Heather Wood nie do końca wiedziała w czym uczestniczy. Wiedziała, że dzisiaj może zdarzyć się wszystko. Była gotowa na to, żeby stawić czoła wszystkiemu, co tylko się wydarzy. Nie miała problemu z tym, że było to ryzykowne, była gotowa walczyć, jeśli tylko będzie taka potrzeba.
Pomogła Longbottomom w transporcie jakichś specjalnych zakupów, które miały być przydatne przy Beltane. Nie pytała o co właściwie chodzi, nie interesowało jej to. Skoro potrzebowali jej pomocy - to im jej udzieliła. Pewnie, że była ciekawa, miała chęć zadać milion pytań, jednak się powstrzymała. Im mniej wie, tym więcej osób było bezpiecznych. Tego się trzymała.
Brenna poinformowała ją, aby zjawiła się na polanie o odpowiedniej porze. Heather nie zamierzała opuścić tego spotkania. Ubrana w swój mundur wyruszyła w drogę na Beltane. Najpierw jednak zjawiła się w miejscu spotkania niewielkiej grupy.
Miotłę oparła o drzewo. Czekała chwilę, aż zjawi się tu więcej osób, wszyscy mieli dzisiaj pilnować tego, aby niewinnym nie zdarzyła się krzywda podczas sabatu.
Wood nie do końca wiedziała na czym polega rytuał. Obserwowała więc bardziej doświadczonych. Wszystko wydawało się być bardzo mistyczne, pełne tajemnic. Musiała zaczekać na swoją kolejkę.
Zapach kadzideł uderzał w nozdrza, był bardzo intensywny, na pewno nie bez powodu. Wood nie zamierzała opuścić dzisiejszego sabatu bez pewności, że nikomu niewinnemu nie stała się krzywda. Zbyt wiele osób ostatnio umierało bez istotnego powodu, musiała mieć pewność, że tym razem nikomu nie przydarzy się nic złego.
Obserwowała wosk, który zastygał na czole rodzeństwa Longbottom. Starała się zapamietać każdy moment rytuały, aby móc go odtworzyć i niczego nie popsuć, w końcu ważne było to, żeby działał. Jakoś tak wyszło, że nawinęła się w kolejce po rodzeństwie Longbottom. Wzięła głęboki wdech. Trzy krople wosku wylądowały na jej czole, miała to już za sobą. Pozostawało mieć nadzieję, że to wystarczy.