24.03.2026, 17:42 ✶
- Nie - odpowiedź, którą ją uraczył, była krótka i ostra. Zbyt ostra, zbyt szybka. Czy miał dużo osób, które chciał chronić? Które kochał? Czy on naprawdę kogokolwiek kochał? Cynthia uderzała w tony, które nie podobały się niewymownemu - sam zaglądał innym do głów, by wyciągnąć najbardziej skrywane sekrety, lecz gdy w grę wchodziła Flint, miał wrażenie że pomimo jego oklumencji i faktu, że nie używała Legilimens - próbowała zajrzeć mu w duszę. A jego dusza oraz umysł były ściśle chronione. Nikt nie miał tam wstępu. Cynthia miała naprawdę dużo szczęścia, że osoby, które zdecydowała się do siebie dopuścić, jej nie opuściły. Lestrange nie mógł tego powiedzieć o sobie.
Nie chciał rozmawiać o miłości. Ktoś, kto nigdy jej nie zazna, mógł mieć mgliste wrażenie, że za czymś tęskni - ktoś, kto nigdy nie kochał i nie potrafił kochać nie pozna jednocześnie smaku odrzucenia. Rodolphus zaznał miłości w różnych stadiach i tym bardziej jego serce topiło się w ciężkim mroku, bo za każdym razem gdy próbowało się wynurzyć: bolało. Bolało tak bardzo, że z tego bólu i cierpienia zrobił swoją broń. Poznał smak porażki i zawodu, dzięki czemu mógł przekazywać go innym, tak by bolało tak samo, jak i jego samego.
Gdy Cynthia usiadła obok niego, lekko obrócił głowę. Jego usta wykrzywił delikatny, nieco pobłażliwy uśmiech. Narażał na niebezpieczeństwo siebie samego? Być może. Ale to był jego wybór, którego dokonał już wcześniej, nie podczas Spalonej Nocy. Dłoń Rodolphusa uniosła się, by strącić srebrne kosmyki z ramienia Flint. Były miękkie i aksamitne, ciepłe, tak niepasujące do jej lodowatego zachowania.
- Każdy kolejny krok naraża mnie na niebezpieczeństwo. Każda kolejna sekunda przybliża do śmierci. Spójrz mi w oczy, Cynthio, i powiedz: czy wyglądam ci na człowieka, który boi się niebezpieczeństwa, które rzekomo przyciągasz? - było w tym pytaniu i tonie głosu dużo intymności. Cała ta rozmowa, którą właśnie prowadzili, poruszała struny, których poruszać nie chciało żadne z nich, a jednak te mimowolnie drgały. Zupełnie tak, jakby świat zaprzeczał, że nie są połączeni. Może byli? W ten czy inny sposób i Los to wiedział. Uparcie popychał ich ku sobie bo wiedział, że nawet jeżeli nie jest to miłość romantyczna, to w jakiś sposób ich dusze są połączone?
Nie chciał rozmawiać o miłości. Ktoś, kto nigdy jej nie zazna, mógł mieć mgliste wrażenie, że za czymś tęskni - ktoś, kto nigdy nie kochał i nie potrafił kochać nie pozna jednocześnie smaku odrzucenia. Rodolphus zaznał miłości w różnych stadiach i tym bardziej jego serce topiło się w ciężkim mroku, bo za każdym razem gdy próbowało się wynurzyć: bolało. Bolało tak bardzo, że z tego bólu i cierpienia zrobił swoją broń. Poznał smak porażki i zawodu, dzięki czemu mógł przekazywać go innym, tak by bolało tak samo, jak i jego samego.
Gdy Cynthia usiadła obok niego, lekko obrócił głowę. Jego usta wykrzywił delikatny, nieco pobłażliwy uśmiech. Narażał na niebezpieczeństwo siebie samego? Być może. Ale to był jego wybór, którego dokonał już wcześniej, nie podczas Spalonej Nocy. Dłoń Rodolphusa uniosła się, by strącić srebrne kosmyki z ramienia Flint. Były miękkie i aksamitne, ciepłe, tak niepasujące do jej lodowatego zachowania.
- Każdy kolejny krok naraża mnie na niebezpieczeństwo. Każda kolejna sekunda przybliża do śmierci. Spójrz mi w oczy, Cynthio, i powiedz: czy wyglądam ci na człowieka, który boi się niebezpieczeństwa, które rzekomo przyciągasz? - było w tym pytaniu i tonie głosu dużo intymności. Cała ta rozmowa, którą właśnie prowadzili, poruszała struny, których poruszać nie chciało żadne z nich, a jednak te mimowolnie drgały. Zupełnie tak, jakby świat zaprzeczał, że nie są połączeni. Może byli? W ten czy inny sposób i Los to wiedział. Uparcie popychał ich ku sobie bo wiedział, że nawet jeżeli nie jest to miłość romantyczna, to w jakiś sposób ich dusze są połączone?