25.03.2026, 21:51 ✶
Moment przyszedł i minął, a Moody poczyniła pamięciową notkę by dać Brennie znać. Tylko tyle, aż tyle. Los Olivii leżał jej na sercu, wystarczyło jej na prawdę to, że Thomas śmierdział czarnomagiczną wędzarnią w imię obrony jebanych przyjaciół. Dusze były głupie. Za łatwo dały się rozpierdolić. Stanowczo zbyt trudno było je naprawić… Właściwie wcale. Wcale nie dało się ich naprawić.
- Wydaje mi się ze nie tak do fundamentów fundamentów, no ale mocno ich tam przypaliło. Najgorsze to wiesz, że Warownia miała legitne zaklęcia ochronne, takie po piździe mocne i co z tego. Z drugiej strony… Kurwa no to jest chata, która przez miedzę ma dziurę w pierdolonym uniwersum, jeśli k… kk… kurw… - westchnęła ciężko. Znowu to, prąd nieprzyjemny przejechał po plecach, oczy zeszkliły się od pierdolonej klątwy, czy innego gówna. Odetchnęła, potem sążniście się zaciągnęła fajką. [/b]- Sama-Wiesz-Kto mógł wciągnąć energię stamtąd i pierdnąć w ich kierunku i taki efekt magicznej sraczki. Byli na linii strzału.[/b] - no i też umówmy się, długie tyłki najbardziej mąciły tam na górze pośród czystków, śmiejąc się tym skostniałym zasadom prosto w twarz. Trochę nie dziwiła się, ze im się oberwało, choć cała sprawa cały czas napawała ją… dreszczem kruszącym wrodzony brak instynktu samozachowawczego.
Zaraz potem przeszły do konkretów i Moody pospiesznie przerzuciła sobie językiem peta w drugi kącik ust, sięgając po szkicownik i ołówek. Wybazgrała wszystko tak, że ledwie było co rozczytać, ważne, że ona była w stanie.
- Przekażę wszystko komu trzeba i ogarnę dla Ciebie dostawę w miarę możliwości. - Całe szczęście, ze w Stawie była Dora ze swoim ogródkiem. Ten w Warowni poszedł z dymem, ale Staw był poza zadrą. Całe szczęście że Brenna pomyślała. Całe szczęście.
- Nie nie, mogę się doczytać, a jak coś Ci przyjdzie jeszcze do głowy, to będę i tak regularnie Cię odwiedzać. Przylepię Ci się do dupska jak maść na hemoroidy. - wyszczerzyła zębiska, tonem sugerując, że jest to coś absolutnie dobrego.
- Miałaś? Hah, zajebisty czas na to. - zaśmiała się, odpalając drugą fajkę od pierwszej. - Ale nie przejmuj się, przyjdzie na to czas. Na rzucanie fajek, na mieszkanie, domek, ogródek i dzieci. I psa. Albo kota. Przyjdzie czas Oli, w ciągu jednej nocy wziął w łeb tylko termin realizacji, ale nie plan sam w sobie. Jak z remontem. Zawsze są obsuwy. Jeszcze będziecie mieć tego bachora, i sierściucha, i ogródek. I będę Cię wyciągać z Brenką na babskie wieczory na klifie, żeby sobie gołodupco potańczyć wokół ogniska i nikt nie będzie miał padaki, jak się dorzuci drwa i iskry pójdą do nieba. Będzie taki czas Olivka. Dopilnujemy tego obie. - powiedziała Miles wierząc w każde swoje słowo. Jej defetyzm, jej czas w psychiatryku, jej niezgodność, niedopasowanie, odrealnienie… Młot uderzający o kowadło, symbole które do niej przyszły gdy to całe szaleństwo się zaczęło, to wszystko zdawało się w niej cały czas rezonować. Szalona Moody na szalone czasy, okazywała się wsparciem, którego nigdy by po sobie się nie spodziewała.
Gdy skończyły palić, Miles odczytała (z błędami) jeszcze raz listę, którą jej podyktowała Quirke i dopisała kilka innych ingrediencji, które przyszły koleżance do głowy. Uściskały się i rozeszły każda w swoją stronę budować z gruzów od nowa. Część rzeczy się ostała. Część sił. Część zasobów. I tego trzeba było się trzymać. Nie umarli. I póki nie umarli mogli coś z tym burdlem zrobić.
- Wydaje mi się ze nie tak do fundamentów fundamentów, no ale mocno ich tam przypaliło. Najgorsze to wiesz, że Warownia miała legitne zaklęcia ochronne, takie po piździe mocne i co z tego. Z drugiej strony… Kurwa no to jest chata, która przez miedzę ma dziurę w pierdolonym uniwersum, jeśli k… kk… kurw… - westchnęła ciężko. Znowu to, prąd nieprzyjemny przejechał po plecach, oczy zeszkliły się od pierdolonej klątwy, czy innego gówna. Odetchnęła, potem sążniście się zaciągnęła fajką. [/b]- Sama-Wiesz-Kto mógł wciągnąć energię stamtąd i pierdnąć w ich kierunku i taki efekt magicznej sraczki. Byli na linii strzału.[/b] - no i też umówmy się, długie tyłki najbardziej mąciły tam na górze pośród czystków, śmiejąc się tym skostniałym zasadom prosto w twarz. Trochę nie dziwiła się, ze im się oberwało, choć cała sprawa cały czas napawała ją… dreszczem kruszącym wrodzony brak instynktu samozachowawczego.
Zaraz potem przeszły do konkretów i Moody pospiesznie przerzuciła sobie językiem peta w drugi kącik ust, sięgając po szkicownik i ołówek. Wybazgrała wszystko tak, że ledwie było co rozczytać, ważne, że ona była w stanie.
- Przekażę wszystko komu trzeba i ogarnę dla Ciebie dostawę w miarę możliwości. - Całe szczęście, ze w Stawie była Dora ze swoim ogródkiem. Ten w Warowni poszedł z dymem, ale Staw był poza zadrą. Całe szczęście że Brenna pomyślała. Całe szczęście.
- Nie nie, mogę się doczytać, a jak coś Ci przyjdzie jeszcze do głowy, to będę i tak regularnie Cię odwiedzać. Przylepię Ci się do dupska jak maść na hemoroidy. - wyszczerzyła zębiska, tonem sugerując, że jest to coś absolutnie dobrego.
- Miałaś? Hah, zajebisty czas na to. - zaśmiała się, odpalając drugą fajkę od pierwszej. - Ale nie przejmuj się, przyjdzie na to czas. Na rzucanie fajek, na mieszkanie, domek, ogródek i dzieci. I psa. Albo kota. Przyjdzie czas Oli, w ciągu jednej nocy wziął w łeb tylko termin realizacji, ale nie plan sam w sobie. Jak z remontem. Zawsze są obsuwy. Jeszcze będziecie mieć tego bachora, i sierściucha, i ogródek. I będę Cię wyciągać z Brenką na babskie wieczory na klifie, żeby sobie gołodupco potańczyć wokół ogniska i nikt nie będzie miał padaki, jak się dorzuci drwa i iskry pójdą do nieba. Będzie taki czas Olivka. Dopilnujemy tego obie. - powiedziała Miles wierząc w każde swoje słowo. Jej defetyzm, jej czas w psychiatryku, jej niezgodność, niedopasowanie, odrealnienie… Młot uderzający o kowadło, symbole które do niej przyszły gdy to całe szaleństwo się zaczęło, to wszystko zdawało się w niej cały czas rezonować. Szalona Moody na szalone czasy, okazywała się wsparciem, którego nigdy by po sobie się nie spodziewała.
Gdy skończyły palić, Miles odczytała (z błędami) jeszcze raz listę, którą jej podyktowała Quirke i dopisała kilka innych ingrediencji, które przyszły koleżance do głowy. Uściskały się i rozeszły każda w swoją stronę budować z gruzów od nowa. Część rzeczy się ostała. Część sił. Część zasobów. I tego trzeba było się trzymać. Nie umarli. I póki nie umarli mogli coś z tym burdlem zrobić.
Koniec sesji