25.03.2026, 22:38 ✶
Czy Sebastian bał się przyprowadzić Brennę do kowenu? Cóż, kobieta zdecydowanie miała niezbyt fortunną passę, jeśli chodziło o wypadki, z jakimi do niego przychodziła, ale z drugiej strony czy jej pech mógł się równać potędze bogini Matki? W głównej siedzibie swoich wyznawców z pewnością otoczyłaby pannę Longbottom płaszczem ochronnym, który pozwoliłby spędzić godzinne modły w ciszy i spokoju. Kto wie, może nawet skupiłaby się na dłużej niż pięć minut na własnych myślach i nie próbowała liczyć wszystkich świeczek w głównej sali jak znudzone dziecko.
— Nonsens, prawo jest po naszej stronie — odparł jak gdyby nigdy nic. — Mamy na wszystko papiery, jesteśmy tutaj legalnie, mamy nawet świadków! — Wskazał na dwójkę swoich asystentów, którzy odsunęli się na bezpieczną odległość i dyskutowali zawzięcie między sobą. — Pokusiłbym się wręcz o stwierdzenie, że Pani Księżyca spojrzała dziś na nas życzliwie. Jak ma zresztą w zwyczaju.
Coś tam jednak wyciągnął z tego wieloletniego małżeństwa, stwierdził bezgłośnie Sebastian, wysłuchując niezwykle dramatycznego monologu ducha. Prawdę mówiąc, trudno było mu się z nim zgodzić. Owszem, współczuł Turpinowi sytuacji, w jakiej się znalazł, jednak kompletnie nie trafiało do niego to stawianie się w roli ofiary. Mógł odejść, prawda? Nikt go tutaj nie trzymał!
A próba zaszantażowania ich złamaniem Kodeksu Tajności w przyszłości była po prostu żenująca. Żaden sąd nie uznałby tego za okoliczność łagodzącą, a biorąc pod uwagę, że można by było mu jeszcze wlepić utrudnianie pełnienia obowiązków służbowych przez oficjeli Ministerstwa Magii, to mogła go za to czekać wyprawa w jedną stronę prosto do Limbo.
— Ekhm… Jedyne, co mogę zaproponować to asystę kowenu lub mojego departamentu przy znalezieniu Panu nowego cmentarza. Takiego, który będzie odpowiadał Pana oczekiwaniom — mruknął Macmillan, zerkając co rusz na Brennę pustym wzrokiem, jakby sam nie wierzył w to, że uległ namowom ducha. — Może się Pan zgodzić, odejść samodzielnie albo ponownie zamieszkać z małżonką na jednej posesji. Decyzja należy do Pana, ale my żony nie ulokujemy w innym miejscu.
Więcej nie mógł dla niego zrobić. Nie wiedział, jakimi uczuciami Turpin darzył zgromadzenie kapłanów i kapłanek, ale byli najprawdopodobniej bezpieczniejszą dla niego opcją, jeśli mężczyzna wolał uniknąć wpisania do rejestrów prowadzonych przez Ministerstwo Magii. Jakaś przywoływaczka lub kapłan odprawiający pogrzeby na pewno byliby w stanie pokierować go do nekropolii w której mógłby sobie spokojnie egzystować z dala od żony.
— Nonsens, prawo jest po naszej stronie — odparł jak gdyby nigdy nic. — Mamy na wszystko papiery, jesteśmy tutaj legalnie, mamy nawet świadków! — Wskazał na dwójkę swoich asystentów, którzy odsunęli się na bezpieczną odległość i dyskutowali zawzięcie między sobą. — Pokusiłbym się wręcz o stwierdzenie, że Pani Księżyca spojrzała dziś na nas życzliwie. Jak ma zresztą w zwyczaju.
Coś tam jednak wyciągnął z tego wieloletniego małżeństwa, stwierdził bezgłośnie Sebastian, wysłuchując niezwykle dramatycznego monologu ducha. Prawdę mówiąc, trudno było mu się z nim zgodzić. Owszem, współczuł Turpinowi sytuacji, w jakiej się znalazł, jednak kompletnie nie trafiało do niego to stawianie się w roli ofiary. Mógł odejść, prawda? Nikt go tutaj nie trzymał!
A próba zaszantażowania ich złamaniem Kodeksu Tajności w przyszłości była po prostu żenująca. Żaden sąd nie uznałby tego za okoliczność łagodzącą, a biorąc pod uwagę, że można by było mu jeszcze wlepić utrudnianie pełnienia obowiązków służbowych przez oficjeli Ministerstwa Magii, to mogła go za to czekać wyprawa w jedną stronę prosto do Limbo.
— Ekhm… Jedyne, co mogę zaproponować to asystę kowenu lub mojego departamentu przy znalezieniu Panu nowego cmentarza. Takiego, który będzie odpowiadał Pana oczekiwaniom — mruknął Macmillan, zerkając co rusz na Brennę pustym wzrokiem, jakby sam nie wierzył w to, że uległ namowom ducha. — Może się Pan zgodzić, odejść samodzielnie albo ponownie zamieszkać z małżonką na jednej posesji. Decyzja należy do Pana, ale my żony nie ulokujemy w innym miejscu.
Więcej nie mógł dla niego zrobić. Nie wiedział, jakimi uczuciami Turpin darzył zgromadzenie kapłanów i kapłanek, ale byli najprawdopodobniej bezpieczniejszą dla niego opcją, jeśli mężczyzna wolał uniknąć wpisania do rejestrów prowadzonych przez Ministerstwo Magii. Jakaś przywoływaczka lub kapłan odprawiający pogrzeby na pewno byliby w stanie pokierować go do nekropolii w której mógłby sobie spokojnie egzystować z dala od żony.