• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
1 2 3 4 5 … 9 Dalej »
[17.10.72] Now I see the patterns in the chaos | Benjy, Prudence

[17.10.72] Now I see the patterns in the chaos | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
24.03.2026, 21:37  ✶  
Ten dzień miał w sobie coś niepokojąco lekkiego, jakby ktoś na chwilę zdjął z nas ciężar, do którego zdążyłem się już przyzwyczaić na tyle, że przestałem go świadomie zauważać. Szedłem obok Prue w tempie, które jeszcze tydzień temu doprowadziłoby mnie do szału, teraz było… Znośne. Może nawet przyjemne, chociaż nie zamierzałem tego nazywać na głos, żeby przypadkiem nie przyzwyczaić nas za bardzo do tej wersji rzeczywistości, ale nie walczyłem z tym w taki sposób jak sądziłem, że będę, jeszcze kilka dni temu - moje ciało miało swoje tempo i, cholera, tym razem postanowiłem go nie forsować, przynajmniej nie na tyle, żeby dać żonie powód do kolejnej interwencji. Wyjątkowo nie próbowałem maskować własnego osłabienia przyspieszeniem kroku ani żadnym bezsensownym manewrem, który miałby udowodnić komukolwiek - głównie jej - że byłem już w pełni sprawny. Skupiałem się na wędrówce przed siebie, idąc obok niej tym naszym nowym tempem, które bardziej przypominało włóczenie się niż spacer w jakimś konkretnym celu, kątem oka łapałem ludzi, którzy musieli nas omijać, ich spojrzenia, te krótkie, oceniające i… Zupełnie mnie to nie ruszało, ich tempo nie było moim tempem, nie miałem najmniejszego zamiaru się do niego dostosowywać - my mieliśmy czas, przynajmniej tak wybierałem myśleć, pierwszy raz od dawna naprawdę go mieliśmy. Każdy miał gdzieś jakieś swoje „zaraz” i „już”, ale my byliśmy poza tym rytmem, niezsynchronizowani z resztą świata, i chyba właśnie to było w tym najlepsze.
- No, całe szczęście, sze to ustaliliśmy. Człowiek patrzy, bo ma oczy, a ja patrzę, bo mam na co. To akurat się nie zmieni. - Mruknąłem pod nosem, z cieniem rozbawienia, to było dokładnie w jej stylu - przyznać rację i jednocześnie jej nie przyznać, zostawiwszy sobie przestrzeń, żeby jeszcze to podważyć, gdyby przyszła jej na to ochota. - Bałem się pszes chwilę, sze odklyłaś coś, czego nie wiem o moich własnych oczach.
Czułem na sobie spojrzenie Prudence, być może nie nachalne, lecz z pewnością dokładne, rozbierające mnie na czynniki pierwsze z tą jej charakterystyczną precyzją, której nie dało się oszukać byle czym - to, że zwróciła uwagę na moje zamyślenie, nie było zaskoczeniem, znała mnie za dobrze, żeby nie zauważyć tej różnicy, tego zawieszenia, które w moim przypadku pojawiało się rzadko i zwykle nie trwało długo, bo zazwyczaj nie widziałem sensu w filtrowaniu czegokolwiek przed wypowiedzeniem. Parsknąłem cicho pod nosem, kiedy rzuciła tym swoim półprzyznaniem racji, i przechyliłem lekko głowę, zerkając na nią z boku. Nie musiałem się nawet zastanawiać, czy to było poważne, ponieważ ja z kolei znałem ją na tyle, żeby wiedzieć, że lubiła zostawiać takie zdania zawieszone gdzieś pomiędzy ironią a szczerością - jej sposób mówienia zawsze balansował gdzieś między sarkazmem a czystym stwierdzeniem faktu i nigdy do końca nie było wiadomo, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie.
Kiedy rzuciła, że „wolno mi wszystko”, uniosłem lekko brew, a potem uśmiechnąłem się krzywo, jakbym coś sobie właśnie uświadomił i postanowił to zachować.
- Zapamiętam. - Odpowiedziałem bez wahania. - Bszmi jak coś, co mosze mi się jeszcze pszydaś.
I rzeczywiście, odłożyłem to sobie gdzieś z tyłu głowy, jak drobny as na przyszłość - nie dlatego, że planowałem ją przeciwko niej używać, raczej dlatego, że lubiłem mieć takie rzeczy pod ręką.
Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, zatrzymując się na chwilę na jej oczach.
- Wiem, sze analizujesz w eksplesowym tempie. - Kiwnąłem twierdząco, kiedy weszła mi w słowo, zanim zdążyłem dokończyć swoją myśl. Gdybym był na jej miejscu, robiłbym dokładnie to samo, tylko pewnie mniej subtelnie. - I sze laszej powinienem się pszyzwyczaić, bo będziesz to lobiś jusz zawsze. - To wszystko nigdy nie było proste, zawsze coś się rozjeżdżało, ktoś się cofał, coś się psuło w najgorszym możliwym momencie, a mimo to i tak staliśmy tu teraz, jakby to był jedyny logiczny punkt końcowy tej całej krętej drogi.
- Nie, nie naszekam. Musiałbym być kompletnym idiotą, szeby naszekaś na coś takiego. - Dodałem zaraz, spokojnie, kiedy zeszliśmy na temat szybkości. - To by oznaczało, sze coś poszło nie tak, a jakoś nie mam takiego wlaszenia. - To było proste, wręcz bezczelnie oczywiste, ale nie widziałem powodu, żeby to ubierać w coś bardziej skomplikowanego, nie wszystko wymagało filozofii, niektóre rzeczy po prostu były.
- Gdybyś nie miała tej swojej uloszej tendencji do spławiania mnie pszy kaszdej sensowniejszej okazji, zdecydowanie hajtnęlibyśmy się duszo wcześniej. - Ciągnąłem, zupełnie bez skrępowania. - I oboje dobsze o tym wiemy. - Kącik ust drgnął mi wyżej, już z wyraźnym rozbawieniem. - Nie oszukujmy się, w końcu bym cię do tego pszekonał. Mam na to całkiem niezłe algumenty. Głównie siebie. - Rzuciłem lekko, bez cienia skrępowania, nie było w tym nawet próby zachowania sztucznej skromności, po czym spojrzałem na nią z boku, jakbym sprawdzał, czy kupi tę wersję wydarzeń, bo w mojej głowie była ona całkiem logiczna. Mówiłem pół żartem, pół serio, ale nie było w tym ani grama wątpliwości, zbyt dobrze wiedziałem, jak to między nami działało. Ta kręta droga nie była przypadkiem, tylko wynikiem dwóch upartych charakterów, które uparcie szły w swoją stronę, aż w końcu trafiły na siebie w odpowiednim momencie - nie zmieniała też faktu, dokąd prowadziła, my tylko szliśmy nią dłużej, niż być może musieliśmy.
Kiedy zeszliśmy na temat „bilansów”, prychnąłem cicho, kręcąc głową.
- Tlochę szybko na bilanse, co? - Powtórzyłem za nią. - Mosliwe. Ale wiesz, mam tendencję do nadlabiania szeszy nalas, jak jusz się zolientuję, sze coś pszegapiłem. - Wzruszyłem ramionami.
Rejestrowałem każde słowo, najdrobniejszy niuans, starając się nadążać za tym jej sposobem układania myśli, który zawsze był uporządkowany, nawet jeśli dotyczył czegoś tak nieuchwytnego jak „potrzeba” czegoś, czego wcześniej nie brała pod uwagę. Miała rację, oboje ją mieliśmy, pierścionek zaręczynowy nie był potrzebny, nic by nie zmienił, ponieważ to, co było między nami, nie opierało się na kawałku metalu i błyszczącym oczku, ale… Zerknąłem krótko w stronę sklepu, na rzędy błyszczących, idealnie oszlifowanych kamieni, które wyglądały, jakby wszystkie były stworzone według jednego schematu - ładne, poprawne, kompletnie nie nasze. Na wspomnienie sztyletu kącik ust drgnął mi w półuśmiechu.
- No tak, kaszda kobieta maszy o tym, szeby dostaśs bloń zamiast biszutelii. - Zmrużyłem oczy, unosząc brwi. - Szeby nie było, nie cofam tego. Dalej uwaszam, sze to był dobly wyból. - To było nasze, niekonwencjonalne, trochę absurdalne, ale dokładnie takie, jakie miało być. Biorąc pod uwagę wszelkie okoliczności występujące w tamtym momencie, nie wyobrażałem sobie, żebym mógł postąpić inaczej, to nie wykluczało jednak tego, co przyszło mi do głowy teraz, jedno nie odbierało sensu drugiemu.
A potem padło to jedno pytanie…
„Mogłabym chcieć pierścionek?”
Przez chwilę patrzyłem na nią w milczeniu, jakbym naprawdę próbował zrozumieć, co właśnie usłyszałem.
- Czy ty mnie właśnie pytasz o pozwolenie na własne chcenie? - Odezwałem się w końcu, spokojnie, ale z wyraźnym niedowierzaniem podszytym pod spodem pozornie neutralnego pytania. - Nie autolyzuję twoich szyczeń, Sunny. - Westchnąłem lekko, bardziej do siebie niż do niej, i pokręciłem głową z cieniem rozbawienia, który pojawił się mimo wszystko. - To nie ten układ. Nie jestem despotą, co najwyszej wichszycielem, jak jusz. To jest zasadnicza lósznica. - Na moment zawiesiłem na niej spojrzenie, pozwalając sobie na tę krótką ciszę, która wcale nie była niewygodna.
- Naplawdę powinienem to wiedzieś lepiej… - Mruknąłem, raczej w ramach dygresji, niż tłumaczenia swoich dotychczasowych niedociągnięć. - Wychowałem się s siostlami. - Uniosłem lekko brew, wracając do niej spojrzeniem, to też nie była żadna odkrywcza informacja, lecz nie do tego zmierzałem. - Myślałby ktoś, sze coś s tego zostaje…
Zerknąłem jeszcze raz w stronę witryny, jakby porównując w głowie to, co tam widziałem, z tym, kogo miałem obok siebie.
- Nie chodzi o to, szeby nagle lobiś s nas pszykład do podlęsznika etykiety. - Powiedziałem spokojnie. - Bo nim nie jesteśmy i laszej nie będziemy, chwała bogom. - Przesunąłem wzrok z powrotem na nią, zatrzymując go na dłużej. - Ale to nie zmienia faktu, sze są szeszy, któle chcę dla ciebie lobiś, jeśli tylko tego chcesz. - Ścisnąłem lekko jej dłoń, tym razem bardziej zdecydowanie. - Nawet jeśli trochę się spóźniłem. - Przyjrzałem jej się jeszcze przez chwilę, jakbym chciał zapamiętać dokładnie ten moment, ten układ światła na jej twarzy, to lekkie przekrzywienie głowy, które znałem już na pamięć. - Więc tak. - Skinąłem głową, powoli, bo rozumiałem ten tok myślenia, my naprawdę nigdy nie robiliśmy rzeczy „bo tak trzeba”, ale przecież czasami mogliśmy zrobić coś zgodnie z konwenansami, nawet trochę później niż zazwyczaj. - Moszesz chcieś pielścionek. Moszesz mieś oczekiwania, moszesz mieś wszystko… - Zrobiłem krótka pauzę, utrzymując na niej spojrzenie, które nie uciekło ani na chwilę. - Jestem od tego, szeby to blaś pod uwagę i, jeśli mogę, spełniaś. - To było całkiem oczywiste, a więc jeśli pragnęła właśnie tego, co nas powstrzymywało?


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (4734), Prudence Fenwick (4043)




Wiadomości w tym wątku
[17.10.72] Now I see the patterns in the chaos | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 23.03.2026, 21:38
RE: [17.10.72] Now I see the patterns in the chaos | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 23.03.2026, 22:02
RE: [17.10.72] Now I see the patterns in the chaos | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 23.03.2026, 23:10
RE: [17.10.72] Now I see the patterns in the chaos | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 24.03.2026, 01:05
RE: [17.10.72] Now I see the patterns in the chaos | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 24.03.2026, 21:37
RE: [17.10.72] Now I see the patterns in the chaos | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 24.03.2026, 22:42
RE: [17.10.72] Now I see the patterns in the chaos | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 25.03.2026, 15:27
RE: [17.10.72] Now I see the patterns in the chaos | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 25.03.2026, 21:36

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa