• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
1 2 3 4 5 … 9 Dalej »
[17.10.72] Now I see the patterns in the chaos | Benjy, Prudence

[17.10.72] Now I see the patterns in the chaos | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
25.03.2026, 15:27  ✶  
Miasto robiło swoje, jak zawsze, zakopywało ślady, wygładzało rysy, jego mieszkańcy pomagali mu w tym z zadziwiającą łatwością, Pokątna żyła swoim rytmem, jakby nic się nie wydarzyło, a ogień sprzed miesiąca był tylko czyjąś przesadzoną opowieścią. Ludzie mijali nas szybko, zerkali kątem oka, czasem z irytacją, czasem z ciekawością, ale nikt nie miał odwagi nic powiedzieć, co najwyżej tylko bezgłośnie burknąć coś pod nosem - i dobrze - nie miałem dziś cierpliwości do nikogo poza nią. Czułem dłoń Prue w swojej i to było bardziej realne niż cokolwiek wokół, bardziej konkretne niż odbudowane ściany, świeży tynk i udawanie, że zagrożenie zniknęło. Mogliśmy sobie pozwolić na wszystko…
Przeważnie świat oglądałem w biegu, z ręką na rękojeści różdżki albo sztyletu, przeskakując nad przeszkodami, które życie rzucało mi pod nogi, teraz jednak stałem w miejscu, czując pod stopami twardy bruk, a obok siebie ciężar obecności Prue. Moje ciało wciąż jeszcze pamiętało ostatnie bliskie spotkanie z kostuchą - każdy głębszy oddech przypominał mi o tym, że żebra potrzebowały czasu, by znów stać się jednością - ale jej bliskość działała lepiej niż jakikolwiek eliksir przeciwbólowy. Patrzyłem na nią, mrużąc oczy przed blaskiem dnia, byliśmy osobliwą parą, co do tego nie było wątpliwości, ironia losu polegała na tym, że dwoje tak skomplikowanych i na swój sposób „uszkodzonych” ludzi stworzyło coś, co o dziwo działało.
Zerknąłem na nią z ukosa, kiedy mówiła o tej całej „logice patrzenia”, i uśmiechnąłem się pod nosem, bardziej do siebie niż do niej, pokiwałem  lekko głową, jakbym właśnie przyjął do wiadomości coś naprawdę istotnego. Lekki wiatr szarpnął połami mojego płaszcza, a ja oparłem się ciężarem ciała o zdrowszą nogę, starając się wyglądać na bardziej swobodnego, niż czułem się w rzeczywistości - Prue i jej „analizowanie”, tak - to była integralna część pakietu, który brałem z pełnym dobrodziejstwem inwentarza. Spojrzałem na nią - stała tuż obok, skanując mnie tym swoim wzrokiem, który przenikał na wylot każdą warstwę mojego płaszcza i kłamstw, którymi próbowałem mamić świat - wiedziałem, co robiła, liczyła moje oddechy, sprawdzała, czy nie pobladłem bardziej niż zwykle… Czułem na sobie jej badawcze spojrzenie i byłem świadomy, że analizowała każdy mój oddech, każde drgnienie mięśnia na twarzy, szukając oznak słabości, których tak bardzo starałem się nie pokazywać. Wiedziała, oczywiście, że wiedziała, że to cholerne człapanie nie wynikało z nagłego przypływu romantyzmu, tylko z faktu, że moje wnętrzności wciąż próbowały dojść do porozumienia z resztą organizmu po ostatniej „tanecznej imprezie” ze śmiercią. Prudence była zbyt bystra, by dać się nabrać na nagłą zmianę charakteru, ale doceniałem, że milczała, wyłącznie spoglądając na mnie kątem oka. Inna kobieta mogłaby mnie tym drażnić, sprawić, że poczułbym się jak okaz pod mikroskopem, ale Pruey? Ona robiła to z tą swoją specyficzną, chłodną logiką, pod którą chowała więcej troski, niż kiedykolwiek przyznałaby na głos - to jej zainteresowanie było jednocześnie moim zbawieniem i moim przekleństwem - patrzyłem na nią i widziałem tę samą kobietę, która latami stawiała mi opór, a teraz nosiła moje nazwisko, ale hej, przynajmniej ze mną nie można było narzekać na nudę.
Uśmiechnąłem się półgębkiem, słysząc jej uwagę o tym, że widziała w moich oczach więcej niż ja sam, dla mnie to był fundament, wiedziałem w końcu, kogo biorę za żonę. Nie potrzebowałem potulnej lalki, która potakiwałaby na każdy mój durny pomysł, potrzebowałem kogoś, kto potrafiłby rozebrać świat na części pierwsze, kiedy ja byłem zajęty jego podpalaniem.
- W to akurat wieszę. - Przyznałem, pokiwałem powoli głową, przyswajając to. - Masz więcej czasu, szeby się im pszyglądaś, nisz ja, szeby się nad nimi zastanawiaś. - Nie była to tylko zaczepka - ostatnie tygodnie naprawdę nauczyły mnie, że czasem naprawdę nie miałem pełnego wglądu we własną głowę - ona miała, czasem aż za duży, a skoro oczy były oknami duszy… Sprawa wyglądała raczej jasno. Wiedziałem, ile czasu przy mnie spędziła, kiedy leżałem i dochodziłem do siebie, ile miała okazji, żeby patrzeć bez przerwy, bez rozpraszaczy, to niewątpliwie zostawiało ślad.
- Za późno, kochanie. Słowo się szekło. - Odparłem bez wahania, z błyskiem w oku, tym samym, który zawsze zwiastował, że zamierzałem wykorzystać sytuację na swoją korzyść. To było łatwe, wrócić do tej wersji siebie, która zawsze miała coś w zanadrzu, jednocześnie jednak czułem, że to nie było dokładnie to samo co wcześniej, coś się przesunęło, może trochę wyostrzyło, może trochę uspokoiło. - Tak, to było sklajnie nielozsądne z twojej stlony. - Dodałem, lekko wzruszywszy ramionami. - Właśnie dałaś mi algument, któly będę wykoazystywał w najmniej odpowiednich momentach pszes najbliższe… - Zawiesiłem głos na chwilę, jakbym liczył. - Całe szycie. - Coś na kształt krótkiego, rozbawionego, ale chrapliwego parsknięcia wydobyło się z mojego gardła, to był dźwięk, który w ciemnych zaułkach zazwyczaj oznaczał, że ktoś właśnie popełnił błąd, którego pożałuje, ale tutaj, na tym cholernym, powolnym spacerze, był tylko wyrazem uznania dla jej błyskotliwości.
Zatrzymałem spojrzenie na jej oczach, krócej niż zwykle, ale wystarczająco, żeby to wybrzmiało.
- To część ciebie. - Wzruszyłem lekko ramieniem. - Jak to, sze ja lobię szeszy, zanim zdąszę je pszemyśleś. Kącik ust uniósł mi się minimalnie. - Wychodzi na zelo. - Odparłem, przenosząc wzrok z jej twarzy na nasze niewyraźne odbicie w szybie wystawowej. Moja nagła pauza, to „zawieszenie”, o którym wspomniała, a które pewnie odczytała zesztywnieniem moich ramion, było prostym impulsem. Wyglądaliśmy... Normalnie, jak ludzie, którzy mieli przed sobą jutro, nie tylko kolejne starcie, z którego można było nie wrócić.
- Tlochę mnie udeszyło, sze są szeszy, któle powinienem był ogalnąś wcześniej. To wszystko. - Nie robiłem z tego tragedii, to nie był rachunek sumienia, raczej szybkie podsumowanie, które przyszło znikąd i postanowiło zostać na chwilę dłużej.
Pozwoliłem sobie na cień uśmiechu, kiedy podchwyciła temat „starego małżeństwa”.
- Sugeluję, sze bylibyśmy jusz absolutnie nieznośni dla otoczenia. - Uściśliłem. - I pewnie mielibyśmy doskonale wyplacowany system ignolowania wszystkich dookoła. - Uniosłem lekko brew, przyglądając się jej z rozbawieniem, które było podszyte czymś bardziej pewnym, cięższym. - Gdybyś nie była tak konsekwentna w odpychaniu mnie, zdecydowanie bym cię do tego pszekonał wcześniej. - Nie było w tym cienia wątpliwości, powiedziałem to tak, jak mówiło się o rzeczach, które się po prostu wiedziało, nawet jeśli mogło to brzmieć odrobinę na wyrost. - Mam dość… Pszekonującą osobowość. - Dodałem bardziej żartobliwie, z lekkim przechyleniem głowy, a kiedy przyznała, że trudno byłoby się oprzeć temu argumentowi, uśmiechnąłem się szerzej, tym razem już bez ukrywania satysfakcji.
- Widzisz? - Mruknąłem. - Nawet twoja mityczna aseltywność ma swoje granice. - Przesunąłem spojrzeniem po twarzy żony jeszcze raz, zatrzymując się na moment na jej ustach, zanim wróciłem do oczu. - I dobsze. Inaczej byłoby nudno. - To była prawda, sposób myślenia Prue, nawet jeśli w przeszłości momentami mnie irytował, bo nie lubiłem być tym, kto za nim nie nadążał, był też czymś, co ją definiowało, a ja nie chciałem jej „uprościć” tylko dlatego, że świat był łatwiejszy bez komplikacji.
Uniosłem lekko ramiona, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie, to był chyba jeden z moich bardziej konsekwentnych talentów - angażować się we wszystko trochę za bardzo - nie widziałem problemu, nigdy go w tym nie dostrzegałem.
- Nie widzę sensu lobiś czegokolwiek połowicznie. - Odpowiedziałem. - Szycie jest za klótkie na bycie letnim, Pluey. Albo wchodzisz w coś całkowicie, albo wcale. - Wzruszyłem ramionami, nie widząc w swojej naturze niczego nadzwyczajnego, to była zasada, która prowadziła mnie przez większość życia, czasem prosto w ścianę, ale jednak. „Odważne”, powiedziała - może i tak - odwaga zawsze była moją jedyną walutą, nawet jeśli często płaciłem nią za głupotę, zazwyczaj grałem va banque, nie bawiłem się w półśrodki. Ponadto zdecydowanie lubiłem ją prowokować - lubiłem patrzeć, jak ta jej asertywność kruszyła się pod wpływem moich niskich instynktów i jeszcze niższych argumentów, to było bardzo nasze.
Rozmowa zeszła na pierścionek - ten nieszczęsny symbol normalności, który w naszym przypadku wydawał się tak obcy, a jednak... Kuszący.
- Cieszę się, sze doceniasz finezję tego wybolu. - Mruknąłem, mrużąc oczy, w których odbijało się popołudniowe słońce, a mój wzrok na chwilę uciekł w stronę wystawy, przed którą stanęliśmy. Na temat sztyletu i tego, że tego nie cofałem, nie miałem nic więcej do dodania poza lekkim wzruszeniem ramienia i pewnym spojrzeniem. Diamentem nie poderżniesz nikomu gardła w razie potrzeby, ostrze jest praktyczniejsze, pierścionkiem trudniej kogoś pchnąć, gdyby zaszła taka potrzeba… Te wszystkie błyskotki, ułożone na aksamitnych poduszeczkach, wydawały mi się tak strasznie banalne, tak nieprzystające do kobiety, która stała u mojego boku - Prue nie była „większością kobiet”, była siłą natury ubraną w te swoje eleganckie buciki i inteligencję, która potrafiła ciąć dotkliwiej niż mój nóż. Te wszystkie błyskotki, diamenty wielkości grochu i misterne oprawy... Pasowały do niej jak siodło do świni, nasz „ślubny” sztylet, który wciąż miałem przed oczami, był znacznie bardziej wymowny niż te wszystkie świecidełka razem wzięte. Nie miałem zamiaru dopasowywać się do czegoś, co nigdy nie było jej, moje czy nasze, lecz chyba powoli klarowałem sobie pomysł w głowie.
Dopiero przy jej wyjaśnieniu, że „głośno myśli”, pozwoliłem sobie na kolejne krótkie kiwnięcie, które było już czystą aprobatą.
- To by wiele wyjaśniało - stwierdziłem - bo pszes chwilę miałem wlaszenie, sze plóbujesz negocjowaś ze mną własne myśli. - Skrzywiłem się z lekkim błyskiem w oczach. - A to byłby nowy poziom wtajemniczenia. - To nie tak, że nie próbowałbym sobie z tym poradzić, zawsze lubiłem wyzwania, lecz zdecydowanie bardziej pasowała mi taka odpowiedź.
Komentarz o siostrach przyjąłem z półuśmiechem, który miał w sobie coś bardziej osobistego, pokręciłem głową lekko, jakbym nie do końca się zgadzał - nie chodziło o to, że nagle stawałem się ekspertem od wszystkiego, raczej o to, że pewne rzeczy wchodziły w nawyk, nawet jeśli człowiek o nich zapominał.
- Mose nie zmienia wszystkiego. - Mruknąłem. - Ale daje pewne… Podstawy. Ty miałaś jednego blata. Ja miałem całe stado. To tlochę inna szkoła pszetlwania. - Przesunąłem spojrzeniem na witrynę, a potem z powrotem na nią, wspomnienie tamtego czasu było na tyle żywe, że aż prawie poczułem je fizycznie. - Uwiesz mi, to uczy człowieka kilku szeszy, nawet jeśli nie wszystkie zostają na stałe. - Przy wielu osobach człowiek zdecydowanie szybciej uczył się szybciej, że jeśli czegoś nie ogarnie, to ktoś mu to wytknie.
- Etykieta jest dla ludzi, któszy nie mają własnego chalaktelu. - Stwierdziłem, ignorując fakt, że moje prawdziwe nazwisko i pochodzenie teoretycznie zobowiązywały mnie do czegoś innego - powiedziałem to spokojnie, bez wielkich słów, jakby to była oczywistość, która nie wymagała ani obrony, ani uzasadnienia, dokładnie tak jak późniejsze wnioski. - Nie chodzi o to, kto inny to ocenia.  odpowiedziałem. - Ja to oceniam. - To nie było obwinianie się, lecz stwierdzenie faktu, który nie miał już znaczenia poza tym, że go zauważyłem.
Zatrzymałem na niej spojrzenie, widziałem ten błysk w jej oczach i uśmiechnąłem się pod nosem, jak ktoś, kto właśnie sam na siebie zastawił pułapkę i był tego w pełni świadomy.
- Oczywiście, sze zapamiętasz. - Odmruknąłem, to był fakt, z którym nie dało się dyskutować. - I oczywiście, sze uszyjesz tego pszeciwko mnie. - Uniosłem lekko brew. - Liczę na to. Wplost czekam. - Cokolwiek innego byłoby nudne i zupełnie nie w naszym stylu, dlatego przeszło mi to przez usta tak gładko, jakbym wcale nie musiał się nad tym zastanawiać - w rzeczy samej - skoro Prue dała mi wcześniej podobną możliwość, ja też nie zamierzałem jej tego odmawiać, wbrew pozorom, lubiłem mieć z nią mniej więcej równy oręż.
A potem padło to jedno zdanie.
„Chcę pierścionek.”
I to wystarczyło.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (4734), Prudence Fenwick (4043)




Wiadomości w tym wątku
[17.10.72] Now I see the patterns in the chaos | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 23.03.2026, 21:38
RE: [17.10.72] Now I see the patterns in the chaos | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 23.03.2026, 22:02
RE: [17.10.72] Now I see the patterns in the chaos | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 23.03.2026, 23:10
RE: [17.10.72] Now I see the patterns in the chaos | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 24.03.2026, 01:05
RE: [17.10.72] Now I see the patterns in the chaos | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 24.03.2026, 21:37
RE: [17.10.72] Now I see the patterns in the chaos | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 24.03.2026, 22:42
RE: [17.10.72] Now I see the patterns in the chaos | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 25.03.2026, 15:27
RE: [17.10.72] Now I see the patterns in the chaos | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 25.03.2026, 21:36

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa