– Nie wiem czy ona podlewa się sama, czy robił to ktoś pomimo zakazu – przyznała ostatecznie i westchnęła. – Jak ostatnio widziałam donicę z różą to słyszałam też kroki… ale nikogo tam nie było. I widziałam odciski dłoni na szkle, małych dłoni, ale też nikogo nie widziałam – więc róża znikąd, w starej donicy, której raczej tu nawet nie trzymali, bo po co, jakieś dłonie i kroki kogoś kogo nie ma i wizje. Jeśli to nie łapało się w definicji słowa „jest dziwnie”, to Victoria nie wiedziała, co mogłoby tym być. Ale nie każdego w ich rodzinie ta sprawa interesowała. Młodsze pokolenie wydawało się być nieprzejęte tym, co dzieje się w ich własnym ogrodzie, ale Victoria nie mogła ich winić: nie każdego interesowały jakieś tam habazie, tym bardziej że mieli raczej ważniejsze rzeczy na głowie niż ogród, bo ta cholerna Spalona Noc… Ale reszta rodziny wyszła z tego raczej bez szwanku, łącznie z tym ogrodem, który jakimś cudem przeżył – że wszystkie rośliny przeżyły! – w przeciwieństwie do jej domu rodzinnego.
To było bardzo pokrzepiające, że kuzyn, pomimo tego, jak dużo musiał mieć teraz na głowie jako zastępca szefa jednego z najbardziej obłożonych w tej chwili Departamentów faktycznie zainteresował się problemem, z jakim mierzyli się na własnym podwórku. Bo jaka była cena tego wszystkiego? Victoria bardzo się obawiała. Obawiała się o resztę kwiatów, bo nawet jeśli teraz nie było tego widać, to może jednak okaże się, że one wszystkie padną? I martwiła się o elfy, które na tych kwiatach mieszkały, miały tu swoją bezpieczną przystań. Bała się też tego, że jeśli róże nie żerują na innych roślinach, ani na elfach, to może jednak czerpią z przebywających tutaj ludzi? Opcji było mnóstwo i żadna nie była tak naprawdę potwierdzona, a było przecież jeszcze coś… Coś, co w ogóle zapoczątkowało to, że Victoria wylądowała w gabinecie Moody i prosiła o dostęp do zamkniętej Kniei Godryka.
Posłała Laurence’owi uśmiech, gdy dotknął jej ramienia. Wiedziała, że dotykanie jej, ba, nawet samo przebywanie obok nie było przyjemne dla większości ludzi i doceniała, gdy ktoś w odruchu się nie wzdrygał.
Poszła za kuzynem, gdy ten postanowił rozejrzeć się wokół stawu. Była tu na samym początku, ale nic nadzwyczajnego )prócz obecności róż) nie znalazła, co oczywiście o niczym nie świadczyło, bo dziwnych świateł w rozarium też nie widziała, a ewidentnie tam były.
– Lorelei powiedziała, że to nie pierwszy raz, jak te róże się pojawiły. Powiedziała mi, że- – Victoria podjęła w końcu temat, ostatni który został i o którym wiedziała, gdy nagle urwała, patrząc na taflę. To nie była jej twarz, nie było to też odbicie Laurenca. A może właśnie było to jej odbicie? Młoda kobieta o czarnych włosach patrzyła na nich i unosiła dłoń, czego żadne z nich nie robiło, ale Victorii mocniej zabiło serce. Na przestrzeni niedawnych miesięcy doznawała bardzo realnych retrospekcji, wspomnień, które do niej nie należały, a które tak scaliły się z jej jestestwem, jakby były jej własne. Wspomnienia kobiety, której odbicie patrzyło na nich, na nią ze stawu. Kim była Victoria? Gdzie się kończyła ona, a gdzie zaczynała Elisabeth Parkinson? Czy to się znowu działo? Czy znowu traciła klarowność umysłu…?
To, co teraz odbijało się na jej twarzy, to był strach – emocja, która nie gościła tam zbyt często. A potem mrugnęła i taflę zmącił pojedynczy płatek róży, od którego swą wędrówkę rozpoczęły okręgi… aż i on się rozpłynął.
– Emm… Światła..? – odezwała się po chwili ciszy, gdy Laurence zadał pytanie, lecz nie od razu. Spojrzała na swoje trzęsące się dłonie, ale to nadal były jej dłonie… tak?