Domyślała się, że gdyby Anthony i Jonathan nie potrzebowali pomocy szybko, to nie byłoby tej wczorajszej rozmowy i całej konspiracji ze ściągnięciem jej nagle do kamienicy Shafiqa wybadywaniem jej poglądów i tak dalej. Nie była więc bardzo zdziwiona, gdy okazało się, że medyk potrzebny jest właściwie od zaraz.
Kiepsko wyznawała się na Magicznych Dzielnicach Londynu, na tych niemagicznych jeszcze gorzej, więc tak po prawdzie, to nie miała za dużego pojęcia, gdzie się w ogóle znajdowali. I szczerze mówiąc mało ją to interesowało, choć rzecz jasna spoglądała na jakieś tabliczki, numerki i inne bardziej charakterystyczne elementy dzielnicy – ale czy potrafiłaby tutaj trafić prosto… Pewnie by się trzy razy zgubiła.
Kiwnęła na słowa Jonathana, myśląc sobie tylko, że nieoficjalnie też ich przecież nie zna. Jakby miała wszystkich swoich pacjentów określać jako „tak, znamy się”, to miałaby bardzo pokaźną liczbę znajomych, a tak zdecydowanie nie było (pomijając stałą grupę, nad którą trzymała pieczę zawodowo jako uzdrowiciel nie pracujący w placówce medycznej). Bardzo zresztą wątpiła, by ktokolwiek miał się akurat ją pytać o rodzinę Phat.
Uśmiechnęła się ciepło od progu, gdy im otworzono, wystarczyło szybko rzucić okiem na ich twarze, by domyślić się, że cała trójka jest zestresowana i zdenerwowana, a jedna z dziewczyn…
– Cześć – Ginny przywitała się z nimi po angielsku, kiedy Jonathan już zniknął z głową rodziny w kuchni, mówiąc z tym swoim akcentem, z którym nawet nie próbowała walczyć (mogłaby, ale po co, gdy w takich sytuacjach był na jej korzyść?), celowo wybierając mniej formalny język, by łatwiej nawiązać więź. – Jestem uzdrowicielką, możecie mi mówić Gwen – nikt z jej bliskich czy znajomych się tak do niej nie zwracał, choć był to jeden ze skrótów – tyle że dość nieoczywistych – jej imienia, po czym bez dalszej zwłoki podeszła do dziewczyny w bandażach, która siedziała na kanapie. Pomyślała sobie, że to dobrze, że poprosili o to ją: kobiety lepiej znosiły, gdy zajmowała się nimi druga kobieta, mężczyznom częściej było to obojętne, albo mniej odczuwali wstyd. Rzuciła szybko okiem po niedużym pomieszczeniu, w równie małym mieszkaniu, spojrzała przelotnie na Anthonego, ale bardzo szybko cała jej uwaga skupiła się na rannej czarownicy. – Jak masz na imię, kochana?
– Mali – dziewczyna była wyraźnie blada, z bliska Ginny zauważyła też, że jej ręce drżą i że ma trochę przyspieszony oddech.
– Dobrze, Mali. Będę musiała ściągnąć twoje bandaże, żeby to obejrzeć z bliska. Powiesz mi, jak się czujesz? Wszystko, nawet rzeczy, które wydają ci się być może normalne, albo mało istotne. Cokolwiek ci przyjdzie do głowy – bo skoro to były rany wyrządzone za pomocą magii, to i rozcięcia to nie musiało być wszystko. Na razie jednak chciała usłyszeć, co dziewczyna ma do powiedzenia, ale przy okazji też dotknęła dłonią jej czoła, chcąc wyczuć temperaturę, zajrzała jej do oczy i przyłożyła palce do jej szyi, licząc w głowie uderzenia.