27.03.2026, 12:32 ✶
Niby miała nie mówić za dużo, ale jednak pytał jej, co robiła w Londynie. Roselyn opuściła więc wzrok z początku, a potem przymknęła powieki, próbując poskładać wydarzenia ostatnich godzin w jedną, spójną całość. Zmarszczyła brwi, jakby sam akt myślenia powodował u niej ból.
- Miałam się spotkać z bratem. Byłam u niego w mieszkaniu, gdy wybuchł pożar - mówiła cicho, nie zdając sobie sprawy z tego, że Anthony Ian Borgin był jednym z tych, którzy odpowiadali za to, co się stało. Z nią, z domem, ze szklarniami, z ogrodem... Z Londynem. Poddała się jednak w końcu jego dotykowi, był tak ciepły i kojący, a ona na tyle słaba, że po prostu oparła głowę na jego ramieniu. - Budynek zaczął płonąć, a potem się walić. Odcięło mi drogę. Wtedy pojawił się Atreus. Gdyby nie on, spłonęłabym, bo wypadła mi różdżka.
Mówiła powoli, tak jakby każdy kolejny oddech sprawiał jej fizyczny ból. Zakaszlała paskudnie, bo przecież od Basiliusa nie dostała nic na kaszel. Sprawdził tylko stan jej głowy. A przecież jeszcze nie doszła do tego elementu opowieści.
- Teleportował nas, ale coś poszło nie tak. Uderzyłam głową w ścianę, a on... Rozszczepił się - z trudem przełknęła ślinę. Nieznacznie uniosła głowę, by spojrzeć na Borgina. W kąciku jej oczu zeszkliły się łzy. - Tak bardzo się bałam, że już po nas.
Szepnęła, zaciskając palce na jego przedramionach. Nie miała sił, była tak bardzo słaba i zmęczona, że najchętniej zasnęłaby teraz, marząc by to wszystko okazało się paskudnym snem.
- Ambroise żyje, jego ukochana też. Atreus... Zajął się nim ktoś. Gdy usłyszałam, że ogień pożarł nie tylko Londyn, przybyłam tutaj. I... - nie dokończyła. Rozpłakała się. Nie chciała stąd odchodzić, ale nie miała sily protestować. Nie miała też siły, żeby się spakować. Wszystkie te emocje, które w sobie tłumiła, wybuchły nagle, niespodziewanie. Miał rację: nie przypominała teraz dumnej róży, a uschnięty kwiat, który rozpaczliwie pragnie słońca i wody. Nie była w stanie odpowiedzieć mu na pytania, jej szloch mieszał się z kaszlem i bólem głowy.