25.03.2026, 23:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.03.2026, 23:44 przez Helloise Rowle.
Powód edycji: literowka
)
Zawsze pokrzepiało zobaczyć kogoś, z kim wiara łączyła człowieka; zobaczyć duszę, która rozmawiała z tymi samymi bogami i u tych samych szukała wsparcia. Trudno jednak było Helloise poczuć smak dawnych lepszych dni i poranków w Kowenie, gdy Baldwin stał przed nią brudny, ranny i zakrwawiony. Nie był to widok, który by ją usposabiał sielankowo, szczególnie gdy wokół nich wrzało i każda kolejna sekunda niezakłóconej rozmowy była możliwa wyłącznie dzięki łutowi szczęścia.
Mimo to czarownica znalazła w sobie siły, aby — gdy Malfoy powtórzył po trzykroć jej imię — rozciągnąć usta w uśmiechu, który zdawał się potwierdzać: we własnej osobie. Nie sięgał ten uśmiech nieobecnych oczu zaczerwienionych od podrażnień z żaru i pyłów.
— Knieja płonie. Mój dom przestał być schronieniem. Dotarło do niego to. Dotarło… — powiedziała to niemal z obojętnością, choć dało się z niej wyłowić wątłą nutę tęsknoty. Nie za chatą. Za wszystkimi drzewami, które odchodziły. Nie potrafiła wytłumaczyć, co dotarło konkretnie do jej domu. Wydawało jej się, że wie. Czy na pewno? — Powierzam mój dom Matce. Sama idę do jej domu. Modlić się za nas wszystkich. To pozostało.
Widziała wystarczająco; zmęczenie zaczynało w niej narastać i coraz mocniej przygniatać. Zamierzała udać się do Kowenu — gdzie indziej? Nie znała w Londynie wielu innych miejsc, w których mogła czekać spotkania z Leviathanem. Mogła oddać się tam modlitwie — zdawało się to najwartościowszym sposobem na wykorzystanie tego czasu. Spodziewała się, że nie tylko ona wpadła tej nocy na to, aby udać się przed ołtarze Matki, lecz liczyła, że, choćby w ścisku i panice, znajdzie w kącie którejś z komnat zacisze.
— Scarlett nie tylko na mnie wpadła — zauważyła pod nosem czarownica przeglądająca zawartość kosza. Ucieszyły ją wieści, że Lorraine była w bezpiecznym miejscu. Nie zapytała, dlaczego Baldwin nie podążył za nią. Skoro ona miała gdzie się podziać, zapewne i on mógł się tam za nią udać.
Kobieta wyciągnęła z kosza dwa flakony i dwie puste fiolki. Przykucnęła przy krawężniku, stawiając kosz pod murem najbliższego budynku. Zadanie odmierzenia w tych warunkach odpowiedniej dla Baldwina porcji eliksirów nie było bynajmniej proste — wokół wirował popiół, mięśnie czarownicy były pospinane stresem, a ruchy nie do końca precyzyjne. Zrobiła jednak, co mogła.
// rzucam WOP4 na dobranie dawki eliksiru z tego posta, który opisałam jako EZ-1; wynik 76; działanie znieczulające
// jw; EZK-1; wynik 80; działanie zatrzymujące krwawienie
Zważywszy na okoliczności, może powinna była działać szybko, lecz Helloise była powolna, poruszała się ociężale. Przyjrzała się dwóm fiolkom wypełnionym mętnymi, kolorowymi cieczami, po czym wstała i obie podała Baldwinowi.
— Mam nadzieję, że ci pomogą. Doraźnie. Zobaczymy się w niedzielę na nabożeństwie — rzuciła enigmatycznie, żegnając oboje kochanków, po czym przeszła kilka kroków wzdłuż ulicy niczym w transie i deportowała się.
Mimo to czarownica znalazła w sobie siły, aby — gdy Malfoy powtórzył po trzykroć jej imię — rozciągnąć usta w uśmiechu, który zdawał się potwierdzać: we własnej osobie. Nie sięgał ten uśmiech nieobecnych oczu zaczerwienionych od podrażnień z żaru i pyłów.
— Knieja płonie. Mój dom przestał być schronieniem. Dotarło do niego to. Dotarło… — powiedziała to niemal z obojętnością, choć dało się z niej wyłowić wątłą nutę tęsknoty. Nie za chatą. Za wszystkimi drzewami, które odchodziły. Nie potrafiła wytłumaczyć, co dotarło konkretnie do jej domu. Wydawało jej się, że wie. Czy na pewno? — Powierzam mój dom Matce. Sama idę do jej domu. Modlić się za nas wszystkich. To pozostało.
Widziała wystarczająco; zmęczenie zaczynało w niej narastać i coraz mocniej przygniatać. Zamierzała udać się do Kowenu — gdzie indziej? Nie znała w Londynie wielu innych miejsc, w których mogła czekać spotkania z Leviathanem. Mogła oddać się tam modlitwie — zdawało się to najwartościowszym sposobem na wykorzystanie tego czasu. Spodziewała się, że nie tylko ona wpadła tej nocy na to, aby udać się przed ołtarze Matki, lecz liczyła, że, choćby w ścisku i panice, znajdzie w kącie którejś z komnat zacisze.
— Scarlett nie tylko na mnie wpadła — zauważyła pod nosem czarownica przeglądająca zawartość kosza. Ucieszyły ją wieści, że Lorraine była w bezpiecznym miejscu. Nie zapytała, dlaczego Baldwin nie podążył za nią. Skoro ona miała gdzie się podziać, zapewne i on mógł się tam za nią udać.
Kobieta wyciągnęła z kosza dwa flakony i dwie puste fiolki. Przykucnęła przy krawężniku, stawiając kosz pod murem najbliższego budynku. Zadanie odmierzenia w tych warunkach odpowiedniej dla Baldwina porcji eliksirów nie było bynajmniej proste — wokół wirował popiół, mięśnie czarownicy były pospinane stresem, a ruchy nie do końca precyzyjne. Zrobiła jednak, co mogła.
// rzucam WOP4 na dobranie dawki eliksiru z tego posta, który opisałam jako EZ-1; wynik 76; działanie znieczulające
Rzut PO 1d100 - 27
Akcja nieudana
Akcja nieudana
// jw; EZK-1; wynik 80; działanie zatrzymujące krwawienie
Rzut PO 1d100 - 74
Sukces!
Sukces!
Zważywszy na okoliczności, może powinna była działać szybko, lecz Helloise była powolna, poruszała się ociężale. Przyjrzała się dwóm fiolkom wypełnionym mętnymi, kolorowymi cieczami, po czym wstała i obie podała Baldwinowi.
— Mam nadzieję, że ci pomogą. Doraźnie. Zobaczymy się w niedzielę na nabożeństwie — rzuciła enigmatycznie, żegnając oboje kochanków, po czym przeszła kilka kroków wzdłuż ulicy niczym w transie i deportowała się.
Postać opuszcza sesję
dotknij trawy