24.03.2026, 13:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.03.2026, 13:32 przez Lorien Mulciber.)
W kowenie pojawiła się z przygotowanym na zamówienie wieńcem. Co prawda z pewnością nie był najpiękniejszy, może bił od niej szalony brak czułości w wykonaniu, ale no był. I to musiało Bogini wystarczyć. Czyż nie było oznaką dobrego serca, że Lorien osobiście ustaliła z kwiaciarką z Pokątnej co i jak? Sama zapłaciła, pozostawiając kobiecie solidny napiwek?
Pani Mulciber (a raczej jej zakupoholizm) dawała brytyjskim obywatelom uczciwie zarobić. Tradycją było spalanie wianków. Czasem zastanawiała się na ile we wszystkich nawiedzających w czasie sabatu ludzi rzeczywiście tliła się wiara w wszechobecną Dziewicę, Matkę i Staruchę. Czy czuli się oszukani, gdy płomienie zajęły ich domu, a bóstwo, któremu oddawano pod opiekę siebie i dzieci… nie zrobiło nic. Ona sama nie była specjalnie wierząca. Kowen zbyt często próbował ingerować w święte prawo czarodziejów, żeby Lorien czuła wobec niego więcej niż zimną niechęć. W dodatku ta cała afera z Arcykapłanką… No ale w święta wypadało przyjść. Postać. Pokazać się sąsiadom i potencjalnym znajomym w tłumie. Dać sygnał Bogini jest ważna w twoim życiu. Oddać hołd tradycjom. Tradycja czyniła ich tym kim byli.
Więc Lorien odebrała od kwiaciarki swój wieniec i przestąpiła próg Kowenu Whitecroft w luźno rozumianych godzinach popołudniowych. Miała gotowe prezenty na wieczór, ale jeszcze nie musiała uciekać na kolacje do Mulciber Manor. Znalazła czas. Planowała przekazać swój podarek pierwszemu lepszemu kapłanowi, unikając tym przeciskania się przez tłum uciśnionych i pogrążonych w modlitwie wiernych. No to się dowiedziała, że trzeba samemu. Westchnęła ciężko, ale ujęła nieszczęsnego kapłana pod ramię każąc mu się zaprowadzić.
Ułożyła wieniec w jakimś wolnym miejscu.
Rzut K100 + 40 za bogacza (zrobiony na zamówienie u NPCa)
No. Prezentował się całkiem całkiem pośród tych wszystkich innych. Poczuła, że całkiem dobrze wydała pieniądze.
Zaczerwieniony po uszy kapłan, którego ramię nadal więziła w uścisku, wybąkał coś o modlitwie o łaskę. Łaskę? Czy ktoś taki jak ona może w ogóle dostąpić łaski czy błogosławieństwa?
Kiedy ona się ostatnio modliła? Chyba jakoś w czasach szkolnych - tak, dokładnie. Cichutko prosiła panią Boginię, co by papa się nie dowiedział, a jak się dowie to żeby nie był zły, że Hati Greyback ją pocałował za szklarniami. Chyba nawet nie pamiętała już słów i formułek. Może powinna wcześniej kupić jakichś katechizm? W sumie to miało sens, ale wymagałoby przejścia przez cały dziedziniec aż do budynku kowenu. Nie, absolutnie nie ma mowy.
Mówienie do samej siebie w myślach wydawało jej się idiotyczne. Ale tym chyba właśnie była modlitwa? Gadaniem do samego siebie i wiarą, że usłyszy nas ktoś jeszcze. Prosiła więc Boginię o to, żeby chroniła ją przed tym czymś co się w niej zalęgło. O odrobinę więcej czasu, co by zrozumieć wszystko co się dzieje dookoła. I może… może o zdrowie dla Pana Moody’ego. Co by się tata nie dowiedział, a jak się dowie, to co by nie był zły. No może trochę lubiła Aarona, ale...
Nie przyszła się tu spowiadać ze swoich miłostek.
Podziękowała kapłanowi, mentalnie pożegnała się z Boginią i poszła w swoją stronę. Musiała jeszcze przetrwać kolację.
Pani Mulciber (a raczej jej zakupoholizm) dawała brytyjskim obywatelom uczciwie zarobić. Tradycją było spalanie wianków. Czasem zastanawiała się na ile we wszystkich nawiedzających w czasie sabatu ludzi rzeczywiście tliła się wiara w wszechobecną Dziewicę, Matkę i Staruchę. Czy czuli się oszukani, gdy płomienie zajęły ich domu, a bóstwo, któremu oddawano pod opiekę siebie i dzieci… nie zrobiło nic. Ona sama nie była specjalnie wierząca. Kowen zbyt często próbował ingerować w święte prawo czarodziejów, żeby Lorien czuła wobec niego więcej niż zimną niechęć. W dodatku ta cała afera z Arcykapłanką… No ale w święta wypadało przyjść. Postać. Pokazać się sąsiadom i potencjalnym znajomym w tłumie. Dać sygnał Bogini jest ważna w twoim życiu. Oddać hołd tradycjom. Tradycja czyniła ich tym kim byli.
Więc Lorien odebrała od kwiaciarki swój wieniec i przestąpiła próg Kowenu Whitecroft w luźno rozumianych godzinach popołudniowych. Miała gotowe prezenty na wieczór, ale jeszcze nie musiała uciekać na kolacje do Mulciber Manor. Znalazła czas. Planowała przekazać swój podarek pierwszemu lepszemu kapłanowi, unikając tym przeciskania się przez tłum uciśnionych i pogrążonych w modlitwie wiernych. No to się dowiedziała, że trzeba samemu. Westchnęła ciężko, ale ujęła nieszczęsnego kapłana pod ramię każąc mu się zaprowadzić.
Ułożyła wieniec w jakimś wolnym miejscu.
Rzut K100 + 40 za bogacza (zrobiony na zamówienie u NPCa)
Rzut 1d100+40 - 48 +40 = 88
No. Prezentował się całkiem całkiem pośród tych wszystkich innych. Poczuła, że całkiem dobrze wydała pieniądze.
Zaczerwieniony po uszy kapłan, którego ramię nadal więziła w uścisku, wybąkał coś o modlitwie o łaskę. Łaskę? Czy ktoś taki jak ona może w ogóle dostąpić łaski czy błogosławieństwa?
Kiedy ona się ostatnio modliła? Chyba jakoś w czasach szkolnych - tak, dokładnie. Cichutko prosiła panią Boginię, co by papa się nie dowiedział, a jak się dowie to żeby nie był zły, że Hati Greyback ją pocałował za szklarniami. Chyba nawet nie pamiętała już słów i formułek. Może powinna wcześniej kupić jakichś katechizm? W sumie to miało sens, ale wymagałoby przejścia przez cały dziedziniec aż do budynku kowenu. Nie, absolutnie nie ma mowy.
Mówienie do samej siebie w myślach wydawało jej się idiotyczne. Ale tym chyba właśnie była modlitwa? Gadaniem do samego siebie i wiarą, że usłyszy nas ktoś jeszcze. Prosiła więc Boginię o to, żeby chroniła ją przed tym czymś co się w niej zalęgło. O odrobinę więcej czasu, co by zrozumieć wszystko co się dzieje dookoła. I może… może o zdrowie dla Pana Moody’ego. Co by się tata nie dowiedział, a jak się dowie, to co by nie był zły. No może trochę lubiła Aarona, ale...
Nie przyszła się tu spowiadać ze swoich miłostek.
Podziękowała kapłanowi, mentalnie pożegnała się z Boginią i poszła w swoją stronę. Musiała jeszcze przetrwać kolację.
Postać opuszcza sesję