Tak wychowała ją matka: żeby nie okazywała słabości, żeby zawsze była we wszystkim najlepsza (ale to przecież było niemożliwe, na czymś trzeba się było w życiu skupić), by nie przynosiła wstydu – i wszystko na podobieństwo matki. I taka właśnie starała się być dla swojej najbliższej rodziny, trochę nie umiała inaczej, gdy wchodziła w rolę najstarszej córki, czy osoby, która okaże trochę więcej ciepła niż matka; kogoś, do kogo można przyjść i poprosić o pomoc, albo po prostu o dotrzymanie towarzystwa. Ale Victoria nie była swoją matką. Może i podobieństwo wizualne było nie do ukrycia, ale Victoria miała w sobie jakąś łagodność i delikatność, której brakowało Isabelli. I czasami, właśnie w takich chwilach jak ta, było to widać, gdy zapominała, że nie jest sama, gdy nie zdążyła się wyciszyć, by być tą księgą nie do rozczytania. Wiedziała, że przy Christopherze nie musi wchodzić w swoją rolę idealnej córki (a przynajmniej nie musi tego tak do końca), bo też nic o tym nie wiedział, ale przede wszystkim Victoria wyrwała się spod tego toksycznego wpływu rodziny i teraz uczyła się, jak być po prostu sobą, a nie kimś, kogo wyrzeźbili z miękkiej gliny tak, jak tylko chcieli, na swoje podobieństwo.
– Rodzice jeszcze się nie zdecydowali. Pewnie matce jest szkoda – domyślała się, że to chodzi o Isabellę, bo zwykle to ona mocniej tupała obcasem, a Alexander, znacznie od niej spokojniejszy, raczej nie trzymałby się tak kurczowo ruin własnego domu. Ale Victoria nie wiedziała, bo mało z nimi rozmawiała. – Głupie przywiązanie, ale mieszkali tu tyle lat… – potrafiła to zrozumieć. Jej też było szkoda, ale najchętniej dokończyłaby dzieła i zmiotła to do gołej ziemi.
– Tak… robi się lepiej – a w ostatnich miesiącach miała trochę doświadczeń, które ją o tym przekonały. Zimno – z czasem aż tak nie doskwierało, nie dlatego, że robiło jej się cieplej, a dlatego, że przywykła, bo inaczej by zwariowała. Ale też… kwestia spraw sercowych. Złamane serce też się goiło, z każdym dniem było lżej, zwłaszcza gdy mogła się przytulić do mruczącego i puchatego ciałka, które topiło lód (bardzo metaforycznie). To i drugi raz dostanie kosza nie bolało tak mocno, gdy gdzieś w głębi serca czuło się, że to może nastąpić. Teraz, kilka tygodni później, było dużo łatwiej, nawet jeśli były momenty w ciągu dnia, kiedy Victoria zastanawiała się jak wampir sobie radzi – nawet jeśli nie miało to większego znaczenia. No i Rosier skutecznie odwracał jej uwagę od ponurych myśli. – Właściwie to tak… I najlepiej mieć możliwość szybkiej ucieczki z każdej z nich w razie czego. Do teraz się zastanawiam jak to się stało, że ten dom skończył tak – machnęła lekko ręką, pokazując na obraz nędzy i rozpaczy – a moje mieszkanie na Pokątnej wyszło z tego z uszkodzoną elewacją i drzwiami, ale ostatecznie oprócz tego nietknięte. Tutaj na szczęście nikogo w tym czasie nie było, wszyscy utknęli gdzieś w pracy, no oprócz skrzatów, ale one sobie poradziły, ale w moim mieszkaniu była Luna i Kwiatuszek i… – i gdyby coś im się stało… nie miała wtedy skrzata do pomocy, mieszkała wtedy sama i nie było absolutnie nikogo, kto mógłby pomóc biednym kotom. I na samą myśl o tym Victorii robiło się wręcz słabo. I niedobrze.
– To ładne kolory, ale nie wszystkim pasują… – mruknęła a chwilę później poczuła jak jej zaklęcie otarło się o coś przy schodkach do wejścia do budynku (w którym nie było już żadnych drzwi), jak coś tam krótko zamigotało, zadźwięczało krótko i cicho, jakby ktoś rozsypał garść sykli na szklaną podłogę, a potem wszystko wróciło do normy. – Hmm… Słyszałeś? Ktoś tu się faktycznie kręcił i coś kombinował. Tylko nie wiem po co, na wejściu? Chciał utrudnić wejście do środka? – Victoria doskonale wiedziała, co było w środku: jedno jedyne ocalałe krzesło, którego nie chciała ze sobą zabierać, pentagram i ołtarzyk i dwie „laleczki” (o ile nikt ich nie zabrał). – Bo chyba nie wyjście – tu już skrzywiła się wyraźnie i pokręciła głową, po czym ruszyła się z miejsca, chcąc zbliżyć do schodków.