13.03.2023, 22:53 ✶
Miał pewne opory przed udaniem się na polanę na grzbiecie wierzchowca; w przeciwieństwie do przyjaciela wolał bowiem pozostawać w cieniu, obserwując wydarzenia z boku. Z drugiej jednak strony nie doszedł jeszcze w pełni do siebie po wydarzeniach sprzed dwóch tygodni, a nie mógł przecież opuścić Beltane — dla wnuka kowenu uczestnictwo w czarodziejskich świętach było nie tyle tradycją, co obowiązkiem. Poza tym, mógł w ten sposób bezwstydnie obejmować Elliotta w miejscu publicznym bez ryzyka wywołania skandalu - trzeba bowiem mieć spaczony umysł, aby doszukiwać się we wspólnej jeździe na jednym koniu czegoś innego niż przyjaźni, chęci zwrócenia na siebie uwagi i poczucia humoru.
Przez całą drogę wiercił się niespokojny, przerażony nieco wizją kolejnego upadku. Marchewka - prezent dla wierzchowca w zamian za przejażdżkę - którą bezmyślnie schował do kieszeni spodni uwierała go teraz nieprzyjemnie w udo i chyba wbijała się w plecy jego towarzysza. Nie śmiał jednak zwrócić na to uwagi, przez cały czas udając, że nie wie o co chodzi. No bo co jak okaże się, że koniom Elliotta nie wolno jeść zwykłych marchewek, tylko specjalistyczne magiczne kalarepy ściągane z Luksemburga? To bardzo w stylu Malfoyów.
— Najwyżej znajdę kogoś, kto je rozmasuje — prychnął urażony samym wspomnieniem o chorobie i jednocześnie niezadowolony faktem, że to najprawdopodobniej nie Elliott będzie tym, który przyniesie mu ukojenie w jego dyskomforcie. Nie zamierzał jednak pogrążać się w smutnych myślach i zgodnie z tradycją święta miłości i płodności zamierzał zakończyć ten wieczór w lesie albo na pastwisku w objęciach mniej lub bardziej znanej osoby.
Z wdzięcznością przyjął pomoc i wygładził swe czarne szaty; proste, a zarazem sprawiające wrażenie obrzydliwie drogich, tradycyjne, a jednocześnie nowoczesne.
— Och, Jamil. Jak dobrze cię widzieć! — uśmiechnął się do czarodzieja, nie będąc specjalnie zaskoczonym tym, że Elliott również zna kompana jego. Po tylu latach przyjaźni z Malfoyem dochodził do wniosku, że on chyba znał wszystkich w Wielkiej Brytanii.
Kiedy więc blondyn i ich wspólny znajomy zajęci byli konwersacją, Perseus dyskretnie nakarmił konia marchewką. W drugiej kieszeni miał jeszcze kilka rzodkiewek.
Przez całą drogę wiercił się niespokojny, przerażony nieco wizją kolejnego upadku. Marchewka - prezent dla wierzchowca w zamian za przejażdżkę - którą bezmyślnie schował do kieszeni spodni uwierała go teraz nieprzyjemnie w udo i chyba wbijała się w plecy jego towarzysza. Nie śmiał jednak zwrócić na to uwagi, przez cały czas udając, że nie wie o co chodzi. No bo co jak okaże się, że koniom Elliotta nie wolno jeść zwykłych marchewek, tylko specjalistyczne magiczne kalarepy ściągane z Luksemburga? To bardzo w stylu Malfoyów.
— Najwyżej znajdę kogoś, kto je rozmasuje — prychnął urażony samym wspomnieniem o chorobie i jednocześnie niezadowolony faktem, że to najprawdopodobniej nie Elliott będzie tym, który przyniesie mu ukojenie w jego dyskomforcie. Nie zamierzał jednak pogrążać się w smutnych myślach i zgodnie z tradycją święta miłości i płodności zamierzał zakończyć ten wieczór w lesie albo na pastwisku w objęciach mniej lub bardziej znanej osoby.
Z wdzięcznością przyjął pomoc i wygładził swe czarne szaty; proste, a zarazem sprawiające wrażenie obrzydliwie drogich, tradycyjne, a jednocześnie nowoczesne.
— Och, Jamil. Jak dobrze cię widzieć! — uśmiechnął się do czarodzieja, nie będąc specjalnie zaskoczonym tym, że Elliott również zna kompana jego. Po tylu latach przyjaźni z Malfoyem dochodził do wniosku, że on chyba znał wszystkich w Wielkiej Brytanii.
Kiedy więc blondyn i ich wspólny znajomy zajęci byli konwersacją, Perseus dyskretnie nakarmił konia marchewką. W drugiej kieszeni miał jeszcze kilka rzodkiewek.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory