23.03.2026, 14:54 ✶
Na tę odpowiedź, butną i zadziorną, uniósł lekko brwi. Astoria sama się podkładała - zupełnie tak, jakby prosiła się o to, by wyprowadzić kolejny słowny cios. Szelmowski uśmiech prześlizgnął się przez jej usta.
- Nawet jeżeli tymi krzakami byłyby kwiaty? - Rodolphus przekrzywił lekko głowę. Dla lepszego efektu powinien teraz wyciągnąć zza pleców bukiet róż, ale pech chciał, że naprawdę nie śledził Astorii i nie planował jej spotykać. Być może gdyby wiedział, że się spotkają na romantyczne wspólne stanie pod tablicą ogłoszeń, to przygotowałby się lepiej? - Ale dobrze. Twoje rozkazy są jasne, mademoiselle - przyłożył dłoń do klatki piersiowej, po lewej stronie, tak jakby jej słowa trafiły prosto do jego serca. - Następnym razem, gdy się spotkamy, zamiast wyskakiwać z krzaków, po prostu w nich zostanę i ucieknę, żebyś nie musiała mnie oglądać.
Oczywiście, że kłamał - wszystko w nim aż krzyczało, że Lestrange zrobi dokładnie odwrotnie, niż deklaruje obecnie słowami. Na moment przeskoczył wzrokiem na tablicę ogłoszeń. Co on tu robił... Odpowiedzieć szczerze, czy zgrabnie ominąć prawdę?
- Jestem wścibski - odpowiedział w końcu, powracając wzrokiem do Astorii. Posłał jej rozbrajający uśmiech. Prawda, czy kłamstwo? Ciężko było to rozróżnić, bo plotki głosiły, że Rodolphus brzydził się plotkami (o ironio). Z drugiej strony ci, którzy go znali, mówili że był doskonale poinformowany w naprawdę wielu kwestiach. Po prostu nie zawsze przekazywał zdobyte informacje dalej. Co czyniło go jeszcze gorszą osobą, niż typową plotkarę z bazaru. - Pani Alderley?
Powtórzył, bo przecież czytał to ogłoszenie. Przyjrzał się Astorii, gdy ta swobodnie opowiadała, jak to czarownica była przyjaciółką jej babci. I jak to nie miała nikogo, kto by jej teraz pomógł po pożarach.
- Odprowadzę cię - powiedział szybciej, niż pomyślał, jednocześnie wyciągając odruchowo rękę w stronę zakupów, które ściskała. Przecież Astoria nie będzie szła obok niego, taszcząc torby, nawet jeżeli te prawie nic nie ważyły. Jak to by wyglądało? Jego ton głosu również sugerował, że to nie było pytanie, po prostu oznajmienie. I tak nie miał nic do roboty, a zaciekawiła go ta cała pani Alderley. Czystokrwista? Raczej tak, Avery byli konserwatywni. Nie miała skrzatów? Cóż, może zdechły, były to obrzydliwie kruche stworzenia, a ostatnio wiele stworzeń ginęło pod wpływem płomieni. Czy Rodolphus umial naprawiać rzeczy? Nie. Czy wiedział, jak się do tego zabrać? Absolutnie nie. Ale może potrzyma Astorii torebkę, gdy ta będzie wykorzystywała swoje umiejętności renowacji dzieł sztuki, by przelać je na farbę czy tam drzwiczki (czy tak się dało w ogóle? Nie miał pojęcia, w tej kwestii był kompletnym ignorantem, ale skoro naprawiała obrazy, to poradzi sobie chyba też z malowaniem ścian?).
- Nawet jeżeli tymi krzakami byłyby kwiaty? - Rodolphus przekrzywił lekko głowę. Dla lepszego efektu powinien teraz wyciągnąć zza pleców bukiet róż, ale pech chciał, że naprawdę nie śledził Astorii i nie planował jej spotykać. Być może gdyby wiedział, że się spotkają na romantyczne wspólne stanie pod tablicą ogłoszeń, to przygotowałby się lepiej? - Ale dobrze. Twoje rozkazy są jasne, mademoiselle - przyłożył dłoń do klatki piersiowej, po lewej stronie, tak jakby jej słowa trafiły prosto do jego serca. - Następnym razem, gdy się spotkamy, zamiast wyskakiwać z krzaków, po prostu w nich zostanę i ucieknę, żebyś nie musiała mnie oglądać.
Oczywiście, że kłamał - wszystko w nim aż krzyczało, że Lestrange zrobi dokładnie odwrotnie, niż deklaruje obecnie słowami. Na moment przeskoczył wzrokiem na tablicę ogłoszeń. Co on tu robił... Odpowiedzieć szczerze, czy zgrabnie ominąć prawdę?
- Jestem wścibski - odpowiedział w końcu, powracając wzrokiem do Astorii. Posłał jej rozbrajający uśmiech. Prawda, czy kłamstwo? Ciężko było to rozróżnić, bo plotki głosiły, że Rodolphus brzydził się plotkami (o ironio). Z drugiej strony ci, którzy go znali, mówili że był doskonale poinformowany w naprawdę wielu kwestiach. Po prostu nie zawsze przekazywał zdobyte informacje dalej. Co czyniło go jeszcze gorszą osobą, niż typową plotkarę z bazaru. - Pani Alderley?
Powtórzył, bo przecież czytał to ogłoszenie. Przyjrzał się Astorii, gdy ta swobodnie opowiadała, jak to czarownica była przyjaciółką jej babci. I jak to nie miała nikogo, kto by jej teraz pomógł po pożarach.
- Odprowadzę cię - powiedział szybciej, niż pomyślał, jednocześnie wyciągając odruchowo rękę w stronę zakupów, które ściskała. Przecież Astoria nie będzie szła obok niego, taszcząc torby, nawet jeżeli te prawie nic nie ważyły. Jak to by wyglądało? Jego ton głosu również sugerował, że to nie było pytanie, po prostu oznajmienie. I tak nie miał nic do roboty, a zaciekawiła go ta cała pani Alderley. Czystokrwista? Raczej tak, Avery byli konserwatywni. Nie miała skrzatów? Cóż, może zdechły, były to obrzydliwie kruche stworzenia, a ostatnio wiele stworzeń ginęło pod wpływem płomieni. Czy Rodolphus umial naprawiać rzeczy? Nie. Czy wiedział, jak się do tego zabrać? Absolutnie nie. Ale może potrzyma Astorii torebkę, gdy ta będzie wykorzystywała swoje umiejętności renowacji dzieł sztuki, by przelać je na farbę czy tam drzwiczki (czy tak się dało w ogóle? Nie miał pojęcia, w tej kwestii był kompletnym ignorantem, ale skoro naprawiała obrazy, to poradzi sobie chyba też z malowaniem ścian?).