To urodzenie i status było na pewien sposób ważne, zwłaszcza w ich kręgach, bo w wielu przypadkach definiowało, z kim w ogóle się zadawało. Jakie dzieci się poznawało, kto zostawał pierwszym dziecięcym przyjacielem i tak dalej. Gdzie rozglądało się za potencjalnym partnerem czy partnerką, z kim się romansowało czy bawiło. Victoria również nie była od tego wolna, a gdy całe życie wbijano jej do głowy, że czystość krwi to taka świętość, to nie zastanawiała się nad tym, po prostu działała w swoich ustawieniach fabrycznych. Sama dotychczas nie miała specjalnie dużo do powiedzenia, po prostu robiła to, co (w większości) życzyła sobie jej rodzina, ale gdy się nad tym zastanowić, sama wolałaby być z kimś, dla kogo byłaby faktyczną partnerką, na równym poziomie, a nie ładną dekoracją, czy – idąc w drugą skrajność – kimś, kto miałby nosić wszystko na swoich plecach.
– Bo najłatwiej ją zaburzyć – stwierdziła, ale kiwnęła głową, bo to była prawda, że w obu przypadkach sieć Fiuu została sparaliżowana. – Może trzeba nosić przy sobie jakiś świstoklik, który nie jest zaprogramowany na konkretny czas, a na dotyk, ale to w sumie ryzyko, że się go dotknie przypadkiem… – dodała jeszcze, bo to też zawsze mogła być opcja awaryjna. Albo chociaż cokolwiek, co pozwoli się szybko wydostać z domu, niekoniecznie głównym wejściem? – Może tak, na pewno by nie zaszkodziło, żeby nie skończyć jak Atreus – uśmiechnęła się nawet lekko pod nosem, bo Bulstrode chyba wyjątkowo niedokładnie podchodził do teleportacji, co kończyło się… no cóż, tak jak się kończy brak uwagi podczas teleportacji, czyli rozszczepieniem (a gdy jeszcze pracowała w Czarodziejskim Pogotowiu Ratunkowym to interwencje do rozszczepienia były chyba najczęstszymi, naoglądała się więc tego wystarczająco), chociaż sama powiedziała to teraz półżartem. – Niby teleportację też można zablokować, ale czasami może być ostatnią deską ratunku – jeśli nie miało się świstoklika… Odwróciła na moment głowę, by spojrzeć na Chrisa, gdy ten poklepał ją po ramieniu, a ona uśmiechnęła się blado.
– Masz na myśli szaty, czy szmaty? – bo jak inaczej nazwać te dziwne płaszcze Śmierciożerców? Oprócz tego, że szlafrokiem, jak jej się to zdarzało. Od razu jakoś o tym pomyślała, gdy blondyn wspomniał o tej czerni i zieleni, czyli o Voldemorcie i jego przydupasach w bardzo niestylowych wdziankach.
– Nie mam pojęcia. Może faktycznie alarm, może ktoś chciał sprawdzić, czy ktoś jeszcze tu chodzi, albo czy właściciele są czujni. Cóż, to się zdziwi. A może to jakieś zaklęcie z serii urwie ci nogę, jak źle staniesz i je aktywujesz… – nie przekonają się już o tym, bo cokolwiek to było, zostało skutecznie rozproszone przez Victorię. – Trochę tak – przyznała i sama kucnęła przy kupie gruzów, a potem spojrzała „w głąb” domu. – Ciekawe, czy… hmm – zmarszczyła brwi, myśląc nad czymś intensywnie, a potem nawet uniosła kilka miejszych kawałków tych gruzów, przekładając je w inne miejsce, jakby to miało jej pomóc oszacować, co tutaj się działo. – Zaczęłam się nad czymś zastanawiać, ale musiałabym najpierw sprawdzić, czy w środku nadal jest ołtarz – nie taki, do którego modlili się Lestrange rzecz jasna. Bo na planie pentagramu, z żyłek, piór, kości… Ale Victorii przyszło do głowy, że być może ktoś grzebał w tych ruinach a potem natknął się na ołtarz i postanowił się stąd jednak ewakuować. – Idziesz ze mną? Czy zostajesz?