24.03.2026, 17:22 ✶
To, że Vika zmarszczyła się jeszcze mocniej było do przewidzenia. Wbrew pozorom mieli ze sobą więcej wspólnego, niż oboje chcieliby przyznać. Gdyby ktokolwiek powiedział to samo Aidanowi co Aidan Vice, to zareagowałby identycznie. Jednakowoż nie miał teraz głowy do tego, by zastanawiać się nad takimi drobnostkami. Oto bowiem miał większy problem: on, najbardziej męski z mężczyzn (czy na pewno?) pachniał teraz tak, jakby wyszedł świeżo od Potterów, wypróbowawszy ich najnowszych różanych płynów do kąpieli. I już pal sześć ten zapach, serio, ale fakt że nie mógł normalnie mówić, bo z jego ust wydobywały się bąbelki, szalenie go irytował. Spojrzeniem Victorii także się niezbyt przejął, bo ktokolwiek przebywał w jej towarzystwie dłużej niż tydzień to wiedział, że Lestrange kochała oceniać innych. I uważała, że jej spojrzenie i otoczka zimnej (hehe) królowej wpływała na ludzi lepiej, niż bluzgi czy pięści. Owszem, na sporą część osób to działało, ale nie na niego - on ją poznał i chociaż wiedział, że złośliwa z niej jędza, to jednak w tym węgielku robiącym za serce zajmował wykurwiście duże, ciepłe miejsce i mógł pozwolić sobie na więcej.
- Sama jesteś piżmo - odpyskował, chmurząc się gdy tylko kuzynka przebiła bańkę. I chyba stało się w końcu coś, na co tak wiele osób czekało: Aidan zamknął mordę. Postanowił, że nie otworzy ryja dopóki działanie zaklęcia nie minie. Skrzyżował więc ręce na klatce piersiowej i stał tak, patrząc na kobietę z góry. Co jakiś czas wypuszczał z ust bańki mydlane, ale zacięty wyraz twarzy sugerował, że ani myśli się odezwać. Wzruszył tylko ramionami, co mogło oznaczać wszystko i nic.
Na próbę otworzył usta, z których już bez baniek wydobyła się głoska "e". A potem "a". Zadowolony z efektu odchrząknął, krzywiąc się z powodu posmaku różanego mydła na końcu języka.
- Jędza - prychnął, ale nie mógł się przecież zbyt długo na nią gniewać. Nie wiedział, co musiałaby zrobić, żeby naprawdę się pokłócili. Zamachał więc tylko ręką, jakby zbywał temat. - Nic.
Nie było to szczere, zresztą sam wiedział doskonale, że to nic to było wierutne, brzydkie kłamstwo. Westchnął więc, odruchowo przeczesując włosy.
- No dobra. Dałem mu ciastko jak imbecyl, a potem chciałem je zabrać, żeby mu nie zaszkodziło, okej? - w jego głosie nie było skruchy. Raczej duma - jego twarz mówiła "sam na to wpadłem, SAM!".