• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B.

[1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B.
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#17
26.03.2026, 21:05  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.03.2026, 21:06 przez Benjy Fenwick.)  
Uśmiechnąłem się pod nosem na jej pierwsze zdanie, krótko, bez większego zaangażowania, jakbyśmy rozmawiali o czymś zupełnie zwyczajnym, a nie o świecie, który oboje próbowaliśmy rozgryźć na swój sposób.
- Udokumentować? Samodzielnie? Mam pisać? - Powtórzyłem z cieniem rozbawienia, przechylając głowę, jakbym naprawdę rozważał tę opcję, w moim wykonaniu to by było raczej… Streszczenie wydarzeń, bez szczegółów, bez zachwytu, bez tej całej poetyckiej otoczki, którą ludzie lubili się oszukiwać i karmić. - Gdybym miał to robić sam, wyszłoby to raczej jak raport z pola bitwy niż coś, co da się czytać bez bólu. Wiesz przecież, że nie jestem od opisywania rzeczy tak, żeby miały sens dla wrażliwych dusz. - Zerknąłem na nią kątem oka, spokojnie, bez zaczepki, to nie była prowokacja, tylko coś bliżej przyznania się do ograniczenia, którego nigdy nie próbowałem maskować. Nie byłem od ładnych historii, byłem od tego, co zostawało, kiedy się je rozebrało na części.
Kącik ust uniósł mi się odrobinę wyżej, kiedy przeszliśmy do tematu pieniędzy, nie wszedłem Prue w słowo, pozwoliłem jej dokończyć, a potem tylko lekko pokręciłem głową, jakbym nie do końca się z tym zgadzał, ale nie miał ochoty robić z tego kolejnej wojny, nie dzisiaj.
- Pewnie masz rację. - Nie było sensu się z tym kłócić, nie tutaj, nie teraz. - Tylko że ta „inna droga” zwykle kosztuje więcej niż pieniądze. - Nie rozwinąłem, nie musiałem, przynajmniej nie według własnej logiki. Wychowałem się w świecie, w którym drzwi otwierały się szybciej, jeśli wiedziało się, gdzie zapukać i ile zapłacić. Ona wychowała się inaczej - i to było w niej widoczne w każdym zdaniu, które brzmiało jak upór, a nie przywilej.
Uniosłem lekko brew, przyglądając jej się uważniej, próbując znaleźć moment, w którym zaczęła mówić rzeczy, których wcześniej nie mówiła, a potem lekko potrząsnąłem głową. Nie podchwyciłem dalej tematu robienia wyjątków i tego, czy rzeczywiście najlepiej byłoby, by do tego nie doszło - z zewnątrz mogło wyglądać, jakbym zignorował te słowa, tylko wymownie unosząc brwi, ale wewnątrz…
Słońce przesunęło się wyżej, powietrze nad łąką zaczęło drgać bardziej wyraźnie, jakby wszystko było o krok bliżej przegrzania, trawa pod moimi dłońmi była ciepła, sucha na wierzchu, ale niżej kryła w sobie chłód, który przebijał się przez palce przy każdym mocniejszym nacisku. Gdzieś dalej coś zaszeleściło, potem ucichło, cisza wracała tu szybko, jakby miała pierwszeństwo przed wszystkim innym.
- Czyli jednak zostawiasz sobie furtkę. - Mruknąłem. - Wbrew temu, co mówisz. - Nie brzmiało to jak zarzut, lecz jak coś, co mnie po prostu bawiło i co sprawiło, że na ułamek sekundy coś się we mnie przesunęło - niewiele - tyle, żeby przypomnieć mi coś, co nie miało prawa wracać tak łatwo. Bez trudu wyłapałem to mrugnięcie i praktycznie natychmiast odpowiedziałem tym samym, niemal odruchowo, jakby ciało pamiętało to lepiej niż głowa, kończąc ten gest minimalnym uśmiechem - takim, który pojawiał się szybciej, niż powinien, zupełnie nieprzemyślanie.
- Proszę, nie rób tego. - Rzuciłem z cieniem rozbawienia. - Jeszcze zacznę myśleć, że masz plan. - Uniosłem obie brwi, kąciki ust podniosły mi się wyżej, a w spojrzeniu nie było ani grama powagi. - Proszę, Prudence, nie zaczynaj planować spontaniczności.
Przez chwilę zamilkłem, pozwalając, żeby cisza znów się między nami rozciągnęła, tym razem spokojniejsza, mniej napięta, słońce grzało mocniej, powietrze było cięższe, a jednak nieprzyjemnie przyjemne. Zerknąłem na Prue, na jej skórę, która już zaczynała łapać kolor, na sposób, w jaki mrużyła oczy… Moje spojrzenie na moment złagodniało, zupełnie niekontrolowanie, było w tym coś niebezpiecznie znajomego - coś, co przypominało czasy, kiedy takie wymiany nie były walką, tylko… Czymś innym. Spojrzałem wokół jeszcze raz, upewniając się, że nic się nie zmieniło - nie zmieniło się - łąka była dalej spokojna, słońce dalej bezlitosne, powietrze dalej zbyt nieruchome, żeby było w pełni przyjemne…
- To, co się trwale psuje, zwykle psuje się nie bez powodu. - Brzmiało to lekko, ale gdzieś pod spodem było coś bardziej upartego, coś, co nie potrzebowało już udowadniania. - Można naprawić wiele - przyznałem - ale nie wszystko wraca do tego, czym było wcześniej. - Moje palce zacisnęły się lekko na butelce. - Czasem to, co zostaje, jest… Inne. - Nie powiedziałem, czy lepsze, nie było w tym sprzeciwu wobec niej, raczej korekta, którą sam sobie powtarzałem częściej, niż powinienem. Przez chwilę tylko patrzyłem przed siebie, na tę linię trawy, która wydawała się oddzielać coś, co było „tu”, od czegoś, co było „tam” - jednocześnie obracałem butelkę w dłoni, kątem oka obserwując, jak światło łapało szklaną powierzchnię i rozpraszało się w nierównych refleksach.
- Postaram się nie zepsuć czegoś, czego nawet nie planowałem. - Zapewniłem, z tą lekką nutą samozadowolenia, która zwykle ratowała mnie z podobnych momentów, unosząc lekko butelkę. - To powinno być w moim zasięgu.
Butelkę przyjąłem od niej bez słowa, otwierając ją jednym, płynnym ruchem, tym razem nasze palce się nie zetknęły, ale i tak przez moment patrzyłem na jej dłoń, zanim całkowicie cofnąłem swoją. Obserwowałem jej reakcję, ten grymas, który pojawił się natychmiast po pierwszym łyku, i nie powstrzymałem krótkiego, cichego śmiechu.
- Jesteś dziś wyjątkowo łaskawa…
Spojrzałem w stronę, gdzie łąka przechodziła w coś bardziej dzikiego, mniej uporządkowanego, trawa tam była wyższa, ciemniejsza, a linia drzew wyglądała jak granica czegoś, co niekoniecznie chciało być odwiedzane. Oparłem się z powrotem na dłoniach, pozwalając sobie na chwilę bezruchu, kiedy zaczęła mówić o „nie fair”, przez chwilę tylko patrzyłem w przestrzeń, próbując zdecydować, czy to w ogóle wymagało komentarza.
- Zawsze jest fair, na ile się da, Su… Prudence. A ja właśnie jestem bardzo fair. Nie składam ci propozycji bez pokrycia. - Odpowiedziałem, zupełnie się nie zastanawiając nad doborem słów, tylko pozwalając sobie na okazanie tego, że jednak nie zapomniałem o wszystkim, co kiedyś było naszą normą. Dopiero wtedy zerknąłem na nią z boku, jakbym sprawdzał, czy w ogóle tego słuchała, czy już zdążyła rozłożyć to zdanie na czynniki pierwsze i znaleźć w nim coś, czego nie powiedziałem. Kącik ust uniósł mi się jednak minimalnie, zdradzając, że doskonale wiedziałem, jak to brzmiało w jej uszach -  to była zasada, której trzymałem się bardziej, niż chciałem przyznać.
- Nie zrzucam na ciebie niczego, wypraszam sobie. Po prostu realistycznie oceniam sytuację. -  Zakładałem, że wolała jednoosobową eksplorację, bo nie byliśmy na tyle dobrzy w udawanie, że to normalne, by zrobić z naszego łąkowego zawieszenia broni cokolwiek na kształt sojuszu. Obróciłem źdźbło trawy między palcami, patrząc przez chwilę gdzieś w bok, zanim wróciłem do niej spojrzeniem. - Nawet ja nie mógłbym uwierzyć, że pójdziesz ze mną w jakieś krzaki tylko dlatego, bo oboje mamy wolne popołudnie. Prędzej wybrałabyś się tam z jakimś napuszonym Krukonem, który cytuje książki, żeby ukryć brak osobowości. - Odparłem, kręcąc głową z tym znajomym rozbawieniem, które zwykle pojawiało się, kiedy ktoś próbował mi wcisnąć rolę, do której nie miałem najmniejszego zamiaru dorastać. - Cillian Vane. To chyba bardziej twój typ towarzystwa. - Wypowiedziałem to nazwisko z lekką nutą rozbawienia, jakby samo jego brzmienie było wystarczająco absurdalne, aby mnie rozbawić - rzeczywiście tak było, to był bufon, naprawdę. Parsknąłem cicho. Ten jego sposób mówienia, jakby każde zdanie było cytatem z biografii, którą sam kiedyś napisze…
- Poza tym, z całym szacunkiem, nie sądzę, żebyś potrzebowała ochrony przy spacerze po lesie w środku dnia. Poradzisz sobie. - Nie było w tym pytania. - Daj spokój. Umiesz o siebie zadbać. - Przez chwilę jeszcze patrzyłem na nią w milczeniu, jakbym coś ważył w głowie, coś, co nie miało sensu w tej chwili, po czym wzruszyłem ramionami.
Kiedy wspomniała o tym, że ktoś może się pojawić z krzaków, rozejrzałem się teatralnie po okolicy, jakbym naprawdę brał to pod uwagę.
- Jeśli tak, to mam nadzieję, że przynajmniej będzie miał coś ciekawego do powiedzenia. - Odparłem bez wahania, z tą swobodą, która pojawiała się tylko wtedy, gdy nie musiałem niczego udowadniać. - Inaczej to będzie strata potencjału tej sceny. - Przesunąłem spojrzenie po niej jeszcze raz, zatrzymując je na moment, zanim wróciłem do własnych myśli - to było dziwne - ta łatwość, z jaką rozmowa przestała być walką, nie ufałem temu, ale też nie miałem ochoty tego psuć.
Spojrzałem na nią z boku, przez okulary, które odbierały mi konieczność utrzymywania pełnego kontaktu wzrokowego, ale nie odbierały kontroli nad tym, ile widziałem - kiedy zaprotestowała o dramatyczności, uniosłem lekko dłonie w geście odrobinę fałszywego poddania.
- W porządku. - Powiedziałem, co zabrzmiało podejrzanie ugodowo. - Nie wszystko - krótka pauza - tylko większość. - Mogło być to wredne, ale mój uśmiech zdradzał, że w tym momencie to była bardziej zaczepka niż osąd, to było celowo przesadzone i tylko trochę złośliwe, jak na moje wspomniane standardy.
- To chyba lepsze niż bycie przewidywalnym. - Wzruszyłem ramionami, nie pytałem. - Chociaż rozumiem, że może ci to psuć statystyki. - Nie brzmiało to jak przeprosiny. - Wyrazy współczucia. - To też było bardziej zaczepne niż wcześniej, ale nie wróciło już do tej ostrej formy, którą mieliśmy na początku. Przez chwilę było… Prościej. Bez napięcia, bez tej ciągłej potrzeby, żeby każde słowo było ruchem w jakiejś grze.
Przez moment patrzyłem na nią w ciszy - na sposób, w jaki trzymała butelkę, na to, jak światło łamało się na jej włosach, na te stokrotki, które wciąż tam były, jakby ktoś je tam włożył specjalnie, żeby mnie rozproszyć - westchnąłem cicho, bardziej powietrzem niż dźwiękiem, a potem, bez większego namysłu, sięgnąłem do ronda kapelusza i zdjąłem go z głowy… Przez ułamek sekundy zatrzymałem go w dłoni, zanim pochyliłem się minimalnie i założyłem jej nakrycie na głowę, poprawiając je tak, żeby cień zasłonił jej twarz przed słońcem, po czym cofnąłem rękę, jakby to nic nie znaczyło, opierając się z powrotem na trawie.
- Spaliłabyś się. - Rzuciłem krótko, na słowa podziękowania, jakby to było jedyne logiczne wytłumaczenie - gdybym jej go nie dał, za godzinę miałaby czerwony nos i spieczoną skórę, cera Prudence nie wybaczała słońca tak jak moja, to tyle.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (10932), Prudence Fenwick (7378)




Wiadomości w tym wątku
[1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Benjy Fenwick - 18.03.2026, 01:28
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Prudence Fenwick - 18.03.2026, 11:26
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Benjy Fenwick - 18.03.2026, 13:28
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Prudence Fenwick - 19.03.2026, 23:38
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Benjy Fenwick - 20.03.2026, 16:24
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Prudence Fenwick - 20.03.2026, 22:41
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Benjy Fenwick - 21.03.2026, 21:58
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Prudence Fenwick - 23.03.2026, 10:59
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Benjy Fenwick - 23.03.2026, 18:02
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Prudence Fenwick - 23.03.2026, 21:12
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Benjy Fenwick - 24.03.2026, 13:59
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Prudence Fenwick - 25.03.2026, 11:10
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Benjy Fenwick - 25.03.2026, 14:05
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Prudence Fenwick - 25.03.2026, 15:28
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Benjy Fenwick - 25.03.2026, 17:49
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Prudence Fenwick - 25.03.2026, 22:34
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Benjy Fenwick - 26.03.2026, 21:05
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Prudence Fenwick - 27.03.2026, 19:10
RE: [1957] Where the last light warms the rocks and the rattlesnakes unfold | A.R, P.B. - przez Benjy Fenwick - 04.04.2026, 19:59

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa