą naczynie. Pokręcił gwałtownie głową.
— Nie potrzebuję twojego hipnotyzera — odparł między kolejnymi kaszlnięciami, patrząc na Anthony'ego z lekkim wyrzutem.
Przeklęty niech będzie wrzesień. Przeklęta niech Spalona Noc.
— To w końcu... Przejdzie — kontynuował po dłuższej chwili, czując, że odzyskał nad sobą pełne panowanie. — A jeśli nie... To sam się tego pozbędę. Nie tylko ty masz długą listę znajomości.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞