Oczywiście że tak, nikt jej przecież nie będzie mówić co ma robić, nawet własna matka (a może przede wszystkim nie będzie tego robić własna matka…). Victoria była uparta, była gotowa pokazać to wszem i wobec, chociaż nie doprowadziła tego do stanu, w którym zaczęłaby tym szkodzić samej sobie. Tym niemniej nie zamierzała się ani trochę przejmować niezadowoleniem Aidana, uważała, że sam był sobie winien, a skoro już się tu zjawił, szukając pomocy, to zrobią to na jej warunkach: bez cuchnięcia, które wymagałoby zatykania sobie nosa.
Znali się nie od dziś, był to fakt. I tak jak Aidan mógł powiedzieć, że wie na co stać Victorię, tak ona uważała, że to samo mogła zrobić w stosunku do Parkinsona. Fakt, że był straszliwym pozerem, ale wiedziała, że gdyby sama potrzebowała pomocy, to by pomógł, o ile by w ogóle mógł, problem w tym, że Lestrange nie przywykła do zrzucania swoich problemów na innych, próbując w pierwszej kolejności rozwiązać je sama, co może nie było najmądrzejsze, bo brała na siebie zbyt dużo, ale dość o niej! To Aidan potrzebował wzorowej opieki (najlepiej niańki, żeby nie pakował się w takie gówno).
– Elokwentnie – podsumowała go po tej pyskówce wysokich lotów i uraczyła go swoim zwyczajowym, delikatnym uśmieszkiem. Na nieszczęście Aidana, Victoria, gdy chciała, miała zajebiście dużo cierpliwości, więc gdy zamknął mordę i uparcie milczał, milczała i ona, patrząc na niego spokojnie. Wykorzystała tę chwilę, by zwrócić uwagę na te rzeczy, które umykały w pierwszej chwili: jak się ubrał, czy nie miał jakichś nowych ran, czy nie był gdzieś poszarpany albo potargany (a gotowa mu była nawet wygładzić czy poprawić koszulę!).
– Ja ciebie też – odparła może nawet i trochę irytująco spokojnie. – Mhm, a ja jestem Ministrą Magii – a jak oboje wiedzieli: nie była nią i było jej do Ministry cholernie daleko, dokładnie tak, jak temu wszystkiego było do „nic”. A potem… Potem miała ochotę powiedzieć, że rozumie, bo sama by nabuczała na kogoś, kto dałby jej czekoladę, a potem ją zabrał, ale tu chodziło o minę Aidana. Minę, która wyrażała tak bezbożną dumę, że jedyną reakcją czarnowłosej było zajebiście ciężkie westchnięcie i odruchowe potarcie czoła. – Pisałeś mi, że znalazłeś go na śmietniku, więc pewnie był zajebiście głodny, już mogłeś mu zostawić to ciastko, wiesz? Skoro nie miałeś nic innego. W ogóle serio? Czy ty żyjesz na ciastkach i fajkach? Zlituj się – cholera, nie był przecież BIEDNY, nie stać go było na normalne żarcie? Może powinna poprosić swoją skrzatkę o przygotowanie kolacji, a potem wmusić ją w Adiana…? Ale to może za chwilę. Zmrużyła oczy, zupełnie tak jak zawsze, gdy w jej głowie wykonywały się jakieś obliczenia, które raczej nie zwiastowały nic dobrego dla osoby, której dotyczyły, ale ostatecznie westchnęła raz jeszcze. – Dobra, idziemy. Zrobię ci jakiś specyfik gdyby to się powtórzyło. Lepiej, żeby nie, Adi, to zwierzątko niczym nie zawiniło. Dbaj o nie, rozumiesz? – poprowadziła go na schody, które prowadziły na dół, do piwnicy, gdzie w korytarzu znajdowała się jakaś roślinka, stara szafka, najpewniej po starych właścicielach, i zmierzała do jednych z trzech drzwi – gdzie znajdowała się jej pracownia, czyli kilka kociołków, stół do przyrządzania składników, rzędy regałów zapełnionych książkami, fiolkami i różnymi takimi, a pod ścianą okrągły stolik i dwa fotele. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach ziół, podobny do tego z sali eliksirów w Hogwarcie.